Wiem, że tak naprawdę jest chujowo, ale próbuję to od siebie oddalić, zakopać gdzieś głęboko.
W szkole na lekcjach polskiego gadamy o Młodej Polsce, dekadentach, poczuciu beznadzieji i samobójstwach.
Nieprzyjemnie mi się o tym gada, bo zaczynam intensywnie myśleć nad sobą.
Nie lubię intensywnie myśleć nad sobą.
Przypomina mi się ostatnio dużo wierszy, które przeczytałam w życiu.
Był taki wiersz, w którym podmiot liryczny zazdrościł samobójcom tego, że mają odwagę i powód, by się zabić i mówił, że jemu nie pomogłoby nic - ani śmierć, ani przeżycie.
Był zawieszony między jednym i drugim.
Pamiętam, że podobał mi się ten wiersz.
Opisywał mnie.
Zapomniałam, jak się nazywa...
Cały czas czytam "Milion małych kawałków" i próbuję przetrawić to wszystko, co czytam.
Ta książka ma na mnie dobry wpływ.
Czytam to i w to wierzę.
Wierzę, że autentycznie jest jakiś cień szansy i dla mnie.
Ale po chwili to uczucie znika, zostaje tylko spokój, bo zawsze mam wybór.
I tego spokoju właśnie potrzebuję.
Dobrze, że choć na chwilę doznaję spokoju.
Ktoś gdzieś napisał, że życie daje nam tylko tyle zła, ile jesteśmy w stanie znieść.
Co za stek bzdur.
Życie nam nic nie daje.
Życie to zbiór chwil, przypadków, nieporozumień, zbiegów okoliczności, miejsc, ludzi, ułamków sekund.
Życie to stan, więc nie może nam nic dać ani nic zabrać.
Życie to szansa, jedna jedyna, dla każdego jednakowa.
Można ją wziąć lub nie. Zawsze jest wybór.
Co wybrać?
Co wybrać?
Co wybrać?
"From the lights to the pavement
From the van to the floor
From backstage to the doctor
From the Earth to the morgue"
From the van to the floor
From backstage to the doctor
From the Earth to the morgue"