Tak więc oficjalnie zakończyłem pierwszy rok studiów. Teraz
nadszedł czas na pewne podsumowanie.
To był rok, w którym przeżyłem jednych z najlepszych i
jednych z najgorszych momentów.
Wszystko, czego się bałem, spełniło się. Ale
wiele moich marzeń – również. Rzeczy, które mnie przerażały, okazywały się
jednymi z najlepszych decyzji w moim życiu.
Panikowałem strasznie. O pracę, o studia, o siebie, o samotność, o dom. A teraz
mi się jakoś układa. Chciałem rzucić studia, wrócić do Polski.
Pokonałem wiele przeszkód, z których największą było moje
własne zdrowie psychiczne. Przez każdym deadlinem dostawałem niemalże
palpitacji, ze stresu moje problemy, które w istocie były błahostkami, urastały
w mojej głowie do rozmiarów zagrażających życiu okropieństw. Moja podatność na
stres, nerwowość i brak pewności siebie sprawiły, że ten rok był naprawdę
ciężki. Nie wiem, skąd we mnie ten brak woli walki, ten przeraźliwy lęk o
przyszłość. Nie wiem, dlaczego od razu
się poddaję, wszystko mnie tak bardzo przygniata i nie potrafię sprostać nawet
małym problemom. Wszystkie trudności dla mnie wydają się sto razy większe i
często spycha mnie to na dno samopoczucia i depresji.
W połączeniu
wymagającą pracą z ludźmi, w której muszę codziennie udawać, że nie mam
fobii społecznej – to wszystko sprawiło, że ten rok był naprawdę trudny.
Ale był też budujący.
Nie zauważyłem tego, ale stopniowo dojrzałem. Stałem się
mądrzejszy. Na początku ta świadomość była nie do zniesienia, ponieważ
myślałem, że obojętnieję, gorzknieję i robię się cieniem dawnego siebie. To
prawda, Anglia mnie zmienia, trudy codziennego życia i monotonia sprawiają, że
nie mam już w sobie tak wiele pasji i emocji. Czasem mi to doskwiera, ale z
drugiej strony pozbywam się też agresji, desperacji i tego młodzieńczego buntu,
który w istocie donikąd nie prowadził. Być może nie jestem już tak zwariowany
na punkcie niektórych rzeczy, może nie jestem już nierozsądnym buntownikiem i
emocjonalnym romantykiem, ale czuję, że przestaje mi to przeszkadzać. Możecie
nazwać to oznakami starzenia się, obojętności na wszystko, jednak teraz
zaczynam czuć wewnętrzny spokój. Nie miotam się już tak bardzo, wreszcie wiem
kim jestem i mogę to wyrażać, bez skrępowania czy udawania. Ta szczerość –
wobec siebie i swoich emocji oraz wobec innych – sprawia, że czuję się lżej,
tak jakby całe te lata udawania i okłamywania innych spadają mi z ramion jak
ciążące kamienie. To dobre uczucie, po prostu być, nie oceniać siebie tak
surowo i móc otwarcie mówić o swoich emocjach innym. Przyczynił się do tego
między innymi mój coming-out oraz, paradoksalnie, moja praca, ponieważ
przymusowo musiałem zdobyć więcej pewności siebie (okazało się, że to
przychodzi z doświadczeniem).
W pewnym stopniu zaczynam tęsknić za tą swoją emocjonalną
stroną, jednak teraz czuję się o wiele bardziej stabilnie. Dzięki medytacji
zmieniłem swoją postawę wobec wielu rzeczy. Przede wszystkim zrozumiałem, że
wszystkie moje problemy są tymczasowe i muszę nauczyć się nie dopuszczać mojego
umysłu do myślenia, że każda moja decyzja prowadzi do katastrofy. Wszystko
kiedyś się kończy, a ja muszę zrozumieć, że te parę lat ciężkiej harówki na
studiach i w pracy ma sens, służy czemuś i do czegoś prowadzi. Czuję się o
wiele bardziej ugruntowany i silny jako osoba. Doszedłem do wniosku, że nie
chcę trzymać w moim życiu ludzi, którzy nie chcą w nim być. Wcześniej miałem
tendencję do masochistycznego utrzymywania ludzi w moim życiu, nawet jeśli te
znajomości mnie krzywdziły. Wszystko to, ponieważ bałem się samotności. Teraz
zaczynam rozumieć, że nie dla każdego jest miejsce w moim życiu. Część osób
pojawia się w nim w jakimś przełomowym momencie i znaczy dla mnie wiele w danej
chwili, jednak potem naturalną koleją rzeczy odchodzi, a ja muszę nauczyć się
pozwalać im iść, bez żalu czy chowanej goryczy. Jestem wdzięczny osobom, z
którymi nawiązałem w swoim życiu głębokie relacje, jednak nie chcę dłużej tego
rozpamiętywać.
Oczywiście, cały czas mam momenty, w których kompletnie się
załamuję. Chciałbym nad tym popracować, może uda mi się tego pozbyć dzięki
terapii. W takich momentach najgorsze jest to, że cała ta pewność siebie i
względny spokój, na który pracuję, potrafi runąć w ciągu kilku minut, a ja
zapadam się znowu w otchłań depresji i beznadziejności. Podniesienie się po takich
momentach jest bardzo ciężkie i za każdym razem mam wrażenie, że coś się we
mnie zmienia, coś umiera. Mimo to staram się cały czas podnosić, bo nic innego
mi nie pozostało.
Jeśli chodzi o moje kontakty z ludźmi, pierwszy rok studiów
był rozczarowujący. Chyba każdy pierwszak wyrusza na studia z nadzieją, że
wreszcie spotka kogoś bliskiego, nawiąże trwałe przyjaźnie. W moim przypadku
było zupełnie odwrotnie. Wobec braku przyjaciół zacząłem uczyć się przebywać
sam ze sobą, lubić swoje towarzystwo i organizować sobie rozrywki. Zrobiłem się
strasznym domownikiem i introwertykiem, który nad spotkania towarzyskie
przedkłada czytanie książek czy granie w gry. Oczywiście, mój brak kontaktu z
ludźmi spowodowany jest również brakiem czasu, ponieważ moje życie jest bardzo
zapracowane i chaotyczne, jednak czuję, że to chyba jest ten moment, w którym
wreszcie muszę stanąć twarz w twarz z samym sobą i nauczyć się żyć samemu. Nie
to żeby mi to jakoś przeszkadzało, czasami tylko mam momenty, w których myślę,
że zupełnie nie pasuję do stereotypu pierwszaka, który non-stop chodzi na
imprezy, przedkłada życie społeczne nad naukę i nie przejmuje się niczym. Moja
sytuacja wygląda trochę inaczej niż większości ludzi (czasem im zazdroszczę), a
poza tym chyba wyszalałem się już w pierwszym roku bycia w Anglii. Teraz stałem
się spokojniejszy i mniej masochistyczny (picie i imprezowanie było dla mnie
swego rodzaju odskocznią, która najczęściej kończyła się emosowaniem i myślami
samobójczymi, bo jestem do niczego).
Czasami mam wrażenie, że niewiele rzeczy mi teraz
przeszkadza, że niewiele mnie boli i uwiera. Moja romantyczna strona mówi mi,
że ten brak protestu, ta wygoda oznacza obojętność, apatię i konformizm. Z
drugiej strony, priorytety w moim życiu uległy zmianie. Zrozumiałem, jak wiele
dla mnie znaczą przyjaciele i rodzina, jak ważna jest w miarę godna sytuacja
finansowa i jako-taki dobrobyt. Oczywiście nie oznacza to, że zamienię się w
typowego mieszczucha, który brnie ślepo w pogoni za wygodą, zapominając o
doświadczaniu życia. Czuję jednak, że w tym momencie mojego życia moje marzenia
się zmieniły. Już nie potrzebuję ekstrawaganckiego życia pełnego przygód, już
nie czuję potrzeby bycia odmieńcem, odcinania się od tłumu. Chciałbym teraz
jedynie być blisko tych, którzy się dla mnie liczą. Być może jest to wynik
głębokiego smutku i ciężaru dorosłego życia. Wieczorami dopada mnie nostalgia
za liceum, a nawet za gimnazjum, ponieważ wtedy chociaż na czymś mi zależało,
nie bałem się narażać za sprawę, w którą wierzyłem, nie bałem się cierpieć.
Dziś się trochę boję. Ale jestem szczęśliwszy i ciężej jest mnie złamać.
Zrozumiałem i pojąłem ideę domu, ojczyzny, przynależności dokądś. W zeszłym roku bardzo ciężko było mi znieć rozłąkę, przez dystans miałem poczucie, że zmieniam się nie do poznania, że coś we mnie umiera. Wciąż miewam takie momenty, to chyba jedyna rzecz, która niewiele się zmieniła od zeszłego roku. Uświadamiam sobie jedynie, że tak naprawdę zmieniam się, ponieważ taka jest kolej rzeczy. Każdy się zmienia i nawet ja nie mogę być cały czas taki sam i trwać przy wszystkim, co kiedyś się dla mnie liczyło. Nie zmieniam się ze względu na bycie daleko od Polski tylko dlatego, że tak ma być. Być może życie w innym kraju przyspieszyło ten proces, ale prędzej czy później i tak bym musiał dorosnąć. Tęsknię za domem, cholernie, ale to niczego nie zmienia.
W wielu aspektach stałem się rozsądniejszy, dojrzalszy. Musiałem
szybko wziąć na siebie wiele odpowiedzialności i początkowo mnie to
przerastało. Teraz staram się nie stracić głowy w tym wszystkim i zachować w
sobie jak najwięcej kręgosłupa moralnego i indywidualności, przy jednoczesnym
organizowaniu swojego życia i widzeniem spraw takimi, jakie są.
Tak wiele chciałbym się jeszcze nauczyć, tak wiele wciąż mam
pytań. Chciałbym na przykład nauczyć się, jak obchodzić się ze stratą, ze
śmiercią bliskich, z nieuchronnym przemijaniem. Chciałbym wreszcie prawdziwie
się zakochać, poczuć coś tak silnie, jak robiłem to w gimnazjum. Chciałbym
podróżować, być dla siebie wyrozumiały i łaskawy, nauczyć się wybaczać, znosić
porażki, trwać w jednym miejscu dłużej niż tylko na chwilę. Chciałbym poprawić
kontakt z rodzicami, choć w sumie jestem już na dobrej drodze.
Jednym słowem, uczę się o sobie wiele. Jest to męczący,
czasem nieświadomy proces. Dla wielu ludzie niezauważalny. Dla mnie jednak jest
to swego rodzaju przełom i mam nadzieję, że dorastanie nie okaże się tak
straszne, jak mi się wcześniej wydawało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz