poniedziałek, 31 marca 2014

Rip a piece of my heart out and leave with it like everyone else

Jestem tak rozjebana.
Tak rozdarta.
Koncert Architects był świetny, ale nic nie zmienił.
Zabawne.
Łudziłam się, że chociaż na moment będę szczęśliwa.
Ale jest jak w "Szklanym kloszu".
Nie ważne, gdzie i z kim jestem, co robię.
Zawsze jestem nieszczęśliwa, samotna i odizolowana.
Zawsze.
W Krakowie było tak dużo ludzi.
Prawie umarłam, bo nie mogłam się tam odnaleźć.
Nie pojadę już nigdy do żadnego wielkiego miasta.
Zrobiłam z siebie totalną kretynkę.
Tam było tyle świetnie ubranych, pięknych, bogatych, wspaniałych ludzi.
A ja tam nie pasowałam.
Byłam przerażona i prawie się popłakałam.
Nie należę do żadnej subkultury.
Nie jestem emo, metalem, grungem, corem.
Nie należę donikąd.
Do nikogo.
Jestem nikim.
Mam kryzys wszystkiego.
Nie wiem nawet, jaka jest moja płeć i orientacja.
A więc jak mogę zadecydować o swojej przyszłości, stylu, czymkolwiek?
Mogę jechać na pierdolony koniec świata i nadal będę wrakiem człowieka.
W dużych miastach czuję się źle.
W małych miastach czuję się źle.
Nie należę do tego kraju.
Do tego świata.
Nie potrafię znaleźć drogi do domu, bo nie wiem, co to dom.
Czuję się, jakbym była w kilku miejscach i nigdzie jednocześnie. 
Jakbym była w kilku częściach.
To nie są moje osobowości.
Teraz jest inaczej. 
Te granice nie są tak wyraźne.
Chcę i nie chcę. 
Mogę i nie mogę. 
Rozumiem i nie rozumiem. 
Wszystko na raz. 
Jakby było kilka mnie.
Gadam jak pierdolona schizofreniczka.
Moja głowa jest przepełniona.
Za dużo tam osobowości. 
Za dużo sprzeczności, które rodzą dyskomfort.
Nie istnieją słowa w języku, którymi mogłabym opisać to, jak się czuję.
Sama siebie nie rozumiem i nie oczekuję, że ktokolwiek to zrobi.

Potrafię pomóc wszystkim, choć mnie nikt nie może pomóc.
Jestem nienaprawialna.
Wytrzymałam trzy dni bez cięcia się i to było piekło.
Dłużej bym nie potrafiła.
Gdyby nie te przebłyski wspomnień z danych lat pomyślałabym, że zawsze taka byłam.
Ale nie byłam.
Nie byłam tak aspołeczna, pełna obaw i smutna.
Jak to się stało?
Nie mam już siły trzymać się powietrza.
Nie mam już siły.

Siedziałam osiem godzin w pociągu i patrzyłam na świat.
Myślałam o życiu.
O sobie.
Tak bardzo siebie nienawidzę.
Tak bardzo chcę umrzeć.
Jestem od urodzenia na przegranej pozycji, bo jestem dziewczyną.
Nigdy nie będę miała zespołu.
Moje marzenia są nic nie warte.
Jedynym wyjściem jest śmierć.

Tęsknię za B. i za K. 
Dlaczego wszyscy muszą mnie opuszczać?

Muszę iść na osiemnastkę T. w dwudziestą rocznicę śmierci Kurta.
Proszę proszę proszę, Boże, jeśli istniejesz, zabij mnie.


sobota, 22 marca 2014

One year ago, the last star of hope died

Dokładnie rok temu w moim życiu zgasło
 jedyne światło nadziei, a ja zaczęłam
nieprzerwanie staczać się w ciemność.
Znowu.
Tym razem nic ani nikt mnie nie uratuje.
MCR było dla mnie wszystkim.
A teraz ich nie ma.
Nie jestem w stanie myśleć o niczym innym.
To wszystko spada na mnie tak nagle.
Nie ważne, jak bardzo staram się wyprzeć te wspomnienia ze swojej głowy.

Moja depresja osiągnęła swoje apogeum.
Nocami ledwo trzymam się życia.
Ledwo trzymam się życia.
Ledwo się trzymam.
Chcę się puścić.

Byłam dzisiaj na grobie K. i napisałam kolejny wiersz.
Nie wiem nawet, po co to wrzucam.
Tak po prostu.
Nie jestem w stanie napisać czegoś konkretnego.


Kontemplacja nad grobem Ziemi
Przytłoczona natłokiem spraw żywych
Zapominam, że są wśród nas umarli.
Nie mam czasu ani chęci udać się na twój grób,
Wciąż zajęta i gnana strachem przed tą samą śmiercią,
Która zabrała ciebie.
Patrzę na twój nagrobek.
Ty leżysz tam w dole, samotny i nieświadomy.
Wspomnienia powoli blakną
Zostaje tylko ta płyta
Nic nie znacząca.
Patrzę na nią i zaczynam rozumieć,
Dlaczego ludzie chodzą na cmentarze.
Stoję tam i nie potrafię odejść,
Nogi jak z betonu wrosły mi w ziemię.
Wciąż wierzę, wciąż się łudzę
że jesteś ze mną, że widzisz moje łzy
i kwiaty, które tobie przynoszę.
Wyobrażam sobie, że stoisz tuż obok
Kładziesz mi rękę na ramieniu
I mówisz: „Już dobrze, jestem w lepszym miejscu”.
Niewiele osób o tobie pamięta
I ta świadomość niszczy mnie od środka.
Zapomnieli o tobie ci,
którzy deklarowali przyjaźń.
Ja nie zapomnę
Bo wciąż mi się śnisz.

Wydawało mi się, że oswoiłam się ze śmiercią
Dopóki nie przybrała ona twojej twarzy.



sobota, 15 marca 2014

We were disaster built from flesh and bone

Te dni są puste i głuche, minuty mijają bez celu, chwile rozpływają się w niebycie niczym dym z papierosów, które tak często ostatnio palę. Milczę od tak dawna, że powoli zaczynam zapominać słów. Zaczynam zapominać, że emocje to coś naturalnego i że inni ludzie nie mają problemu z okazywaniem ich. Zaczynam zapominać o tym, by za wszelką cenę udawać człowieka.

Wychodzę na zewnątrz, na wiatr, na deszcz. Idę prosto w stronę burzowych chmur, bo nic już się nie liczy. Nigdy, przenigdy nie było mi tak obojętnie.

Gdzieś z oddali czyjś głos próbuje przedostać się na powierzchnię, dotrzeć do mnie, ale jest zbyt słaby i zbyt łatwo się poddaje.

Ten głos to mój głos.

Próbuje mnie wyciągnąć, pomóc mi, ocalić mnie.

Chcę się rzucić pędem przed siebie, poczuć jak wiatr smaga moją skórę, przenika aż do kości i zamraża je, odziera mnie z bólu, smutku i wspomnień. Chcę poczuć pod swoimi stopami miękkie błoto i poczuć zapach deszczu i poczuć moje bijące serce. Chcę biec biec biec i zostawić siebie samą w tyle i wpełznąć do dziury i zasnąć jak bezpański pies i umrzeć na zimnej ziemi. Jak skopany, zagłodzony, bezpański pies.

Czy jest już wiosna czy jesień? Czy kogokolwiek to obchodzi?

Nie wiem już, czy powinnam to wszystko przeczekać,  czy się poddać. Nie wiem, czy cokolwiek jeszcze ma szansę się poprawić, czy już na zawsze utknę w tym samym miejscu. Pewne jest to, że już zawsze będę miała ten sam umysł. Nie ważne, jak daleko zajdę i jak bardzo będę próbować uciec od przeszłości, mój umysł nadal będzie skażony, zraniony, zepsuty.

Nie ma przy mnie nikogo. Nie ma przy mnie nikogo. Nikogo do siebie nie dopuszczam.

Nikt nie chce przy mnie być.

Nikt nie wie, czym jestem.

Nie potrzebuję współczucia ani pocieszenia.

Potrzebuję świadomości, że ktoś mnie zna i akceptuje.

Zna i akceptuje nawet to, czego ja nie znam i nie akceptuję w sobie.

Ale przecież to niemożliwe.

Granice się rozmazują.
Gwiazdy gasną.
Zapadam się w głąb siebie.

środa, 12 marca 2014

There's ghosts in the water

Kurwa, zabieram się za tę notkę od nie wiadomo jak długiego czasu i nie mogę nigdy zebać słów i myśli, które potrafiłyby opisać stan, w jakim się znajduję.

Odłączam się od siebie samej i innych ludzi.
Jestem milcząca, wycofana, nie mam siły na żadną interakcję społeczną.
Każda, nawet najprostsza socjalizacja jest dla mnie trudna.
Co chwilę robię lub mówię coś głupiego.
Nie chce mi się mówić.
Słowa słowa słowa
To tylko słowa.
Izoluję się i tłumię emocje.
Chce mi się tylko ciąć ciąć ciąć
i uciekać.
Jestem zmęczona kłamaniem i kreowaniem własnego obrazu.
Uważaniem, by nie powiedzieć za dużo.
Jestem ciągle zmęczona.
To jest mój trwały stan.
Budzę się rano zmęczona.
Gdy wstaję, moje serce bije szybko i kręci mi się w głowie i niedobrze mi.
W szkole jest zbyt głośno, zbyt duszno.
Za dużo ludzi.
Tyle wydarzeń, w których nie chcę uczestniczyć.
Nie mam siły nawet się uczyć.
Wracam do domu, i parę godzin leżę w łóżku.
Niczego już nie pragnę, ale to nie nirvana,
bo czuję się pusta.

Moje życie to jedna wielka pomyłka.
Jestem igraszką w rękach losu.
Świat sobie ze mnie kpi i pluje mi w twarz.
Chciałabym, by chociaż raz wiatr wiał w moje plecy
zamiast w moją twarz.

Powiedziałam M.L prawdę o sobie.
Okrojoną, ale jednak.
Prawie przestaliśmy rozmawiać i czuję się przez to jak śmieć.
Zraniłam kolejną osobę.


Czytam Biblię Szatana i ta książka w dziwny sposób mnie uspokaja.

Ostatnio kolega przyniósł całą paczkę żyletek do szkoły.
I dał mi jedną.
Miałam ją w ręce.
Byłam tak blisko.
Tak blisko.
Oddałam mu ją.

Mam gdzieś swoje własne człowieczeństwo.

Powtarzam ten sam schemat w kółko, mimo iż wiem, że jest ze mną źle.
Nie umiem i nie mam siły tego przerwać.
To jest jak koszmar, w którym widzisz swoje życie rozpadające się przed swoimi oczami jak na ekranie.
Stoisz i patrzysz, bo nic nie możesz zrobić.
Tylko że to nie jest koszmar.
Biegnę wprost w centrum burzy.

Wieje wiatr i odziera mnie z człowieczeństwa.

Uśmiecham się do nieba
i przytulam się do drzew
lecz wśród ludzi milczę
i usuwam się w cień.

To wszystko jest we mnie.
Ten smutek, ból, żal, poczucie winy, nienawiść, krzywda.
To wszystko jest we mnie.

Boję się wojny, cholernie się boję.
Martwię się każdą rzeczą.

Przestałam pisać i rysować.

Ostatnio mam jakieś wielkie, gejowskie feelsy.
Brzydzę się tego.
Brzydzę się siebie.
W dodatku okazało się, że J. i O. są bi.
To w takim razie J. mnie naprawdę podrywała.
Nie mam pojęcia, co zrobić z tą wiedzą.

Cały czas śni mi się wielki, ciemny dom z długimi korytarzami, w którym kogoś szukam.
Ostatnio śniło mi się, że uciekałam z psychiatryka i matka mnie nie poznała.
Dzisiaj śnił mi się kościół, w którym ściany i obrazy ociekały krwią.
Nienawidzę swoich snów.