piątek, 31 stycznia 2020

Soulmates are forever

Oof, ale mam wenę na pisanie, jak nigdy.

Czytam właśnie Frerarda po polsku i dużo myśli mnie nachodzi. Przede wszystkim tęsknię za młodością. Tęsknię za byciem 17-latkiem, przeżywaniem wszystkiego tak silnie i prawdziwie. Tęsknię za niewinnością, niewinnym rozumieniem miłości, byciem po prostu czyimś chłopcem.

Wciąż tak bardzo wierzę w soulmates, w taką miłość, jaka jest w fanfikach - nie ważne w jakim świecie czy w jakich okolicznościach się spotkają, zawsze są związani przeznaczeniem, aby być razem.

Tak bardzo chciałbym poznać taką miłość, jeśli jest ona w ogóle możliwa, a nie jedynie wyidealizowanym odzwierciedleniem naszej głębokiej samotności.

Dziś nawet miałem koszmar z R. Może w końcu mój mózg zdecydował się przepracować nasze zerwanie, może wreszcie moje serce zacznie się goić. Mam taką nadzieję.

Tęsknię za polszczyzną, tą przyziemną, slangową, prostą mową w moim ojczystym języku. Nie wiem nawet, czy potrafiłbym znowu nią się posługiwać.

Czasem natchnie mnie, że chcę pisać, ale boję się. Boję się, że moje wyobrażenie mojego własnego fika zupełnie nie odbiłoby się w słowach. Boję się, że nie potrafię już pisać dobrze po polsku. Chciałbym napisać fika o współczesnych chłopakach z MCR, jak relacja Franka i Gee się zmieniła, może trochę żałują? Może nadal mają jakieś uczucia? Nie wiem, czy w ogóle się zabiorę za pisanie.

Tęsknię za posiadaniem wielkich marzeń, wielkich nadziei, wielkiego Sensu, który wydaje mi się, że miałem mając naście lat. Może nie miałem? Sam nie wiem. Może od czytania po prostu czuję rzeczy, których nawet nie doświadczyłem. To by wyjaśniało, dlaczego tak bardzo uciekam w fikcję.

Dziwne jest to. Skoro moje życie wciąż i wciąż zatacza koła, to czy nie powinienem w końcu kiedyś cofnąć się do czasu liceum, kiedy (subiektywnie) wszystko było lepsze? Nawet ta homofobia i nienawiść do własnej płci wydają mi się teraz lepsze, niż ta pustka i zobojętnienie, które czuję teraz. Może potrzebuję tragedii do swojej sztuki? Niby zataczam kółka emocjonalnie, a jednak cały czas nieubłaganie posuwam się do przodu, coraz dalej od młodości.

Marzy mi się mieszkanie w latach 90 na przedmieściach jakiegoś amerykańskiego miasta, gdzie ludzie przed domami mają duże trawniki, płaskie chodniki z płyt i drzewa. Gdzie kolorowe niebo przecinają linie wysokiego napięcia i spadziste dachy. Gdzie mógłbym siedzieć na poddaszu, wyglądać przez okno i wzdychać.

Dust in the wind, water under the bridge.
Everything must come to an end.

You best prepare to grieve
Let it enter your open heart and
Then prepare to let it leave

piątek, 24 stycznia 2020

JADE NA KONCERT MCR????

CZY TO SIE KURWA DZIEJE NAPRAWDE!?????

IM GOING TO SEE MY FAVOURITE BAND, THE BAND THAT LITERALLY SAVED MY LIFE, THE BAND WHOSE DEATH I MOURNED AND THE BAND WHO I THOUGHT I’D NEVER SEE LIVE????


it’s been a huge dream of mine, one that i thought might never come true. i am??????

I JUST


what


am i dreaming

this is

i;m

;_;

piątek, 17 stycznia 2020

Trivia

Czuję się tak, jakby w jednym momencie w czasie spotkały się trzy alternatywne wymiary, w których jestem w innym wieku.

Mentalnie czuję się na swój wiek. Moje ciało ma chyba ze 60 lat bo wszystko mnie boli, ale za to hormony sprawiają, że czuję się jak nastolatek i mam ochotę tylko spać, jeść i ***.

Odkąd praktykuję czarostwo zastanawiam się, czy mój powrót do korzeni nie jest spowodowany utratą wiary w naukę i logikę jako sposobu na uporanie się z bólem rozstania. Być może przez moje ostatnie zerwanie skierowałem się w stronę duchowości, gdyż logika mnie po prostu zawiodła. I mean, mogę wmawiać sobie tysiąc razy, że wszystko jest okej, że to nie niczyja wina itp, a jednak ból nadal pozostaje. Być może właśnie dlatego pomyślałem, że skoro tak wiele rzeczy jest poza kontrolą nauki/logiki/racjonalizmu, to może właśnie wiara i duchowość są kluczami do ogarnięcia tego, jak się czuję i co robię ze swoim życiem.

I nie wiem, czy są to czyste zbiegi okoliczności, jednak prawda jest taka, że za każdym razem, kiedy wysyłam we Wszechświat moją intencję, coś do mnie wraca. Nie potrafię tego wyjaśnić, i w sumie nawet nie chcę, skoro daje mi to pocieszenie.

Nauka, emocje i duchowość. Kolejna trójka.

Nie wiem jak i czy w ogóle da się te rzeczy ze sobą połączyć, jednak wiem, że póki co czuję się dobrze z obecnym stanem rzeczy i nie czuję potrzeby uzasadniania niczego.

wtorek, 7 stycznia 2020

New journey, same old road

My life has come back around to the point where nothing else can help me but faith. Faith and believing in something, anything, has saved me before, during my big depression in middle school. And I'm finding that strength again in witchcraft.

I'm not sure why I picked it up again but I'm reading lots of books and getting educated. I figured if I can't be happy in my (love) life, then at least I can try to be well-read and wise. Or maybe it's just another excuse not to interact with people.

It's been hard getting back into the habit of connecting with people. I've been so isolated lately that it feels strange to even go outside. I want to be involved though, I wanna do things with the Foundation again. I don't wanna lose my support network, especially because I know I have a lot to give back to the community.

In other news, today a random cis girl on twitter, who I don't even follow, said I'm very handsome and it made my evening <3.

It's beginning to be warmer outside and I'm living for spring already.

I am in the process of making a wand for myself out of a weeping willow tree.

Also, I don't want to jump to any conclusions or jinx it but I'm having a phonecall for a job this week so hopefully something good will happen soon.

***

Most people want just one thing in life - family, happiness, education, spiritual awakening, wealth. I want them all. I wanna know so much about everything. I want to know about astrology, witchcraft, paganism and crystals. I want to know how to build a house, how bridges work, how to use a lathe. I want to create in so many different ways: write a book, write poetry, do stand-up, make furniture, build my own camper van. I know there isn't enough life to do all these things but if I had the time I'd love to experience it all. In a way I'm starting to understand why some people wish for eternal life.

wtorek, 31 grudnia 2019

Last day of the decade

Dziwnie się czuję pisząc tutaj. W ogóle dziwnie się czuję.

Dziś ostatni dzień roku 2019, ostatni dzień dekady. Tyle się zmieniło od 2009, a jednocześnie mam wrażenie, że moje życie zatoczyło kolejne koło niczym wąż Uroboros.

Znów znajduję pocieszenie i ucieczkę w fikcji. Znów zainteresowałem się duchowością, pogaństwem i czarami (pierwszy raz zająłem się tym w pierwszej klasie gimnazjum, czyli 10 lat temu). Znów mam ochotę ubierać się we flanele i podarte spodnie. Jakby moje poprzednie wcielenie prosiło o powrót do lat 80-90.

Jak dziwnie to brzmi, że gimnazjum było 10 lat temu. Niby zmieniłem się, ale jednak nie do końca.

Mam inne priorytety, gust muzyczny, płeć, orientację, ambicje, cele, miejsce zamieszkania, nawet inaczej postrzegam to, co dla mnie dobre i budujące, a co mnie niszczy. To, jak widzę kobiety również się zmieniło, bo próbuję wyzbyć się nabytej mizoginii i nie postrzegać kobiet przez pryzmat mojej własnej dysforii.

Ostatnio bardzo dużo dysocjuję. Praktycznie połowę czasu nie wiem gdzie jestem i co robię. Nie pamiętam prawie nic od września i wycieczki do Barcelony, cała jesień to dla mnie mglisty koszmar.

Mój śpiew stał się ostatnio łatwiejszy, aczkolwiek mój głos wciąż nie jest tak niski, jak bym chciał. Może nie potrafię tego usłyszeć? Niby słyszę zmianę na nagraniach, ale dla mnie wciąż brzmię jak dziewczyna :/. Jak wiele z tego to moja własna dysforia i paranoja?

Zastanawiam się, jakie były moje postanowienia na ten rok. Zgubiłem gdzieś kartkę z nimi, więc nie wiem nawet, czy udało mi się cokolwiek zrealizować. I tak co roku marzę o tym samym: zakochać się, podjąć nowe hobby, rozwinąć jakąś umiejętność i poświęcić więcej czasu na self-care.

Na rok 2020 nie mam w sumie żadnych innych życzeń. Wiem jedynie, że będzie to rok decydujący w dużej mierze o mojej przyszłości i przeraża mnie to. Nie wiem czy uda mi się znaleźć stałą pracę, a od tego zależy mój pobyt w Anglii. Nie wiem co mam ze sobą zrobić, moje życie znów stoi na rozdrożu. Nawet karty tarota przewidziały dla mnie dużą decyzję.

Tęsknię za polskością, za polską literaturą, poezją i duchowością.

W 2020 chciałbym:

-skupić się na sobie, na self-care, duchowości i medytacji
-spędzać więcej czasu czytając książki, ucząc się nowych rzeczy, rozwijając umiejętności i zainteresowania
-wreszcie dostać skierowanie na top surgery
-dostać stałą pracę i nie musieć się bać o moje życie
-więcej podróżować i zacząć realizować swoje plany

K.

Edit: LOL nie wierzę w to, ale chyba znalazłem stare forum o magii, z którego korzystaliśmy z A. w gimnazjum. Zostało przeniesione z pun.pl na http://witchcraft.com.pl :D. Co za archeologiczne znalezisko hehe.

piątek, 20 grudnia 2019

Queen of Swords

Nie poszedłem dzisiaj do pracy, bo mam mega egzystencjalną rozkminę, a do tego pełno przygotowań na święta. Co do pracy, to pracuję w Roayl Mail, nie jest to bardzo ciężka czy skomplikowana praca, jednak czasem po prostu nie mam siły dojeżdżać godzinę w zimnie i deszczu. A do tego jestem przeziębiony.

Świątecznego nastoju w tym roku naprawdę, ale to naprawdę nie czuję. Nie jestem w domu, nie mam nawet pieniędzy na bilet. Do tego pracuję w około świąt, więc nie mam za bardzo czasu na przygotowania. Mimo to piekę makowiec i mam nadzieję, że mała Wigilia z Rue będzie fajna. Miałem plan, by w tym roku zaprosić kilka znajomych queerów, jednak wszyscy albo powyjeżdżali do domów, albo już się nie przyjaźnimy. Tak naprawdę mam tylko Rue (mimo iż wciąż próbuję pogodzić się z naszym rozstaniem, ale o tym później). Na Nowy Rok też nie mam planów, nie wspominając o pieniądzach. Miałem fajne pomysły na prezenty dla Rue, jednak wiszę rodzicom kasę i nie mogę jej wydawać :/.

W każdym razie, mam dzisiaj rozkminę. Myślę o tym, że bardzo się zmieniłem odkąd miałem coming out. Moje patrzenie na sprawy takie jak seksizm czy męskość robiło obrót o 180 stopni. Dzisiaj zdaję sobie sprawę, że większość moich opinii na temat kobiet, które skąpo się ubierają, czy też prostytutek itp. było projekcją mojej dysforii na osoby, które miały podobne ciało do mojego, jednak nie były trans. Tak samo z męskością - im bardziej zaczynam "passować", tym bardziej dociera do mnie jak krucha jest u większości mężczyzn ich świadomość męskości i jak łatwo ją zburzyć chociażby malując paznokcie czy mówiąc w jakiś określony sposób. Jest to przykre i żałosne i szczerze mówiąc staram się unikać takiego myślenia o samym sobie.

Jeśli chodzi o "passowanie" to od około początku grudnia passuję praktycznie codziennie i jest to miłe choć dziwne doświadczenie. Świadomość, że ci wszyscy "laddy lads" widzą mnie jako "jednego z nich" jest fajna, mimo iż ta cała kultura mnie nie jara. Parę dziewczyn w pracy okrzyknęło mnie gejem, co w sumie jest w połowie prawdą, choć zastanawiam się, na jakiej podstawie to wymyśliły. Grunt to to, że jestem czytany jako facet, a do tego rośnie mi broda, hehe. Najwyższy czas. Nawet bezdomni proszący o drobne mówią do mnie "sir" :D.

Ostatnio zainteresowałem się (znowu?) tarotem i ezoteryką. Im dalej idę w tranzycji, tym bardziej te rzeczy przestają wydawać mi się śmieszne, nieprawdziwe czy głupie. Zaczynam rozumieć Lisa i jego zainteresowanie tematem. Zrobiłem sobie nawet reading tarota i był scary accurate:

Po pierwsze przewiduje to, że wydostanę się z problemów finansowych i będę mógł podejmować decyzje nie martwiąc się pieniędzmi. Do tego muszę skupić się na self love i naprawianiu znajomości z bliskimi. Stoję przed wieloma wyborami i będę musiał się na coś zdecydować i w końcu obrać ścieżkę (prawdopodobnie chodzi o karierę). W nowym roku muszę bardziej trzeźwo i racjonalnie oceniać sytuację, wzbraniając się od nadmiernego emocjonalnego patrzenia.

Mam ochotę napisać do samego siebie list, tak jak w zeszłym roku, który przyjdzie pod koniec 2020. Czekam na tem z 2018, ciekawi mnie, co się zmieniło (hint: wszystko lol).

PS. Dzisiaj koncert MCR, pierwszy raz od break-up'u w 2013 <3!!!!

sobota, 23 listopada 2019

So you wanna know how I feel

once again i am stuck feeling like nothing matters, like the world makes no sense at all and life is nothing but a series of disappointments and painful experiences.

i'm also questioning the validity of my degree. i worked so hard for it, only for it to be useless in this capitalistic, over-saturated, decaying society, and like so many young people im forced to take entry level jobs just to get by, despite the debt and time spent on education. what's the point then, if im "too good" for stuff with a degree but not good enough because i dont have experience?

all i wanted was to get somewhere where i could continue learning to not get stuck after uni, i am so willing to put in effort and work. why won't anyone give me a chance?

we all just stare at the screen
mesmerised like its the 90s
still dreaming of beatuiful places
wishing our lives away

we're still longing to feel something
something strong and real
like in the movies

----

When i was with you, I felt like the overwhelming weight was always about to crush me.
Now I'm not with you anymore but I still can't breathe.

----

i haven't felt this bad in a long, long time.
i can't even begin to unravel the layers of numbness, denial and lies that i've wrapped around my emotions.
words mean nothing, pills do nothing and music doesnt help anymore.
i can't even find the right words to express myself these days.

days have all blurred into fog. i can't bring myself to care.
i struggle with daily chores cause all i can do lately is sleep and escape.
far, far away.

i'm making a mess of my life and i know if. i'm spiralling down into depression and i can't stop it.

it seems like i've got what i wanted, after all these years of longing, and yet i'm still so unhappy.

i don't know what's wrong with me anymore, or maybe i know exactly but it doeskin change the fact that i cant change it.

i need something, someone, to tell me how to climb out of this fucking pit.

----

last night she said she wants me to tell her the truth.
she said she's tired of me bottling things up inside.
i only do it to protect her. and myself.

i have no idea how to let her know how it feels.
how to make her understand the pain that i'm in.

it's not her fault, i keep saying that. i've told it to myself so many times that i actually believe it now.
i've told myself many, many lies.

the truth is i'm hurt, i feel like i didn't deserve any of this, i feel like i've tried to be a different person for her, changed myself so much only to please her. and in the end, it made no difference anyway.

i feel taken advantage of. i feel used and lied to.

i feel heartbroken and like i will never trust anyone again.

i feel angry and tired. i feel stupid and furious and desperate and exhausted. i feel like i'm screaming inside.

the worst part is, i don't even know if i'd have her back now. if she just turned around, would i still be able to forgive and forget?

i don't know if i still love her. i feel like it means nothing at this point anyway.
all my love has gone to waste and i have no one to blame, no reason, no explanation.

sometimes i think it would have been easier if she just did something wrong, like cheating. it would at least give me peace of mind. hate is such an easy way out.

but instead i'm left here broken but trying to be supportive. craving but trying not to show it. missing physical contact but distancing myself. missing her but keeping my emotions in isolation.

it's so fucking pathetic, so childish to be sad over. people leave all the time. i know it. i thought i could live with it. turns out i still have a long way to go.

how do i not become bitter, careless and fucking depressed after this?

----

she said i have a flair for the theatrical. if only she saw my notes, countless words of dramatized and romanticised pain that cannot even be called artistic expression anymore.
it's the only way i've got left to not go crazy from keeping all the voices inside.

keeping all the voices inside my throat like a prison. i am my own prison.



-----------------------------------------
Jesień przyszła w tym roku zdecydowanie zbyt wcześnie. W zasadzie nie pamiętam praktycznie nic z lata. Kolorowe liście szeleszczą pod stopami i zewsząd otacza mnie zapach zapalonych zniczy i gęstego dymu z kominów. Zimny wiatr i deszcz sieką mi twarz, a ja biorę głęboki oddech ciężkiego, chłodnego powietrza. Zachmurzone niebo wisi nad głową, nie złowieszczo lecz jakby ze zrezygnowaniem.

Zamykam oczy i znów mam 17 lat i złamane serce. Znów boję się o przyszłość i nie liczy się dla mnie nic oprócz muzyki w słuchawkach i świadomości, że niedługo stąd ucieknę. Znów tylko śpię, płaczę i wystawiam twarz do słońca. Znów czekam tylko na kolejny rozdział fanfika i mam ochotę na wszystko narzekać, wszystkiego nienawidzić.

Nie pamiętam kiedy ostatnio czułem się tak beznadziejnie. Moje życie znów przypomina niekończący się cykl. Choć tak wiele się zmieniło – moje imię, mój adres, mój bagaż – wciąż czuję się tak, jakbym stał w miejscu od czasu liceum.

Tęsknię za szkołą. Tęsknię za tym poukładanym światem, w którym wszystko ma swój czas i miejsce. Wyobrażam sobie momenty, które pewnie w ogóle się nie zdarzyły, a są jedynie składanką wielu wspomnień, mozaiką stworzoną z samotności.

Zapominam polskich słów. Tracę jedyny sposób, w który mogę się w pełni wyrazić.

-----

Istnieje między nami niewidzialna więź wspomnień, doświadczeń i uczuć, która przeistacza się w mur i boję się, że niedługo ten mur na mnie runie. Z jednej strony nie potrafię żyć bez ciebie, a z drugiej życie obok ciebie sprawia mi ból.

Wszystko się na mnie zawala kiedy zachodzi słońce. Znów czuję zbyt wiele, znów chcę tylko zahibernować na zimę, nie czuć już nic, obudzić się wtedy, kiedy moje serce się uleczy.

-----

Nie pisałem tutaj od tak dawna. 
Dużo się zmieniło przez ten rok.

W styczniu polecieliśmy z Rue na tydzień do Malagi w Hiszpanii. Było cudownie, ale musiałem zrezygnować z piercingu w wardze, bo co chwile mi wypadał i goił się tak szybko, że powtórne przekłuwanie było bolesne.

Nareszcie jestem na hormonach od lutego. Czuję się dobrze, choć zmiany przebiegają strasznie wolno. Nadal nie zawsze "passuję" i wkurwia mnie to. Zmienił mi się głos i zaczęły mi rosnąć włosy na twarzy, ale to wciąż nie wystarcza. Do tego przytyłem, stare ubrania już na mnie nie leżą i przez to moja samoocena bardzo spadła.

Zacząłem chodzić na siłownię. Nieregularnie, ale staram się.

Poznałem parę nowych osób trans.

W marcu miałem pierwsze spotkanie z GIC, po ponad roku czekania. 

W kwietniu dostałem pracę jako Junior Designer w agencji, ale po miesiącu zrezygnowałem. Nie chodziło nawet o to, że miałem zapierdol ze studiami, jako iż w maju musiałem oddać wszystkie projekty.  Po prostu czułem, że moja dusza tam umiera. Oni w ogóle nie szanowali mojej opinii, nie dbali o to, że jestem nowy i zakładali, że już wszystko wiem i umiem. Do tego szef chyba miał względem mnie jakieś uprzedzenie, bo cały czas rzucał chamskie komentarze.

W maju oddałem wszystkie projekty na studia. Mój ostatni projekt to kolaboracja z LGBT Foundation, po której zacząłem regularnie dla nich projektować jako wolontariusz.

Byłem na paru koncertach: Architects, TOP, NBT, Enter Shikari i The Midnight.

W lipcu miałem graduation, rodzice przyjechali z bratem i jego dziewczyną. Było super, poznali i polubili Rue. Byliśmy z Bratem w Alton Towers i z całą rodziną w Londynie.

W sierpniu Rue i ja zerwaliśmy, bo Rue zrobiła coming out as gay. Nie powiem, że było to zaskoczenie, aczkolwiek wciąż boli jak cholera.
 
We wrześniu poleciałem na tydzień do Barcelony. Było cudownie, kąpałem się w morzu i opalałem, było tak gorąco. Po powrocie z miasta jednak ryczałem w pokoju. Myślałem, że ten wyjazd jakoś zaleczy mi serce, jednak tak się nie stało.

Od tego czasu w sumie niewiele pamiętam. 

Nadal nie mam stałej pracy, musiałem pożyczać kasę od rodziców i czuję się przez to jak totalny śmieć i porażka. Nie wierzę, że po tylu latach studiów i ciężkiej pracy wciąż jestem bez roboty w industry. Miałem parę wywiadów i wszystko na nic, bo "jestem zbyt dobry i kreatywny". Co do kurwy.

Moja depresja wróciła, już nawet nie wiem, czy to sezonowa, czy po prostu z czystych okoliczności. Wiem tylko, że czuję się chujowo, leki nie pomagają, nie mam na nic siły i ledwo daję radę.

Jestem wolontariuszem w schronisku, bawię się z kotami i to chyba jedyna dobra rzecz ostatnio. To i fakt, że babcia G. mnie zaakceptowała (rodzice jej powiedzieli) i nie ma problemu z tym, że jestem, jak ona to nazywa, "Karolkiem". Ach, no i MCR ogłosiło parę koncertów po tylu latach od rozpadu.

Nie wiem, co mam dalej pisać. Bardzo rzadko już teraz mówię czy piszę po polsku. Po angielsku w sumie też, nawet niewiele czytam.

Chcę tylko spać, już nawet muzyka nie pomaga.

Czekam, aż moje serce przestanie ziać pustką jak czarna dziura.







When the red glazes over my eyes
There's nothing anyone can say or do
Just you try and stop me
Try and stop what I've become
How I wish there was a way

środa, 19 grudnia 2018

Rok 2018


Nareszcie mam czas, żeby trochę przysiąść i napisać o kończącym się roku. Szkoda tylko, że nie mam w ogóle humoru.

Ten rok był chyba najlepszym rokiem mojego życia, przynajmniej do listopada. Był to rok zmian, turbulencji, dopinania swego i walki o siebie. 

Na początku roku, po powrocie z Polski ze Świąt zrobiłem sobie nowy tatuaż. 

Później poznałem Cassie. Wydawało mi się, że coś z tego będzie, ponieważ było to zakochanie od pierwszego wejrzenia. Był to jednak ciężki związek, ponieważ oboje mieliśmy swoje własne problemy i choć wydawało mi się, że jestem gotowy, w rzeczywistości wciąż nie wierzyłem, że zasługuję na miłość. Drugą sprawą była jeszcze ilość rzeczy, w których kwestii się nie zgadzaliśmy, na przykład diet oczyszczających i narkotyków. Cassie była jak duch, ponieważ jej dysocjacja kompletnie uniemożliwiała nam komunikację. Z czasem nasz związek przerodził się w jednostronne staranie z mojej strony i ewentualnie musieliśmy się rozstać. Ja walczyłem do końca, jednak ona zerwała ze mną w marcu, kiedy byłem w Polsce.

Długo myślałem, że się po tym nie pozbieram. Byłem w trakcie roku szkolnego i rzuciłem palenie (16 marca). Wszystko zawaliło się mi na głowę. 

W kwietniu poznałem Rue i choć bałem się, że jest zbyt wcześnie, w maju zaczęliśmy się spotykać. Nasza pierwsza randka była w Eurowizję w maju i Rue jest też pierwszą osobą, która przekonała mnie na seks na pierwszej randce. Nie żałuję tego. Mamy naprawdę zdrowy związek oparty na szczerości, zaufaniu i po raz pierwszy czuję, że to może być to. Prawie codziennie pytam ją, czy chce za mnie wyjść. Jeszcze nigdy nikogo tak nie kochałem. Do tego mamy dobre życie seksualne i czasem też rozważamy związek poly. Rue uczy mnie kochać i ufać od nowa, a jednocześnie wspiera mnie we wszystkim.

Rue w końcu przyczyniła się do tego, że w kwietniu zostałem weganinem i nigdy nie czułem się tak dobrze. Przeprowadziłem się z Izzy do nowego mieszkania.

W wakacje przyjechał do mnie tata i pojechaliśmy na Islandię. Ta wycieczka nas do siebie zbliżyła i wydaje mi się, że tata zrozumiał wreszcie kim jestem. W lipcu pojechałem do Polski na trochę. Byłem też w Londynie na prywatnym spotkaniu z Gendercare i dostałem diagnozę. Byliśmy z Rue w Cardiff i było świetnie.

We wrześniu rzuciłem pracę. Dzięki pożyczce, którą dostałem w poprzednim roku szkolnym, udało mi się zaplanować ten rok tak, abym nie musiał pracować. Była to świetna decyzja, bo w hotelu zrobił się niezły syf a studia pochłaniają ogromną ilość czasu.

Ten rok na studiach był rozczarowujący. Brak organizacji, nauczyciele, którzy mają nas gdzieś i generalny brak wsparcia, w połączeniu z moją nasilającą się depresją sprawił, że nawet dotrzymywanie terminów było nie lada wyzwaniem. Nigdy wcześniej nie czułem się taki wyprany i kreatywnie zmęczony. Nie wiem, jak uda mi się zdać ten rok. Jest chaotyczny, ciężki i pełen załamań psychicznych.

Po rzuceniu pracy przekłułem sobie znowu wargę. Wcześniej podpisałem swój deed poll o zmianę imienia, a teraz także zrobiłem prowizoryczne prawo jazdy i nowe konto w banku na moje imię.
Z pomniejszych rzeczy kupiłem używaną akustyczną gitarę, którą nazwałem Leila. Zostałem trans ambasadorem na uczelni i zacząłem bardziej udzielać się w sprawach trans. Mój projekt licencjacki będzie we współpracy z LGBT Foundation.

Teraz jestem w Polsce na Święta, choć wolałbym chyba nie być. Bardzo cieszyłem się na te Święta, ale od niedawna moja samoocena drastycznie spadła i chyba moja depresja się nasiliła. Do tego mama sprosiła dziadków na święta, co w rezultacie sprawiło, że ryczałem przed przyjazdem cały dzień. Naprawdę nie chcę tu być. Mam dość przymykania oczu na własną krzywdę. W tym roku nauczyłem się tak wielu rzeczy o sobie i o świecie i zrozumiałem, że muszę zatroszczyć się o siebie. 

Chciałbym wreszcie poczuć, że zasługuję na szczęście. Nie chcę dłużej udawać i przepraszać za swoją egzystencję, nie chcę przepraszać za dyskomfort, który inni odczuwają tylko dlatego, że jestem transem. Przede wszystkim jednak jestem zmęczony ciągłymi kompromisami kosztem własnej tożsamości bo naprawdę nie proszę o nic więcej tylko o zwykły szacunek. Rue bardzo mi pomaga w znalezieniu swojej prawdy i własnej wartości. Trzymam się jej jak portu podczas sztormu i mam nadzieję, że wreszcie ten ocean się uspokoi.

To chyba sezonowa depresja. Myślę o wakacjach i słońcu i jakoś mi lepiej. Medytuję i staram się nie wpadać kompletnie w czarną otchłań depresji.

Przetrwałem tak wiele w tym roku. W przyszłym roku kończę studia i zaczynam hormony. Ten rok jako całość był naprawdę dobry i pierwszy raz poczułem szczęście. Oby następny był jeszcze lepszy.

Zespoły i wykonawcy tego roku: Billie Eilish, Architects, Nothing But Thieves, The Weeknd, Kristine (i inne 80s synthwave), The Midnight i Citizen. 

sobota, 30 grudnia 2017

Podsumowanie roku 2017



Siedzę właśnie przy biurku, rysując nowymi ołówkami i słuchając Coldplay. Zapach grafitu działa na mnie kojąco, przypomina mi o dzieciństwie. To ciekawe, w jaki sposób dorastanie pozwala nam zmienić perspektywę na przeszłość: nagle zwyczajny zapach ołówka czy blask światła na ulicy przed domem rodzinnym pozwala nam przenieść się w czasie. Nagle zaczynam czerpać przyjemność z małych rzeczy i zwyczajnie cieszyć się byciem z rodziną. Byciem takim, jakim jestem, akceptowanym w każdym calu. Byciem szczerym, przebaczającym i odważnym – wobec siebie i wobec innych.

Ten rok pełen był „pierwszych razów”. Zrobiłem pierwszy tatuaż, zacząłem medytować i ćwiczyć jogę. Przede wszystkim jednak zrobiłem coming-out do rodziców, co przebiegło stopniowo ale bardzo pomyślnie. Okazało się, że szczerością i nieskrywanymi emocjami można naprawić coś, co wydawało się nie do naprawienia. Paradoksalnie, choć bałem się, że ich stracę, przez mój proces tranzycji rodzice i ja zbliżyliśmy się do siebie. Wsparcie, które od nich otrzymałem, dało mi siłę i wiarę w to, że wreszcie będziemy prawdziwą rodziną. A pomyśleć, że tak bardzo bałem się ich reakcji. Szczególnie mój tata okazał się o wiele bardziej akceptujący i wyrozumiały, niż wydawało mi się przez wszystkie lata. Wiem, że mam niesamowite szczęście, ponieważ tak wiele trans osób nie może liczyć na swoją rodzinę. Nagle, z ich wsparciem, wszystkie inne problemy wydają się bez znaczenia. Po raz pierwszy od wielu, wielu lat powiedziałem im, że ich kocham. Te słowa mają dla mnie ogromne znaczenie i cieszę się, że dojrzałem do tego uczucia.

W tym roku przeszedłem także na antydepresanty. Na początku czułem się po nich źle, co chwilę było mi niedobrze, a moja uwaga była bardzo rozproszona. Teraz jednak wiem, że mi pomagają, ponieważ stresuję się mniej i czuję większą stabilność. To dziwne, że czasem można tak po prostu nic nie czuć, niczym się nie przejmować. Być może straciłem część swojej wrażliwości, być może jestem trochę otępiony i rozkojarzony, jednak jest to mała cena za normalne funkcjonowanie, bez ataków paniki, załamań psychicznych i myśli samobójczych.

Postępy poczyniłem także w mojej drodze do hormonów i tranzycji. Nie tylko już zupełnie otwarcie jestem out, ale przede wszystkim w końcu udało mi się dostać skierowanie do GIC w Sheffield. Co prawda okres oczekiwania jest okropnie długi (co w dużej mierze przyczynia się do mojego pogorszonego nastroju – frustracja mnie obezwładnia), ale najważniejsze, że jestem już na dobrej drodze. Bardzo chciałbym rozpocząć terapię hormonalną w przyszłym roku. Chciałbym również się zakochać i więcej podróżować.

Ogólnie rzecz biorąc, ten rok był ciężki ale także pełen dobrych zmian. Zmieniłem pracę i podejście do studiów (już się tak nie przejmuję ocenami). Zmieniłem się w kontaktach z innymi. Przez parę miesięcy nasiliła mi się depresja ze względu na dysforię i poczucie, że stoję w miejscu z hormonami, aczkolwiek teraz, mimo tego czasu oczekiwania, staram się patrzeć na wszystko pozytywnie. Być może tak ma właśnie być, a wszystko przyjdzie w swoim czasie. Jeśli chodzi o studia, ten rok póki co zawierał mniej pieczołowitej organizacji a więcej chaotycznego miotania się między projektami i kończenia ich o 3 rano podczas picia alkoholu i załamania. Chciałbym to zmienić, może uda mi się wrócić do mojego poukładanego trybu życia. Z drugiej jednak strony chciałbym także zrobić coś szalonego, spontanicznego. 

Jestem teraz w dobrym miejscu psychicznie. Oby rok 2018 okazał się jeszcze lepszy.

K.

środa, 24 maja 2017

And after seeing what we saw, can we still reclaim our innocence?



Nie wiem, od czego mam zacząć. Nie wiem co pisać ani jakich słów używać, by opisać to, co się stało i to, jak się po tym czuję. Nie wiem, czy w ogóle takie słowa istnieją. Od paru dni jest mi niedobrze, a godziny uciekają mi z pamięci.

Miałem nie pisać długiego postu. Ale napiszę. Po pierwsze dlatego, że jest to jedna z niewielu metod radzenia sobie z emocjami, które wciąż działają i które mi pozostały. Po drugie dlatego, że milczenie nie jest odpowiedzią, a ja byłem w błędzie myśląc, że ignorując swoje uczucia uda mi się ich pozbyć. Postanawiam więc napisać, choć naprawdę nie wiem jak.

Wszyscy już wiedzą, co stało się w Manchesterze. Kolejny zamach terrorystyczny, chciałoby się rzec „chleb powszedni” współczesnego świata. Tyle słyszy się o bombach, zamachach, porwaniach samolotów i samobójczych atakach, że w zasadzie kolejny atak to tylko kwestia czasu, kolejny nagłówek w gazecie, kolejny tryb w tej chorej maszynie. Sam przecież wielokrotnie widziałem hasztagi na twitterze, kolejne #prayfor, kolejny zamach na niewinnych ludzi. Widziałem tego już wiele i choć oczywiście nie mam serca z kamienia, po pewnym razie wiadomości te stały się już dla mnie po prostu powszechne. Przestałem się nimi jakoś szczególnie przejmować, zakładając, że skoro mnie to nie dotyczy to w zasadzie nie mam powodu, by się smucić i denerwować na marne. Być może była to żałosna próba wmówienia sobie, że skoro coś jest daleko ode mnie to nie istnieje, może była to desperacja nadzieja, że jeśli czegoś się wyprę to w końcu przestanie mnie to boleć.
I choć myślałem, że w ostatnich miesiącach stałem się silniejszy, choć pracowałem bardzo ciężko na to, by trudno było mnie złamać, tym razem było inaczej.

Tym razem uderzono w miasto, w którym mieszkam od dwóch lat.

Uderzono w niepełnoletnie osoby, w dzieci, które wracały z koncertu swojej ulubionej wokalistki. Uderzono w samym centrum miasta, które stało się moim drugim domem, w którym zacząłem swoje dorosłe życie, które mnie kształtuje i daje mi możliwości realizacji marzeń. Zimny, deszczowy, piękny Manchester. Nie ważne, że to artystka, której nie słucham, przecież to równie dobrze mogli być Pilotsi czy inny zespół.

Ponownie nie wiem, co mam myśleć i pisać. Tyle się mówi w Internecie o odpowiednim reagowaniu na tragedię, by nikogo nie urazić ale też niczego nie pominąć. Czy istnieje w ogóle taka reakcja? Zamach w moim mieście wydawał mi się czymś odległym, czymś nierealnym. Oczywiście z tyłu głowy często kłębiła mi się myśl, że to tylko kwestia czasu, że coś wisi w powietrzu, że na pewno prędzej czy później coś się stanie. Ale podobnie jak wielu ludzi tutaj, mimo tej wiedzy żyłem nadzieją, że jakoś nas to ominie. Manchester wydawał mi się zbyt oczywisty, a przy tym zbyt mało znaczący, by atak na nim miał jakieś znaczenie propagandowe (bo tym kieruje się ISIS). Mamy w końcu tutaj dzielnicę klubów gejowskich, mamy paradę równości, mamy kościoły i stadiony futbolowe. Jeśli w ogóle ktoś by się tego spodziewał, to atak podejrzewano właśnie na te strefy.
Ale uderzono w zupełnie inne miejsce, z punktu widzenia politycznego tak naprawdę nic nieznaczące. Zabito niewinne dzieci w miejscu, które miało być miejscem spełnienia ich marzeń.
Wiele emocji kotłuje się i walczy teraz we mnie. Smutek, żal, gniew, niezrozumienie. Mam 20 lat i wydaje mi się, że wiem coś o świecie i raczej dużo rozumiem. Ale tego nie potrafię pojąć, naprawdę nie potrafię ogarnąć rozumiem, jak można mieć w sobie tak wiele nienawiści. Jest to poza sferą mojego umysłu, być może z powodu empatii albo zwykłego ludzkiego idealizmu, wiary w to, że każdy jest z natury dobry. Jest to naiwność i głupota, wiem. Ale taki już jestem.

Nigdy nie sądziłem, że przyjdzie w moim życiu dzień, w którym będę świadkiem tego typu tragedii. Nikt nigdy mnie na to nie przygotowywał, nikt nawet nie wspominał w szkole, że takie rzeczy istnieją. Nie wiem jak mam dać upust tym emocjom, jak je przemienić w coś produktywnego, a nie destruktywnego. Jeśli kiedykolwiek miałbym powiedzieć, że wiem, jak czuł się Gerard podczas zamachu na WTC, to byłby właśnie ten moment. Teraz też czuję tę bezsilność i poczucie, że nic nie ma sensu. Tutaj też zginęli niewinni. Tutaj też był piękny dzień, tak piękny, że aż nie do uwierzenia w zwykle deszczowym Manchesterze. Świeciło słońce, było parno i bezwietrznie, jakby czas zatrzymał się na chwilę. 

Taka sama pogoda była także podczas wieczornego apelu/czuwania na głównym placu Manchesteru. Setki, a może tysiące, ludzi, zgromadzonych w zupełnej, przenikliwej ciszy, łączących się w milczeniu z rodzinami ofiar. Przemowy oficjeli miasta, które przypomniały mi pogrzeb mojego przyjaciela. Nigdy nie sądziłem, że w momencie tragedii poczuję taką więź z tym miastem i jego mieszkańcami. 

Manchester otworzył swoje z pozoru zimne, północne serce. Ludzie okazali niespotykaną życzliwość, miłość, troskę. Prawdziwy duch tego miasta świecił w każdym z jego mieszkańców a Manchester pokazał swoje prawdziwe oblicze – siłę, wspólnotę i empatię. W obliczu bezsensownego aktu terroru ludzie nie poddali się, nie dali się opanować przez strach.  Taki Manchester chcę trzymać w sercu i pamięci, w takim chcę żyć i uczyć się. Chciałbym jedynie, aby już nigdy nie było żadnego ataku.

W tym wszystkim najgorszy jest chyba ten nieprzerwany strumień wiadomości, niektórych fałszywych, innych szokujących na siłę. Całe masowe media aż huczą, stada dziennikarzy rzucają się na każdy okruch sensacji jak drapieżne ptaki. Szmatławce podają niesprawdzone, często błędne informacje, siejąc panikę i kolejną falę strachu w ludziach. Nie potrzeba nam tego. Ludzie i tak już wystarczająco przeszli. Do tego dochodzą polityczne zatarcia, ludzie próbujący z tragedii zrobić paliwo do swoich nacjonalistycznych, okrutnych i nieludzkich przekonań i wierzeń. Ludzie, którzy nigdy nie postawili nogi w Manchesterze komentują i wypowiadają się na temat polityki i Islamu, krzywdząc tym jeszcze więcej niewinnych. Nienawiść rodzi nienawiść. Jest mi bardzo głęboko żal za takich ludzi i ich ograniczonych umysłów. Chciałbym, by ludzie, którzy nie mają pojęcia o życiu w Anglii przestali wykorzystywać tę tragedię do swoich celów i zwyczajnie zamknęli mordy. Chciałbym, by media wreszcie przestały napędzać tę machinę dramatu i pozwoliły ludziom przeżywać swoją żałobę w spokoju. 

Ja definitywnie muszę przeżyć swoją żałobę. Potrzebuję czasu i medytacji, by powrócić do siebie. Tutaj, w Manchesterze, życie próbuje wrócić do normy, choć miasto jest opustoszałe, drogi odcięte a transport publiczny spowolniony. Na ulicach pełno jest policji, ludzie chodzą ze spuszczonymi głowami. Ta cisza jest dla mnie najgorsza. 

Moimi metodami radzenia sobie z tą sytuacją są pisanie, muzyka i fikcja. Po raz pierwszy od lat puściłem sobie głośno Bullets, drąc się przy tym w niebogłosy. Jedyną formą sprzeciwu, jedyną formą buntu przeciwko temu w obecnej sytuacji jest silna, bezkompromisowa, nieprzerwana miłość do siebie i innych. Muzyka jest dla mnie właśnie taką miłością do siebie, puszczam sobie głośno MCR czy Architects i śpiewam, wyrażam swój głos, swój bunt i gniew. Jedyne, co możemy zrobić, to iść dalej, nie poddawać się, nie tracić ducha. Terroryści chcą nas poróżnić, przestraszyć, napuścić na siebie, abyśmy sami się wykończyli. Jedyne, co nam pozostało, to być jeszcze życzliwszym dla siebie i pokazać światu, że Manchester nie da się złamać. 

Ta tragedia, choć nie sądziłem, że tak mną wstrząśnie, uświadomiła mi, że muszę coś zmienić w swoim życiu. Nie mogę o tym zapomnieć i pozwolić, by to wszystko poszło na marne. Bardzo chciałbym, aby każdy, kto to czyta, zastanowił się nad sobą, uścisnął swoich bliskich, uśmiechnął się do nieznajomego na ulicy. Tylko żyjąc dalej możemy okazać najsilniejszy bunt i sprzeciw, największy hołd dla ofiar, największy akt niewzruszonej wiary w ludzkość.

K.

piątek, 12 maja 2017

Hard times

Tak więc oficjalnie zakończyłem pierwszy rok studiów. Teraz nadszedł czas na pewne podsumowanie.



To był rok, w którym przeżyłem jednych z najlepszych i jednych z najgorszych momentów. 
Wszystko, czego się bałem, spełniło się. Ale wiele moich marzeń – również. Rzeczy, które mnie przerażały, okazywały się jednymi z najlepszych decyzji w moim życiu.


Panikowałem strasznie. O pracę, o studia, o siebie, o samotność, o dom. A teraz mi się jakoś układa. Chciałem rzucić studia, wrócić do Polski.


Pokonałem wiele przeszkód, z których największą było moje własne zdrowie psychiczne. Przez każdym deadlinem dostawałem niemalże palpitacji, ze stresu moje problemy, które w istocie były błahostkami, urastały w mojej głowie do rozmiarów zagrażających życiu okropieństw. Moja podatność na stres, nerwowość i brak pewności siebie sprawiły, że ten rok był naprawdę ciężki. Nie wiem, skąd we mnie ten brak woli walki, ten przeraźliwy lęk o przyszłość.  Nie wiem, dlaczego od razu się poddaję, wszystko mnie tak bardzo przygniata i nie potrafię sprostać nawet małym problemom. Wszystkie trudności dla mnie wydają się sto razy większe i często spycha mnie to na dno samopoczucia i depresji. 


W połączeniu  wymagającą pracą z ludźmi, w której muszę codziennie udawać, że nie mam fobii społecznej – to wszystko sprawiło, że ten rok był naprawdę trudny.


Ale był też budujący.


Nie zauważyłem tego, ale stopniowo dojrzałem. Stałem się mądrzejszy. Na początku ta świadomość była nie do zniesienia, ponieważ myślałem, że obojętnieję, gorzknieję i robię się cieniem dawnego siebie. To prawda, Anglia mnie zmienia, trudy codziennego życia i monotonia sprawiają, że nie mam już w sobie tak wiele pasji i emocji. Czasem mi to doskwiera, ale z drugiej strony pozbywam się też agresji, desperacji i tego młodzieńczego buntu, który w istocie donikąd nie prowadził. Być może nie jestem już tak zwariowany na punkcie niektórych rzeczy, może nie jestem już nierozsądnym buntownikiem i emocjonalnym romantykiem, ale czuję, że przestaje mi to przeszkadzać. Możecie nazwać to oznakami starzenia się, obojętności na wszystko, jednak teraz zaczynam czuć wewnętrzny spokój. Nie miotam się już tak bardzo, wreszcie wiem kim jestem i mogę to wyrażać, bez skrępowania czy udawania. Ta szczerość – wobec siebie i swoich emocji oraz wobec innych – sprawia, że czuję się lżej, tak jakby całe te lata udawania i okłamywania innych spadają mi z ramion jak ciążące kamienie. To dobre uczucie, po prostu być, nie oceniać siebie tak surowo i móc otwarcie mówić o swoich emocjach innym. Przyczynił się do tego między innymi mój coming-out oraz, paradoksalnie, moja praca, ponieważ przymusowo musiałem zdobyć więcej pewności siebie (okazało się, że to przychodzi z doświadczeniem). 


W pewnym stopniu zaczynam tęsknić za tą swoją emocjonalną stroną, jednak teraz czuję się o wiele bardziej stabilnie. Dzięki medytacji zmieniłem swoją postawę wobec wielu rzeczy. Przede wszystkim zrozumiałem, że wszystkie moje problemy są tymczasowe i muszę nauczyć się nie dopuszczać mojego umysłu do myślenia, że każda moja decyzja prowadzi do katastrofy. Wszystko kiedyś się kończy, a ja muszę zrozumieć, że te parę lat ciężkiej harówki na studiach i w pracy ma sens, służy czemuś i do czegoś prowadzi. Czuję się o wiele bardziej ugruntowany i silny jako osoba. Doszedłem do wniosku, że nie chcę trzymać w moim życiu ludzi, którzy nie chcą w nim być. Wcześniej miałem tendencję do masochistycznego utrzymywania ludzi w moim życiu, nawet jeśli te znajomości mnie krzywdziły. Wszystko to, ponieważ bałem się samotności. Teraz zaczynam rozumieć, że nie dla każdego jest miejsce w moim życiu. Część osób pojawia się w nim w jakimś przełomowym momencie i znaczy dla mnie wiele w danej chwili, jednak potem naturalną koleją rzeczy odchodzi, a ja muszę nauczyć się pozwalać im iść, bez żalu czy chowanej goryczy. Jestem wdzięczny osobom, z którymi nawiązałem w swoim życiu głębokie relacje, jednak nie chcę dłużej tego rozpamiętywać. 


Oczywiście, cały czas mam momenty, w których kompletnie się załamuję. Chciałbym nad tym popracować, może uda mi się tego pozbyć dzięki terapii. W takich momentach najgorsze jest to, że cała ta pewność siebie i względny spokój, na który pracuję, potrafi runąć w ciągu kilku minut, a ja zapadam się znowu w otchłań depresji i beznadziejności. Podniesienie się po takich momentach jest bardzo ciężkie i za każdym razem mam wrażenie, że coś się we mnie zmienia, coś umiera. Mimo to staram się cały czas podnosić, bo nic innego mi nie pozostało.


Jeśli chodzi o moje kontakty z ludźmi, pierwszy rok studiów był rozczarowujący. Chyba każdy pierwszak wyrusza na studia z nadzieją, że wreszcie spotka kogoś bliskiego, nawiąże trwałe przyjaźnie. W moim przypadku było zupełnie odwrotnie. Wobec braku przyjaciół zacząłem uczyć się przebywać sam ze sobą, lubić swoje towarzystwo i organizować sobie rozrywki. Zrobiłem się strasznym domownikiem i introwertykiem, który nad spotkania towarzyskie przedkłada czytanie książek czy granie w gry. Oczywiście, mój brak kontaktu z ludźmi spowodowany jest również brakiem czasu, ponieważ moje życie jest bardzo zapracowane i chaotyczne, jednak czuję, że to chyba jest ten moment, w którym wreszcie muszę stanąć twarz w twarz z samym sobą i nauczyć się żyć samemu. Nie to żeby mi to jakoś przeszkadzało, czasami tylko mam momenty, w których myślę, że zupełnie nie pasuję do stereotypu pierwszaka, który non-stop chodzi na imprezy, przedkłada życie społeczne nad naukę i nie przejmuje się niczym. Moja sytuacja wygląda trochę inaczej niż większości ludzi (czasem im zazdroszczę), a poza tym chyba wyszalałem się już w pierwszym roku bycia w Anglii. Teraz stałem się spokojniejszy i mniej masochistyczny (picie i imprezowanie było dla mnie swego rodzaju odskocznią, która najczęściej kończyła się emosowaniem i myślami samobójczymi, bo jestem do niczego).


Czasami mam wrażenie, że niewiele rzeczy mi teraz przeszkadza, że niewiele mnie boli i uwiera. Moja romantyczna strona mówi mi, że ten brak protestu, ta wygoda oznacza obojętność, apatię i konformizm. Z drugiej strony, priorytety w moim życiu uległy zmianie. Zrozumiałem, jak wiele dla mnie znaczą przyjaciele i rodzina, jak ważna jest w miarę godna sytuacja finansowa i jako-taki dobrobyt. Oczywiście nie oznacza to, że zamienię się w typowego mieszczucha, który brnie ślepo w pogoni za wygodą, zapominając o doświadczaniu życia. Czuję jednak, że w tym momencie mojego życia moje marzenia się zmieniły. Już nie potrzebuję ekstrawaganckiego życia pełnego przygód, już nie czuję potrzeby bycia odmieńcem, odcinania się od tłumu. Chciałbym teraz jedynie być blisko tych, którzy się dla mnie liczą. Być może jest to wynik głębokiego smutku i ciężaru dorosłego życia. Wieczorami dopada mnie nostalgia za liceum, a nawet za gimnazjum, ponieważ wtedy chociaż na czymś mi zależało, nie bałem się narażać za sprawę, w którą wierzyłem, nie bałem się cierpieć. Dziś się trochę boję. Ale jestem szczęśliwszy i ciężej jest mnie złamać.

Zrozumiałem i pojąłem ideę domu, ojczyzny, przynależności dokądś. W zeszłym roku bardzo ciężko było mi znieć rozłąkę, przez dystans miałem poczucie, że zmieniam się nie do poznania, że coś we mnie umiera. Wciąż miewam takie momenty, to chyba jedyna rzecz, która niewiele się zmieniła od zeszłego roku. Uświadamiam sobie jedynie, że tak naprawdę zmieniam się, ponieważ taka jest kolej rzeczy. Każdy się zmienia i nawet ja nie mogę być cały czas taki sam i trwać przy wszystkim, co kiedyś się dla mnie liczyło. Nie zmieniam się ze względu na bycie daleko od Polski tylko dlatego, że tak ma być. Być może życie w innym kraju przyspieszyło ten proces, ale prędzej czy później i tak bym musiał dorosnąć. Tęsknię za domem, cholernie, ale to niczego nie zmienia.


W wielu aspektach stałem się rozsądniejszy, dojrzalszy. Musiałem szybko wziąć na siebie wiele odpowiedzialności i początkowo mnie to przerastało. Teraz staram się nie stracić głowy w tym wszystkim i zachować w sobie jak najwięcej kręgosłupa moralnego i indywidualności, przy jednoczesnym organizowaniu swojego życia i widzeniem spraw takimi, jakie są.


Tak wiele chciałbym się jeszcze nauczyć, tak wiele wciąż mam pytań. Chciałbym na przykład nauczyć się, jak obchodzić się ze stratą, ze śmiercią bliskich, z nieuchronnym przemijaniem. Chciałbym wreszcie prawdziwie się zakochać, poczuć coś tak silnie, jak robiłem to w gimnazjum. Chciałbym podróżować, być dla siebie wyrozumiały i łaskawy, nauczyć się wybaczać, znosić porażki, trwać w jednym miejscu dłużej niż tylko na chwilę. Chciałbym poprawić kontakt z rodzicami, choć w sumie jestem już na dobrej drodze.


Jednym słowem, uczę się o sobie wiele. Jest to męczący, czasem nieświadomy proces. Dla wielu ludzie niezauważalny. Dla mnie jednak jest to swego rodzaju przełom i mam nadzieję, że dorastanie nie okaże się tak straszne, jak mi się wcześniej wydawało.