Nie wiem, od czego mam zacząć. Nie wiem co pisać ani jakich
słów używać, by opisać to, co się stało i to, jak się po tym czuję. Nie wiem,
czy w ogóle takie słowa istnieją. Od paru dni jest mi niedobrze, a godziny
uciekają mi z pamięci.
Miałem nie pisać długiego postu. Ale napiszę. Po pierwsze
dlatego, że jest to jedna z niewielu metod radzenia sobie z emocjami, które
wciąż działają i które mi pozostały. Po drugie dlatego, że milczenie nie jest
odpowiedzią, a ja byłem w błędzie myśląc, że ignorując swoje uczucia uda mi się
ich pozbyć. Postanawiam więc napisać, choć naprawdę nie wiem jak.
Wszyscy już wiedzą, co stało się w Manchesterze. Kolejny
zamach terrorystyczny, chciałoby się rzec „chleb powszedni” współczesnego
świata. Tyle słyszy się o bombach, zamachach, porwaniach samolotów i
samobójczych atakach, że w zasadzie kolejny atak to tylko kwestia czasu,
kolejny nagłówek w gazecie, kolejny tryb w tej chorej maszynie. Sam przecież
wielokrotnie widziałem hasztagi na twitterze, kolejne #prayfor, kolejny zamach
na niewinnych ludzi. Widziałem tego już wiele i choć oczywiście nie mam serca z
kamienia, po pewnym razie wiadomości te stały się już dla mnie po prostu
powszechne. Przestałem się nimi jakoś szczególnie przejmować, zakładając, że
skoro mnie to nie dotyczy to w zasadzie nie mam powodu, by się smucić i
denerwować na marne. Być może była to żałosna próba wmówienia sobie, że skoro
coś jest daleko ode mnie to nie istnieje, może była to desperacja nadzieja, że
jeśli czegoś się wyprę to w końcu przestanie mnie to boleć.
I choć myślałem, że w ostatnich miesiącach stałem się
silniejszy, choć pracowałem bardzo ciężko na to, by trudno było mnie złamać,
tym razem było inaczej.
Tym razem uderzono w miasto, w którym mieszkam od dwóch lat.
Uderzono w niepełnoletnie osoby, w dzieci, które wracały z
koncertu swojej ulubionej wokalistki. Uderzono w samym centrum miasta, które
stało się moim drugim domem, w którym zacząłem swoje dorosłe życie, które mnie
kształtuje i daje mi możliwości realizacji marzeń. Zimny, deszczowy, piękny
Manchester. Nie ważne, że to artystka, której nie słucham, przecież to równie
dobrze mogli być Pilotsi czy inny zespół.
Ponownie nie wiem, co mam myśleć i pisać. Tyle się mówi w Internecie
o odpowiednim reagowaniu na tragedię, by nikogo nie urazić ale też niczego nie
pominąć. Czy istnieje w ogóle taka reakcja? Zamach w moim mieście wydawał mi
się czymś odległym, czymś nierealnym. Oczywiście z tyłu głowy często kłębiła mi
się myśl, że to tylko kwestia czasu, że coś wisi w powietrzu, że na pewno prędzej
czy później coś się stanie. Ale podobnie jak wielu ludzi tutaj, mimo tej wiedzy
żyłem nadzieją, że jakoś nas to ominie. Manchester wydawał mi się zbyt
oczywisty, a przy tym zbyt mało znaczący, by atak na nim miał jakieś znaczenie
propagandowe (bo tym kieruje się ISIS). Mamy w końcu tutaj dzielnicę klubów
gejowskich, mamy paradę równości, mamy kościoły i stadiony futbolowe. Jeśli w
ogóle ktoś by się tego spodziewał, to atak podejrzewano właśnie na te strefy.
Ale uderzono w zupełnie inne miejsce, z punktu widzenia politycznego
tak naprawdę nic nieznaczące. Zabito niewinne dzieci w miejscu, które miało być
miejscem spełnienia ich marzeń.
Wiele emocji kotłuje się i walczy teraz we mnie. Smutek,
żal, gniew, niezrozumienie. Mam 20 lat i wydaje mi się, że wiem coś o świecie i
raczej dużo rozumiem. Ale tego nie potrafię pojąć, naprawdę nie potrafię
ogarnąć rozumiem, jak można mieć w sobie tak wiele nienawiści. Jest to poza
sferą mojego umysłu, być może z powodu empatii albo zwykłego ludzkiego
idealizmu, wiary w to, że każdy jest z natury dobry. Jest to naiwność i
głupota, wiem. Ale taki już jestem.
Nigdy nie sądziłem, że przyjdzie w moim życiu dzień, w którym
będę świadkiem tego typu tragedii. Nikt nigdy mnie na to nie przygotowywał,
nikt nawet nie wspominał w szkole, że takie rzeczy istnieją. Nie wiem jak mam
dać upust tym emocjom, jak je przemienić w coś produktywnego, a nie
destruktywnego. Jeśli kiedykolwiek miałbym powiedzieć, że wiem, jak czuł się
Gerard podczas zamachu na WTC, to byłby właśnie ten moment. Teraz też czuję tę
bezsilność i poczucie, że nic nie ma sensu. Tutaj też zginęli niewinni. Tutaj
też był piękny dzień, tak piękny, że aż nie do uwierzenia w zwykle deszczowym
Manchesterze. Świeciło słońce, było parno i bezwietrznie, jakby czas zatrzymał
się na chwilę.
Taka sama pogoda była także podczas wieczornego
apelu/czuwania na głównym placu Manchesteru. Setki, a może tysiące, ludzi,
zgromadzonych w zupełnej, przenikliwej ciszy, łączących się w milczeniu z
rodzinami ofiar. Przemowy oficjeli miasta, które przypomniały mi pogrzeb mojego
przyjaciela. Nigdy nie sądziłem, że w momencie tragedii poczuję taką więź z tym
miastem i jego mieszkańcami.
Manchester otworzył swoje z pozoru zimne, północne serce.
Ludzie okazali niespotykaną życzliwość, miłość, troskę. Prawdziwy duch tego
miasta świecił w każdym z jego mieszkańców a Manchester pokazał swoje prawdziwe
oblicze – siłę, wspólnotę i empatię. W obliczu bezsensownego aktu terroru
ludzie nie poddali się, nie dali się opanować przez strach. Taki Manchester chcę trzymać w sercu i
pamięci, w takim chcę żyć i uczyć się. Chciałbym jedynie, aby już nigdy nie
było żadnego ataku.
W tym wszystkim najgorszy jest chyba ten nieprzerwany
strumień wiadomości, niektórych fałszywych, innych szokujących na siłę. Całe
masowe media aż huczą, stada dziennikarzy rzucają się na każdy okruch sensacji
jak drapieżne ptaki. Szmatławce podają niesprawdzone, często błędne informacje,
siejąc panikę i kolejną falę strachu w ludziach. Nie potrzeba nam tego. Ludzie
i tak już wystarczająco przeszli. Do tego dochodzą polityczne zatarcia, ludzie
próbujący z tragedii zrobić paliwo do swoich nacjonalistycznych, okrutnych i nieludzkich
przekonań i wierzeń. Ludzie, którzy nigdy nie postawili nogi w Manchesterze
komentują i wypowiadają się na temat polityki i Islamu, krzywdząc tym jeszcze
więcej niewinnych. Nienawiść rodzi nienawiść. Jest mi bardzo głęboko żal za
takich ludzi i ich ograniczonych umysłów. Chciałbym, by ludzie, którzy nie mają
pojęcia o życiu w Anglii przestali wykorzystywać tę tragedię do swoich celów i
zwyczajnie zamknęli mordy. Chciałbym, by media wreszcie przestały napędzać tę
machinę dramatu i pozwoliły ludziom przeżywać swoją żałobę w spokoju.
Ja definitywnie muszę przeżyć swoją żałobę. Potrzebuję czasu
i medytacji, by powrócić do siebie. Tutaj, w Manchesterze, życie próbuje wrócić
do normy, choć miasto jest opustoszałe, drogi odcięte a transport publiczny
spowolniony. Na ulicach pełno jest policji, ludzie chodzą ze spuszczonymi głowami.
Ta cisza jest dla mnie najgorsza.
Moimi metodami radzenia sobie z tą sytuacją są pisanie,
muzyka i fikcja. Po raz pierwszy od lat puściłem sobie głośno Bullets, drąc się
przy tym w niebogłosy. Jedyną formą
sprzeciwu, jedyną formą buntu przeciwko temu w obecnej sytuacji jest silna,
bezkompromisowa, nieprzerwana miłość do siebie i innych. Muzyka jest dla
mnie właśnie taką miłością do siebie, puszczam sobie głośno MCR czy Architects
i śpiewam, wyrażam swój głos, swój bunt i gniew. Jedyne, co możemy zrobić, to
iść dalej, nie poddawać się, nie tracić ducha. Terroryści chcą nas poróżnić,
przestraszyć, napuścić na siebie, abyśmy sami się wykończyli. Jedyne, co nam
pozostało, to być jeszcze życzliwszym dla siebie i pokazać światu, że
Manchester nie da się złamać.
Ta tragedia, choć nie sądziłem, że tak mną
wstrząśnie, uświadomiła mi, że muszę coś zmienić w swoim życiu. Nie mogę o tym
zapomnieć i pozwolić, by to wszystko poszło na marne. Bardzo chciałbym, aby
każdy, kto to czyta, zastanowił się nad sobą, uścisnął swoich bliskich,
uśmiechnął się do nieznajomego na ulicy. Tylko żyjąc dalej możemy okazać najsilniejszy
bunt i sprzeciw, największy hołd dla ofiar, największy akt niewzruszonej wiary
w ludzkość.
K.