sobota, 30 grudnia 2017

Podsumowanie roku 2017



Siedzę właśnie przy biurku, rysując nowymi ołówkami i słuchając Coldplay. Zapach grafitu działa na mnie kojąco, przypomina mi o dzieciństwie. To ciekawe, w jaki sposób dorastanie pozwala nam zmienić perspektywę na przeszłość: nagle zwyczajny zapach ołówka czy blask światła na ulicy przed domem rodzinnym pozwala nam przenieść się w czasie. Nagle zaczynam czerpać przyjemność z małych rzeczy i zwyczajnie cieszyć się byciem z rodziną. Byciem takim, jakim jestem, akceptowanym w każdym calu. Byciem szczerym, przebaczającym i odważnym – wobec siebie i wobec innych.

Ten rok pełen był „pierwszych razów”. Zrobiłem pierwszy tatuaż, zacząłem medytować i ćwiczyć jogę. Przede wszystkim jednak zrobiłem coming-out do rodziców, co przebiegło stopniowo ale bardzo pomyślnie. Okazało się, że szczerością i nieskrywanymi emocjami można naprawić coś, co wydawało się nie do naprawienia. Paradoksalnie, choć bałem się, że ich stracę, przez mój proces tranzycji rodzice i ja zbliżyliśmy się do siebie. Wsparcie, które od nich otrzymałem, dało mi siłę i wiarę w to, że wreszcie będziemy prawdziwą rodziną. A pomyśleć, że tak bardzo bałem się ich reakcji. Szczególnie mój tata okazał się o wiele bardziej akceptujący i wyrozumiały, niż wydawało mi się przez wszystkie lata. Wiem, że mam niesamowite szczęście, ponieważ tak wiele trans osób nie może liczyć na swoją rodzinę. Nagle, z ich wsparciem, wszystkie inne problemy wydają się bez znaczenia. Po raz pierwszy od wielu, wielu lat powiedziałem im, że ich kocham. Te słowa mają dla mnie ogromne znaczenie i cieszę się, że dojrzałem do tego uczucia.

W tym roku przeszedłem także na antydepresanty. Na początku czułem się po nich źle, co chwilę było mi niedobrze, a moja uwaga była bardzo rozproszona. Teraz jednak wiem, że mi pomagają, ponieważ stresuję się mniej i czuję większą stabilność. To dziwne, że czasem można tak po prostu nic nie czuć, niczym się nie przejmować. Być może straciłem część swojej wrażliwości, być może jestem trochę otępiony i rozkojarzony, jednak jest to mała cena za normalne funkcjonowanie, bez ataków paniki, załamań psychicznych i myśli samobójczych.

Postępy poczyniłem także w mojej drodze do hormonów i tranzycji. Nie tylko już zupełnie otwarcie jestem out, ale przede wszystkim w końcu udało mi się dostać skierowanie do GIC w Sheffield. Co prawda okres oczekiwania jest okropnie długi (co w dużej mierze przyczynia się do mojego pogorszonego nastroju – frustracja mnie obezwładnia), ale najważniejsze, że jestem już na dobrej drodze. Bardzo chciałbym rozpocząć terapię hormonalną w przyszłym roku. Chciałbym również się zakochać i więcej podróżować.

Ogólnie rzecz biorąc, ten rok był ciężki ale także pełen dobrych zmian. Zmieniłem pracę i podejście do studiów (już się tak nie przejmuję ocenami). Zmieniłem się w kontaktach z innymi. Przez parę miesięcy nasiliła mi się depresja ze względu na dysforię i poczucie, że stoję w miejscu z hormonami, aczkolwiek teraz, mimo tego czasu oczekiwania, staram się patrzeć na wszystko pozytywnie. Być może tak ma właśnie być, a wszystko przyjdzie w swoim czasie. Jeśli chodzi o studia, ten rok póki co zawierał mniej pieczołowitej organizacji a więcej chaotycznego miotania się między projektami i kończenia ich o 3 rano podczas picia alkoholu i załamania. Chciałbym to zmienić, może uda mi się wrócić do mojego poukładanego trybu życia. Z drugiej jednak strony chciałbym także zrobić coś szalonego, spontanicznego. 

Jestem teraz w dobrym miejscu psychicznie. Oby rok 2018 okazał się jeszcze lepszy.

K.

środa, 24 maja 2017

And after seeing what we saw, can we still reclaim our innocence?



Nie wiem, od czego mam zacząć. Nie wiem co pisać ani jakich słów używać, by opisać to, co się stało i to, jak się po tym czuję. Nie wiem, czy w ogóle takie słowa istnieją. Od paru dni jest mi niedobrze, a godziny uciekają mi z pamięci.

Miałem nie pisać długiego postu. Ale napiszę. Po pierwsze dlatego, że jest to jedna z niewielu metod radzenia sobie z emocjami, które wciąż działają i które mi pozostały. Po drugie dlatego, że milczenie nie jest odpowiedzią, a ja byłem w błędzie myśląc, że ignorując swoje uczucia uda mi się ich pozbyć. Postanawiam więc napisać, choć naprawdę nie wiem jak.

Wszyscy już wiedzą, co stało się w Manchesterze. Kolejny zamach terrorystyczny, chciałoby się rzec „chleb powszedni” współczesnego świata. Tyle słyszy się o bombach, zamachach, porwaniach samolotów i samobójczych atakach, że w zasadzie kolejny atak to tylko kwestia czasu, kolejny nagłówek w gazecie, kolejny tryb w tej chorej maszynie. Sam przecież wielokrotnie widziałem hasztagi na twitterze, kolejne #prayfor, kolejny zamach na niewinnych ludzi. Widziałem tego już wiele i choć oczywiście nie mam serca z kamienia, po pewnym razie wiadomości te stały się już dla mnie po prostu powszechne. Przestałem się nimi jakoś szczególnie przejmować, zakładając, że skoro mnie to nie dotyczy to w zasadzie nie mam powodu, by się smucić i denerwować na marne. Być może była to żałosna próba wmówienia sobie, że skoro coś jest daleko ode mnie to nie istnieje, może była to desperacja nadzieja, że jeśli czegoś się wyprę to w końcu przestanie mnie to boleć.
I choć myślałem, że w ostatnich miesiącach stałem się silniejszy, choć pracowałem bardzo ciężko na to, by trudno było mnie złamać, tym razem było inaczej.

Tym razem uderzono w miasto, w którym mieszkam od dwóch lat.

Uderzono w niepełnoletnie osoby, w dzieci, które wracały z koncertu swojej ulubionej wokalistki. Uderzono w samym centrum miasta, które stało się moim drugim domem, w którym zacząłem swoje dorosłe życie, które mnie kształtuje i daje mi możliwości realizacji marzeń. Zimny, deszczowy, piękny Manchester. Nie ważne, że to artystka, której nie słucham, przecież to równie dobrze mogli być Pilotsi czy inny zespół.

Ponownie nie wiem, co mam myśleć i pisać. Tyle się mówi w Internecie o odpowiednim reagowaniu na tragedię, by nikogo nie urazić ale też niczego nie pominąć. Czy istnieje w ogóle taka reakcja? Zamach w moim mieście wydawał mi się czymś odległym, czymś nierealnym. Oczywiście z tyłu głowy często kłębiła mi się myśl, że to tylko kwestia czasu, że coś wisi w powietrzu, że na pewno prędzej czy później coś się stanie. Ale podobnie jak wielu ludzi tutaj, mimo tej wiedzy żyłem nadzieją, że jakoś nas to ominie. Manchester wydawał mi się zbyt oczywisty, a przy tym zbyt mało znaczący, by atak na nim miał jakieś znaczenie propagandowe (bo tym kieruje się ISIS). Mamy w końcu tutaj dzielnicę klubów gejowskich, mamy paradę równości, mamy kościoły i stadiony futbolowe. Jeśli w ogóle ktoś by się tego spodziewał, to atak podejrzewano właśnie na te strefy.
Ale uderzono w zupełnie inne miejsce, z punktu widzenia politycznego tak naprawdę nic nieznaczące. Zabito niewinne dzieci w miejscu, które miało być miejscem spełnienia ich marzeń.
Wiele emocji kotłuje się i walczy teraz we mnie. Smutek, żal, gniew, niezrozumienie. Mam 20 lat i wydaje mi się, że wiem coś o świecie i raczej dużo rozumiem. Ale tego nie potrafię pojąć, naprawdę nie potrafię ogarnąć rozumiem, jak można mieć w sobie tak wiele nienawiści. Jest to poza sferą mojego umysłu, być może z powodu empatii albo zwykłego ludzkiego idealizmu, wiary w to, że każdy jest z natury dobry. Jest to naiwność i głupota, wiem. Ale taki już jestem.

Nigdy nie sądziłem, że przyjdzie w moim życiu dzień, w którym będę świadkiem tego typu tragedii. Nikt nigdy mnie na to nie przygotowywał, nikt nawet nie wspominał w szkole, że takie rzeczy istnieją. Nie wiem jak mam dać upust tym emocjom, jak je przemienić w coś produktywnego, a nie destruktywnego. Jeśli kiedykolwiek miałbym powiedzieć, że wiem, jak czuł się Gerard podczas zamachu na WTC, to byłby właśnie ten moment. Teraz też czuję tę bezsilność i poczucie, że nic nie ma sensu. Tutaj też zginęli niewinni. Tutaj też był piękny dzień, tak piękny, że aż nie do uwierzenia w zwykle deszczowym Manchesterze. Świeciło słońce, było parno i bezwietrznie, jakby czas zatrzymał się na chwilę. 

Taka sama pogoda była także podczas wieczornego apelu/czuwania na głównym placu Manchesteru. Setki, a może tysiące, ludzi, zgromadzonych w zupełnej, przenikliwej ciszy, łączących się w milczeniu z rodzinami ofiar. Przemowy oficjeli miasta, które przypomniały mi pogrzeb mojego przyjaciela. Nigdy nie sądziłem, że w momencie tragedii poczuję taką więź z tym miastem i jego mieszkańcami. 

Manchester otworzył swoje z pozoru zimne, północne serce. Ludzie okazali niespotykaną życzliwość, miłość, troskę. Prawdziwy duch tego miasta świecił w każdym z jego mieszkańców a Manchester pokazał swoje prawdziwe oblicze – siłę, wspólnotę i empatię. W obliczu bezsensownego aktu terroru ludzie nie poddali się, nie dali się opanować przez strach.  Taki Manchester chcę trzymać w sercu i pamięci, w takim chcę żyć i uczyć się. Chciałbym jedynie, aby już nigdy nie było żadnego ataku.

W tym wszystkim najgorszy jest chyba ten nieprzerwany strumień wiadomości, niektórych fałszywych, innych szokujących na siłę. Całe masowe media aż huczą, stada dziennikarzy rzucają się na każdy okruch sensacji jak drapieżne ptaki. Szmatławce podają niesprawdzone, często błędne informacje, siejąc panikę i kolejną falę strachu w ludziach. Nie potrzeba nam tego. Ludzie i tak już wystarczająco przeszli. Do tego dochodzą polityczne zatarcia, ludzie próbujący z tragedii zrobić paliwo do swoich nacjonalistycznych, okrutnych i nieludzkich przekonań i wierzeń. Ludzie, którzy nigdy nie postawili nogi w Manchesterze komentują i wypowiadają się na temat polityki i Islamu, krzywdząc tym jeszcze więcej niewinnych. Nienawiść rodzi nienawiść. Jest mi bardzo głęboko żal za takich ludzi i ich ograniczonych umysłów. Chciałbym, by ludzie, którzy nie mają pojęcia o życiu w Anglii przestali wykorzystywać tę tragedię do swoich celów i zwyczajnie zamknęli mordy. Chciałbym, by media wreszcie przestały napędzać tę machinę dramatu i pozwoliły ludziom przeżywać swoją żałobę w spokoju. 

Ja definitywnie muszę przeżyć swoją żałobę. Potrzebuję czasu i medytacji, by powrócić do siebie. Tutaj, w Manchesterze, życie próbuje wrócić do normy, choć miasto jest opustoszałe, drogi odcięte a transport publiczny spowolniony. Na ulicach pełno jest policji, ludzie chodzą ze spuszczonymi głowami. Ta cisza jest dla mnie najgorsza. 

Moimi metodami radzenia sobie z tą sytuacją są pisanie, muzyka i fikcja. Po raz pierwszy od lat puściłem sobie głośno Bullets, drąc się przy tym w niebogłosy. Jedyną formą sprzeciwu, jedyną formą buntu przeciwko temu w obecnej sytuacji jest silna, bezkompromisowa, nieprzerwana miłość do siebie i innych. Muzyka jest dla mnie właśnie taką miłością do siebie, puszczam sobie głośno MCR czy Architects i śpiewam, wyrażam swój głos, swój bunt i gniew. Jedyne, co możemy zrobić, to iść dalej, nie poddawać się, nie tracić ducha. Terroryści chcą nas poróżnić, przestraszyć, napuścić na siebie, abyśmy sami się wykończyli. Jedyne, co nam pozostało, to być jeszcze życzliwszym dla siebie i pokazać światu, że Manchester nie da się złamać. 

Ta tragedia, choć nie sądziłem, że tak mną wstrząśnie, uświadomiła mi, że muszę coś zmienić w swoim życiu. Nie mogę o tym zapomnieć i pozwolić, by to wszystko poszło na marne. Bardzo chciałbym, aby każdy, kto to czyta, zastanowił się nad sobą, uścisnął swoich bliskich, uśmiechnął się do nieznajomego na ulicy. Tylko żyjąc dalej możemy okazać najsilniejszy bunt i sprzeciw, największy hołd dla ofiar, największy akt niewzruszonej wiary w ludzkość.

K.

piątek, 12 maja 2017

Hard times

Tak więc oficjalnie zakończyłem pierwszy rok studiów. Teraz nadszedł czas na pewne podsumowanie.



To był rok, w którym przeżyłem jednych z najlepszych i jednych z najgorszych momentów. 
Wszystko, czego się bałem, spełniło się. Ale wiele moich marzeń – również. Rzeczy, które mnie przerażały, okazywały się jednymi z najlepszych decyzji w moim życiu.


Panikowałem strasznie. O pracę, o studia, o siebie, o samotność, o dom. A teraz mi się jakoś układa. Chciałem rzucić studia, wrócić do Polski.


Pokonałem wiele przeszkód, z których największą było moje własne zdrowie psychiczne. Przez każdym deadlinem dostawałem niemalże palpitacji, ze stresu moje problemy, które w istocie były błahostkami, urastały w mojej głowie do rozmiarów zagrażających życiu okropieństw. Moja podatność na stres, nerwowość i brak pewności siebie sprawiły, że ten rok był naprawdę ciężki. Nie wiem, skąd we mnie ten brak woli walki, ten przeraźliwy lęk o przyszłość.  Nie wiem, dlaczego od razu się poddaję, wszystko mnie tak bardzo przygniata i nie potrafię sprostać nawet małym problemom. Wszystkie trudności dla mnie wydają się sto razy większe i często spycha mnie to na dno samopoczucia i depresji. 


W połączeniu  wymagającą pracą z ludźmi, w której muszę codziennie udawać, że nie mam fobii społecznej – to wszystko sprawiło, że ten rok był naprawdę trudny.


Ale był też budujący.


Nie zauważyłem tego, ale stopniowo dojrzałem. Stałem się mądrzejszy. Na początku ta świadomość była nie do zniesienia, ponieważ myślałem, że obojętnieję, gorzknieję i robię się cieniem dawnego siebie. To prawda, Anglia mnie zmienia, trudy codziennego życia i monotonia sprawiają, że nie mam już w sobie tak wiele pasji i emocji. Czasem mi to doskwiera, ale z drugiej strony pozbywam się też agresji, desperacji i tego młodzieńczego buntu, który w istocie donikąd nie prowadził. Być może nie jestem już tak zwariowany na punkcie niektórych rzeczy, może nie jestem już nierozsądnym buntownikiem i emocjonalnym romantykiem, ale czuję, że przestaje mi to przeszkadzać. Możecie nazwać to oznakami starzenia się, obojętności na wszystko, jednak teraz zaczynam czuć wewnętrzny spokój. Nie miotam się już tak bardzo, wreszcie wiem kim jestem i mogę to wyrażać, bez skrępowania czy udawania. Ta szczerość – wobec siebie i swoich emocji oraz wobec innych – sprawia, że czuję się lżej, tak jakby całe te lata udawania i okłamywania innych spadają mi z ramion jak ciążące kamienie. To dobre uczucie, po prostu być, nie oceniać siebie tak surowo i móc otwarcie mówić o swoich emocjach innym. Przyczynił się do tego między innymi mój coming-out oraz, paradoksalnie, moja praca, ponieważ przymusowo musiałem zdobyć więcej pewności siebie (okazało się, że to przychodzi z doświadczeniem). 


W pewnym stopniu zaczynam tęsknić za tą swoją emocjonalną stroną, jednak teraz czuję się o wiele bardziej stabilnie. Dzięki medytacji zmieniłem swoją postawę wobec wielu rzeczy. Przede wszystkim zrozumiałem, że wszystkie moje problemy są tymczasowe i muszę nauczyć się nie dopuszczać mojego umysłu do myślenia, że każda moja decyzja prowadzi do katastrofy. Wszystko kiedyś się kończy, a ja muszę zrozumieć, że te parę lat ciężkiej harówki na studiach i w pracy ma sens, służy czemuś i do czegoś prowadzi. Czuję się o wiele bardziej ugruntowany i silny jako osoba. Doszedłem do wniosku, że nie chcę trzymać w moim życiu ludzi, którzy nie chcą w nim być. Wcześniej miałem tendencję do masochistycznego utrzymywania ludzi w moim życiu, nawet jeśli te znajomości mnie krzywdziły. Wszystko to, ponieważ bałem się samotności. Teraz zaczynam rozumieć, że nie dla każdego jest miejsce w moim życiu. Część osób pojawia się w nim w jakimś przełomowym momencie i znaczy dla mnie wiele w danej chwili, jednak potem naturalną koleją rzeczy odchodzi, a ja muszę nauczyć się pozwalać im iść, bez żalu czy chowanej goryczy. Jestem wdzięczny osobom, z którymi nawiązałem w swoim życiu głębokie relacje, jednak nie chcę dłużej tego rozpamiętywać. 


Oczywiście, cały czas mam momenty, w których kompletnie się załamuję. Chciałbym nad tym popracować, może uda mi się tego pozbyć dzięki terapii. W takich momentach najgorsze jest to, że cała ta pewność siebie i względny spokój, na który pracuję, potrafi runąć w ciągu kilku minut, a ja zapadam się znowu w otchłań depresji i beznadziejności. Podniesienie się po takich momentach jest bardzo ciężkie i za każdym razem mam wrażenie, że coś się we mnie zmienia, coś umiera. Mimo to staram się cały czas podnosić, bo nic innego mi nie pozostało.


Jeśli chodzi o moje kontakty z ludźmi, pierwszy rok studiów był rozczarowujący. Chyba każdy pierwszak wyrusza na studia z nadzieją, że wreszcie spotka kogoś bliskiego, nawiąże trwałe przyjaźnie. W moim przypadku było zupełnie odwrotnie. Wobec braku przyjaciół zacząłem uczyć się przebywać sam ze sobą, lubić swoje towarzystwo i organizować sobie rozrywki. Zrobiłem się strasznym domownikiem i introwertykiem, który nad spotkania towarzyskie przedkłada czytanie książek czy granie w gry. Oczywiście, mój brak kontaktu z ludźmi spowodowany jest również brakiem czasu, ponieważ moje życie jest bardzo zapracowane i chaotyczne, jednak czuję, że to chyba jest ten moment, w którym wreszcie muszę stanąć twarz w twarz z samym sobą i nauczyć się żyć samemu. Nie to żeby mi to jakoś przeszkadzało, czasami tylko mam momenty, w których myślę, że zupełnie nie pasuję do stereotypu pierwszaka, który non-stop chodzi na imprezy, przedkłada życie społeczne nad naukę i nie przejmuje się niczym. Moja sytuacja wygląda trochę inaczej niż większości ludzi (czasem im zazdroszczę), a poza tym chyba wyszalałem się już w pierwszym roku bycia w Anglii. Teraz stałem się spokojniejszy i mniej masochistyczny (picie i imprezowanie było dla mnie swego rodzaju odskocznią, która najczęściej kończyła się emosowaniem i myślami samobójczymi, bo jestem do niczego).


Czasami mam wrażenie, że niewiele rzeczy mi teraz przeszkadza, że niewiele mnie boli i uwiera. Moja romantyczna strona mówi mi, że ten brak protestu, ta wygoda oznacza obojętność, apatię i konformizm. Z drugiej strony, priorytety w moim życiu uległy zmianie. Zrozumiałem, jak wiele dla mnie znaczą przyjaciele i rodzina, jak ważna jest w miarę godna sytuacja finansowa i jako-taki dobrobyt. Oczywiście nie oznacza to, że zamienię się w typowego mieszczucha, który brnie ślepo w pogoni za wygodą, zapominając o doświadczaniu życia. Czuję jednak, że w tym momencie mojego życia moje marzenia się zmieniły. Już nie potrzebuję ekstrawaganckiego życia pełnego przygód, już nie czuję potrzeby bycia odmieńcem, odcinania się od tłumu. Chciałbym teraz jedynie być blisko tych, którzy się dla mnie liczą. Być może jest to wynik głębokiego smutku i ciężaru dorosłego życia. Wieczorami dopada mnie nostalgia za liceum, a nawet za gimnazjum, ponieważ wtedy chociaż na czymś mi zależało, nie bałem się narażać za sprawę, w którą wierzyłem, nie bałem się cierpieć. Dziś się trochę boję. Ale jestem szczęśliwszy i ciężej jest mnie złamać.

Zrozumiałem i pojąłem ideę domu, ojczyzny, przynależności dokądś. W zeszłym roku bardzo ciężko było mi znieć rozłąkę, przez dystans miałem poczucie, że zmieniam się nie do poznania, że coś we mnie umiera. Wciąż miewam takie momenty, to chyba jedyna rzecz, która niewiele się zmieniła od zeszłego roku. Uświadamiam sobie jedynie, że tak naprawdę zmieniam się, ponieważ taka jest kolej rzeczy. Każdy się zmienia i nawet ja nie mogę być cały czas taki sam i trwać przy wszystkim, co kiedyś się dla mnie liczyło. Nie zmieniam się ze względu na bycie daleko od Polski tylko dlatego, że tak ma być. Być może życie w innym kraju przyspieszyło ten proces, ale prędzej czy później i tak bym musiał dorosnąć. Tęsknię za domem, cholernie, ale to niczego nie zmienia.


W wielu aspektach stałem się rozsądniejszy, dojrzalszy. Musiałem szybko wziąć na siebie wiele odpowiedzialności i początkowo mnie to przerastało. Teraz staram się nie stracić głowy w tym wszystkim i zachować w sobie jak najwięcej kręgosłupa moralnego i indywidualności, przy jednoczesnym organizowaniu swojego życia i widzeniem spraw takimi, jakie są.


Tak wiele chciałbym się jeszcze nauczyć, tak wiele wciąż mam pytań. Chciałbym na przykład nauczyć się, jak obchodzić się ze stratą, ze śmiercią bliskich, z nieuchronnym przemijaniem. Chciałbym wreszcie prawdziwie się zakochać, poczuć coś tak silnie, jak robiłem to w gimnazjum. Chciałbym podróżować, być dla siebie wyrozumiały i łaskawy, nauczyć się wybaczać, znosić porażki, trwać w jednym miejscu dłużej niż tylko na chwilę. Chciałbym poprawić kontakt z rodzicami, choć w sumie jestem już na dobrej drodze.


Jednym słowem, uczę się o sobie wiele. Jest to męczący, czasem nieświadomy proces. Dla wielu ludzie niezauważalny. Dla mnie jednak jest to swego rodzaju przełom i mam nadzieję, że dorastanie nie okaże się tak straszne, jak mi się wcześniej wydawało.