czwartek, 28 listopada 2013

Morgue

Patrzę na wszystko jakby przez szybę. Nic do mnie tak naprawdę nie dociera, nic mnie nie rusza.
Wiem, że tak naprawdę jest chujowo, ale próbuję to od siebie oddalić, zakopać gdzieś głęboko.
W szkole na lekcjach polskiego gadamy o Młodej Polsce, dekadentach, poczuciu beznadzieji i samobójstwach.
Nieprzyjemnie mi się o tym gada, bo zaczynam intensywnie myśleć nad sobą.
Nie lubię intensywnie myśleć nad sobą.

Przypomina mi się ostatnio dużo wierszy, które przeczytałam w życiu.
Był taki wiersz, w którym podmiot liryczny zazdrościł samobójcom tego, że mają odwagę i powód, by się zabić i mówił, że jemu nie pomogłoby nic - ani śmierć, ani przeżycie.
Był zawieszony między jednym i drugim.
Pamiętam, że podobał mi się ten wiersz.
Opisywał mnie.
Zapomniałam, jak się nazywa...

Cały czas czytam "Milion małych kawałków" i próbuję przetrawić to wszystko, co czytam.
Ta książka ma na mnie dobry wpływ.
Czytam to i w to wierzę.
Wierzę, że autentycznie jest jakiś cień szansy i dla mnie.
Ale po chwili to uczucie znika, zostaje tylko spokój, bo zawsze mam wybór.
I tego spokoju właśnie potrzebuję.
Dobrze, że choć na chwilę doznaję spokoju.

Ktoś gdzieś napisał, że życie daje nam tylko tyle zła, ile jesteśmy w stanie znieść.
Co za stek bzdur.
Życie nam nic nie daje.
Życie to zbiór chwil, przypadków, nieporozumień, zbiegów okoliczności, miejsc, ludzi, ułamków sekund.
Życie to stan, więc nie może nam nic dać ani nic zabrać.
Życie to szansa, jedna jedyna, dla każdego jednakowa.
Można ją wziąć lub nie. Zawsze jest wybór.
Co wybrać?
Co wybrać?
Co wybrać?

"From the lights to the pavement
From the van to the floor
From backstage to the doctor
From the Earth to the morgue"

poniedziałek, 25 listopada 2013

Biggest mistake

Poziom mojej beznadziejności mnie przerasta.
Na każdym kroku popełniam błędy, robię coś źle albo nie umiem podołać obowiązkom.
Nawet kiedy chcę coś zrobić, sama z siebie, okazuje się, że nie potrafię.

Jestem jednym wielkim błędem, chodzącą pomyłką. To, że żyję, to kwestia przypadku. Zwykła igraszka losu. Nie zasługuję na to, żeby zabierać innym powietrze.

Nie chcę tu być.
Nie powinno mnie tu być.
Nie mogę tu być.
Nie muszę tu być.

Dlaczego za każdym razem to wraca?

"Don't cry, we all make mistakes from time to time. Unfortunately, for me, being me was mine."

czwartek, 21 listopada 2013

How to disappear completely

Zupełnie nie wiem, co się dzieje dokoła mnie.
Straciłam poczucie czasu i przynależności do jakiegokolwiek społeczeństwa.
Przestałam wykonywać zwykłe, życiowe obowiązki, takie jak komunikowanie się z innymi.
Porzuciłam swoje pasje, a nawet tak przyziemne przyjemności, jak korzystanie z internetu.
Nie wiem, czy czuję się dobrze, czy źle.
Zwyczajnie nie potrafię siebie teraz określić.
Wiem, że mam wiele rzeczy do zrobienia, a jednocześnie nie potrafię się zmusić, by je wykonać.
A potem jest tylko złość i żal do samej siebie, i żyletka, i krew, i płacz.
I nic więcej.

Codziennie żyję w strachu, że ktoś z moich znajomych czy moi rodzice zaczną coś podejrzewać.
Boję się, że ktokolwiek będzie się o mnie martwił. Nie chcę tego.
"Przecież to przeszłość, przecież już wyzdrowiałam, przecież już jestem szczęśliwa".

Ja sama martwię się o wiele bliskich mi osób. Codziennie o nich myślę, choć potrafię nie odzywać się przez miesiąc.

Ostatnio koleżanka z klasy zwierzyła mi się, że podejrzewa u siebie depresję. Nie mam pojęcia dlaczego opowiedziałam jej swoją historię, oczywiście bez szczegółów. Pytała mnie o rady i widać było, że jest jej ciężko. Nadal nie potrafię sobie logicznie wytłumaczyć, dlaczego jej zaufałam, przecież nie mamy bliskiego kontaktu. A jednak jej o tym opowiedziałam i mam nadzieję, że choć trochę jej to pomogło. Ona jest taką pogodną i dobrą dziewczyną, aż ciężko mi uwierzyć, że ma takie myśli. Teraz jest mi okropnie, bo boję się o nią, a ona prawdopodobnie boi się o mnie. Moja polonistka też chyba się czegoś domyśla. Nie chcę, żeby się domyślała. Nie chcę się nikomu narzucać, nikogo obarczać. Nie chcę niczyjej pomocy. Chcę po prostu zniknąć niezauważona, chcę być zapomniana. A tymczasem trzyma mnie tu tak wiele powiązań, tak wiele istnień. I świadomość, że mogłabym zranić i zawieść tak wielu ludzi jest nie do zniesienia, bo powstrzymuje mnie od samobójstwa. Chciałabym zostać kompletnie sama, tak prawdziwie. Nie mieć nikogo, kto by się mną przejmował. Wtedy mogłabym po prostu odejść.

Chciałabym się nigdy nie urodzić

Czasem zatrzymuję się na środku pokoju, z kubkiem herbaty w ręku, i zastanawiam się, dlaczego jeszcze żyję, a ta myśl rośnie w siłę i wrzeszczy na mnie, i dusi mnie, i podpala resztki tego, co kiedyś miałam w środku, i trawi każdą, najmniejszą część mojej głowy i mojego serca. A potem mrugam i wszystko znika, i znów jestem sama na środku pokoju, z herbatą w ręku i ciążącą pustką w sobie.

sobota, 16 listopada 2013

Sam na sam z przerażeniem

Mam wrażenie, że całe moje życie jest jak jazda samochodem przez las w nocy. 
Wydaje mi się, że jadę przed siebie, że gdzieś tam las się kończy, że mam jakiś cel.
Ale to wciąż ta sama noc, ta sama droga, te same uliczne latarnie.
Ten sam jebany syf.
Gdzieś w głębi mnie chowa się jakaś iskra nadziei, że może w końcu wyjadę spomiędzy drzew.
Ale ta iskra jest zbyt mała, by rozjaśnić ciemność, która mnie pochłania.
Ciemność jest we mnie i wszędzie wokół.
Robię się zmęczona błądzeniem po omacku, robię się po prostu zmęczona.
Czuję, że tracę kontrolę nad własnym życiem.
I z jednej strony jest mi z tym dobrze, bo jeśli ją stracę, po prostu się zabiję.
Z drugiej strony boję się. Cholernie się boję. 
Nie chcę nikogo krzywdzić, a wiem, że to zrobię. 
Myślę o śmierci. Codziennie.
Ale nie szarpię się, nie próbuję desperacko znaleźć ukojenia, nie walczę z ogniem, który dawno wygasł.
Jestem spokojna i opanowana.
Spokojna
i
opanowana.
To już nie są te same myśli, jakie miałam w gimnazjum. Nie ten sam typ depresji.
O ile ona w ogóle ma jakieś typy.
Teraz zwyczajnie nie mam racjonalnych powodów, by być smutna. A jednak jestem.
Po prostu jest inaczej.
Potrafię logicznie myśleć, potrafię chłodno kalkulować.
Śmierć wydaje mi się po prostu najlepszym rozwiązaniem.
I nie jest to akt buntu ani desperacji, żaden manifest.
Z nikim nie toczę wojny, może po części ze sobą.
Nie jest to nic wielkiego, romantycznego, podniosłego.
Po prostu ucieczka.
Cały czas uciekam.
Od wszystkiego.
Wiem, że jeśli się zatrzymam, moje demony mnie dopadną i pożrą żywcem.
Nie potrafię stawić czoła nieznanemu, jak i aż za dobrze znanemu. Życiu.
Dlatego uciekam.
Nie analizuję tego, co czuję, tylko próbuję to zagłuszyć, wyprzeć się tego, zignorować.
Ja już nawet nie mam uczuć. Ja myślę, że coś czuję. 
Potrafię sobie wmówić jakieś emocje tak dobrze, że zaczynam je brać jako własne.
Ale czasem boję się nawet myśli. 
Bo wyobrażam sobie, że świat płonie, a ja stoję z boku i na niego patrzę, śmiejąc się w głos.
Rozmawiam z kimś, a w głowie zabijam tę osobę na różne sposoby.
Kiedy jest mi naprawdę źle pocieszam się faktem, że i tak wszyscy umrą.
Kiedy płaczę, nagle myślę sobie o zabiciu kogoś, i ta myśl mnie rozśmiesza.
Bo życie to tak krucha rzecz, tak nikła i bezwartościowa, a jednak to jedyne, co mamy, czego się trzymamy, co cenimy, czego pragniemy. Ludzie są jednak głupi.
Boję się tych myśli. Boję się przyszłości. Boję się kurwa siebie.
Czy ja naprawdę jestem tak nieczuła i zimna?
Czy jestem szalona?

"Jestem sam. Sam tutaj i sam na świecie. Sam w sercu i sam w głowie. Sam wszędzie przez cały czas, od kiedy pamiętam. Sam w Rodzinie, sam z przyjaciółmi, sam w Pokoju pełnym Ludzi. Sam, kiedy się budzę, sam każdego koszmarnego dnia, sam, kiedy w końcu nadchodzi ciemność. Jestem sam na sam z przerażeniem. Sam na sam z przerażeniem." ~James Frey-"Milion małych kawałków" (czytam i kocham)

niedziela, 3 listopada 2013

Urodziny



Jutro moje urodziny, a ja wcale się nie cieszę. Wręcz przeciwnie, im bliżej dorosłości, tym bardziej zaczyna mnie ona przerażać. Chyba to właśnie jest oznaką dojrzałości – kiedy przestajesz cieszyć się na bycie pełnoletnim, a bardzo chcesz zatrzymać swoje dzieciństwo. Z jednej strony cieszę się, że niedługo będę miała te 18 lat. Będę mogła wreszcie zrobić prawko, piercing w wardze, będę bez problemu mogła kupić alkohol czy wyjechać na weekend. Ale jak to wszystko ma się do bycia dorosłą? Będę musiała być odpowiedzialna, nikt mnie już nie uchroni przed konsekwencjami własnych wyborów. Przede wszystkim jednak będę musiała określić, kim chcę być  przyszłości. Dla jednych takie decyzje jak kierunek studiów to banał, ale dla mnie to istna katorga. 

Boję się. 

Zwyczajnie się boję. Strach wręcz paraliżuje mnie, zatrzymuje mnie w jednym miejscu, uniemożliwia podjęcie jakiejkolwiek decyzji. Boję się, że wybiorę źle, że całe życie będę musiała wykonywać pracę, której nie będę kochać. Boję się, że skończę jako przeciętny człowieczek, na marnym stanowisku w biurze, który absolutnie nic po sobie nie zostawi. Bardzo chciałabym coś zmienić, kimś być, coś znaczyć. Chciałabym odpłacić światu za to, że pozostawił mnie przy życiu. Chciałabym pomagać ludziom, nieść nadzieję i przykład. Ale, nie oszukujmy się, taka szansa, jaką otrzymał choćby Gerard, zdarza się raz na milion. Myślę, że moje wahania dotyczące przyszłości wynikają też z tego, że przez długi czas dosłownie nie istniała dla mnie przyszłość. W gimnazjum żyłam ze świętym przekonaniem, że nie doczekam nawet liceum. Skoro przez całe lata byłam pewna, że umrę lada dzień, to jakim cudem mam teraz podejmować decyzję, które mogą przesądzić o moim losie? Dlatego póki co pozostawiałam wszystko przypadkowi. Zwyczajnie nie przejmowałam się niczym i pozwalałam wypadkom decydować o sobie. Na początku liceum musiałam jednak wybrać profil, co i tak było już gigantyczną łamigłówką, bo żaden z nich nie do końca mi odpowiadał. Skończyłam na biochemie, choć już wiem, że nigdy nie zostanę lekarzem z moją fobią na punkcie krwi. O, kolejna ciekawostka, bo pomimo fobii tnę się, a czasem wręcz uwielbiam patrzeć na krew.
Nie potrafię się określić. Nie potrafię powiedzieć jednoznacznie, co lubię, jakie są moje poglądy. Jestem zwyczajnie ambiwalentna, a przez to ludzie postrzegają mnie jako hipokrytkę. Potrafię podzielać dwa kompletnie różne poglądy bez poczucia, że któryś z nich jest niewłaściwy. Czuję się jak kilka osób w jednej, toteż stąd wzięły się moje alternatywne osobowości.
Boję się też, że nie uda mi się żyć dalej z depresją. Nie łudzę się już nawet, że kiedykolwiek przeminie. Zaakceptowałam to, że nigdy nie wyzdrowieję, że nie będę „normalna”, że muszę z tym żyć. Ale boję się, że kiedyś atak smutku najdzie mnie w najmniej odpowiednim momencie, że zwyczajnie nie dam rady, że przez swoje problemy psychiczne będę niezdolna do zrobienia czegoś ważnego, na czym mi będzie zależeć.

Głupie jest to wszystko. Głupia jestem ja ze swoimi wywodami. Zostały mi jeszcze 364 dni bycia dzieckiem. W głowie mimowolnie włącza mi się „S/C/A/R/E/C/R/O/W”.

„Make a wish when your childhood dies" , "Count to seventeen and close your eyes…”