piątek, 12 maja 2017

Hard times

Tak więc oficjalnie zakończyłem pierwszy rok studiów. Teraz nadszedł czas na pewne podsumowanie.



To był rok, w którym przeżyłem jednych z najlepszych i jednych z najgorszych momentów. 
Wszystko, czego się bałem, spełniło się. Ale wiele moich marzeń – również. Rzeczy, które mnie przerażały, okazywały się jednymi z najlepszych decyzji w moim życiu.


Panikowałem strasznie. O pracę, o studia, o siebie, o samotność, o dom. A teraz mi się jakoś układa. Chciałem rzucić studia, wrócić do Polski.


Pokonałem wiele przeszkód, z których największą było moje własne zdrowie psychiczne. Przez każdym deadlinem dostawałem niemalże palpitacji, ze stresu moje problemy, które w istocie były błahostkami, urastały w mojej głowie do rozmiarów zagrażających życiu okropieństw. Moja podatność na stres, nerwowość i brak pewności siebie sprawiły, że ten rok był naprawdę ciężki. Nie wiem, skąd we mnie ten brak woli walki, ten przeraźliwy lęk o przyszłość.  Nie wiem, dlaczego od razu się poddaję, wszystko mnie tak bardzo przygniata i nie potrafię sprostać nawet małym problemom. Wszystkie trudności dla mnie wydają się sto razy większe i często spycha mnie to na dno samopoczucia i depresji. 


W połączeniu  wymagającą pracą z ludźmi, w której muszę codziennie udawać, że nie mam fobii społecznej – to wszystko sprawiło, że ten rok był naprawdę trudny.


Ale był też budujący.


Nie zauważyłem tego, ale stopniowo dojrzałem. Stałem się mądrzejszy. Na początku ta świadomość była nie do zniesienia, ponieważ myślałem, że obojętnieję, gorzknieję i robię się cieniem dawnego siebie. To prawda, Anglia mnie zmienia, trudy codziennego życia i monotonia sprawiają, że nie mam już w sobie tak wiele pasji i emocji. Czasem mi to doskwiera, ale z drugiej strony pozbywam się też agresji, desperacji i tego młodzieńczego buntu, który w istocie donikąd nie prowadził. Być może nie jestem już tak zwariowany na punkcie niektórych rzeczy, może nie jestem już nierozsądnym buntownikiem i emocjonalnym romantykiem, ale czuję, że przestaje mi to przeszkadzać. Możecie nazwać to oznakami starzenia się, obojętności na wszystko, jednak teraz zaczynam czuć wewnętrzny spokój. Nie miotam się już tak bardzo, wreszcie wiem kim jestem i mogę to wyrażać, bez skrępowania czy udawania. Ta szczerość – wobec siebie i swoich emocji oraz wobec innych – sprawia, że czuję się lżej, tak jakby całe te lata udawania i okłamywania innych spadają mi z ramion jak ciążące kamienie. To dobre uczucie, po prostu być, nie oceniać siebie tak surowo i móc otwarcie mówić o swoich emocjach innym. Przyczynił się do tego między innymi mój coming-out oraz, paradoksalnie, moja praca, ponieważ przymusowo musiałem zdobyć więcej pewności siebie (okazało się, że to przychodzi z doświadczeniem). 


W pewnym stopniu zaczynam tęsknić za tą swoją emocjonalną stroną, jednak teraz czuję się o wiele bardziej stabilnie. Dzięki medytacji zmieniłem swoją postawę wobec wielu rzeczy. Przede wszystkim zrozumiałem, że wszystkie moje problemy są tymczasowe i muszę nauczyć się nie dopuszczać mojego umysłu do myślenia, że każda moja decyzja prowadzi do katastrofy. Wszystko kiedyś się kończy, a ja muszę zrozumieć, że te parę lat ciężkiej harówki na studiach i w pracy ma sens, służy czemuś i do czegoś prowadzi. Czuję się o wiele bardziej ugruntowany i silny jako osoba. Doszedłem do wniosku, że nie chcę trzymać w moim życiu ludzi, którzy nie chcą w nim być. Wcześniej miałem tendencję do masochistycznego utrzymywania ludzi w moim życiu, nawet jeśli te znajomości mnie krzywdziły. Wszystko to, ponieważ bałem się samotności. Teraz zaczynam rozumieć, że nie dla każdego jest miejsce w moim życiu. Część osób pojawia się w nim w jakimś przełomowym momencie i znaczy dla mnie wiele w danej chwili, jednak potem naturalną koleją rzeczy odchodzi, a ja muszę nauczyć się pozwalać im iść, bez żalu czy chowanej goryczy. Jestem wdzięczny osobom, z którymi nawiązałem w swoim życiu głębokie relacje, jednak nie chcę dłużej tego rozpamiętywać. 


Oczywiście, cały czas mam momenty, w których kompletnie się załamuję. Chciałbym nad tym popracować, może uda mi się tego pozbyć dzięki terapii. W takich momentach najgorsze jest to, że cała ta pewność siebie i względny spokój, na który pracuję, potrafi runąć w ciągu kilku minut, a ja zapadam się znowu w otchłań depresji i beznadziejności. Podniesienie się po takich momentach jest bardzo ciężkie i za każdym razem mam wrażenie, że coś się we mnie zmienia, coś umiera. Mimo to staram się cały czas podnosić, bo nic innego mi nie pozostało.


Jeśli chodzi o moje kontakty z ludźmi, pierwszy rok studiów był rozczarowujący. Chyba każdy pierwszak wyrusza na studia z nadzieją, że wreszcie spotka kogoś bliskiego, nawiąże trwałe przyjaźnie. W moim przypadku było zupełnie odwrotnie. Wobec braku przyjaciół zacząłem uczyć się przebywać sam ze sobą, lubić swoje towarzystwo i organizować sobie rozrywki. Zrobiłem się strasznym domownikiem i introwertykiem, który nad spotkania towarzyskie przedkłada czytanie książek czy granie w gry. Oczywiście, mój brak kontaktu z ludźmi spowodowany jest również brakiem czasu, ponieważ moje życie jest bardzo zapracowane i chaotyczne, jednak czuję, że to chyba jest ten moment, w którym wreszcie muszę stanąć twarz w twarz z samym sobą i nauczyć się żyć samemu. Nie to żeby mi to jakoś przeszkadzało, czasami tylko mam momenty, w których myślę, że zupełnie nie pasuję do stereotypu pierwszaka, który non-stop chodzi na imprezy, przedkłada życie społeczne nad naukę i nie przejmuje się niczym. Moja sytuacja wygląda trochę inaczej niż większości ludzi (czasem im zazdroszczę), a poza tym chyba wyszalałem się już w pierwszym roku bycia w Anglii. Teraz stałem się spokojniejszy i mniej masochistyczny (picie i imprezowanie było dla mnie swego rodzaju odskocznią, która najczęściej kończyła się emosowaniem i myślami samobójczymi, bo jestem do niczego).


Czasami mam wrażenie, że niewiele rzeczy mi teraz przeszkadza, że niewiele mnie boli i uwiera. Moja romantyczna strona mówi mi, że ten brak protestu, ta wygoda oznacza obojętność, apatię i konformizm. Z drugiej strony, priorytety w moim życiu uległy zmianie. Zrozumiałem, jak wiele dla mnie znaczą przyjaciele i rodzina, jak ważna jest w miarę godna sytuacja finansowa i jako-taki dobrobyt. Oczywiście nie oznacza to, że zamienię się w typowego mieszczucha, który brnie ślepo w pogoni za wygodą, zapominając o doświadczaniu życia. Czuję jednak, że w tym momencie mojego życia moje marzenia się zmieniły. Już nie potrzebuję ekstrawaganckiego życia pełnego przygód, już nie czuję potrzeby bycia odmieńcem, odcinania się od tłumu. Chciałbym teraz jedynie być blisko tych, którzy się dla mnie liczą. Być może jest to wynik głębokiego smutku i ciężaru dorosłego życia. Wieczorami dopada mnie nostalgia za liceum, a nawet za gimnazjum, ponieważ wtedy chociaż na czymś mi zależało, nie bałem się narażać za sprawę, w którą wierzyłem, nie bałem się cierpieć. Dziś się trochę boję. Ale jestem szczęśliwszy i ciężej jest mnie złamać.

Zrozumiałem i pojąłem ideę domu, ojczyzny, przynależności dokądś. W zeszłym roku bardzo ciężko było mi znieć rozłąkę, przez dystans miałem poczucie, że zmieniam się nie do poznania, że coś we mnie umiera. Wciąż miewam takie momenty, to chyba jedyna rzecz, która niewiele się zmieniła od zeszłego roku. Uświadamiam sobie jedynie, że tak naprawdę zmieniam się, ponieważ taka jest kolej rzeczy. Każdy się zmienia i nawet ja nie mogę być cały czas taki sam i trwać przy wszystkim, co kiedyś się dla mnie liczyło. Nie zmieniam się ze względu na bycie daleko od Polski tylko dlatego, że tak ma być. Być może życie w innym kraju przyspieszyło ten proces, ale prędzej czy później i tak bym musiał dorosnąć. Tęsknię za domem, cholernie, ale to niczego nie zmienia.


W wielu aspektach stałem się rozsądniejszy, dojrzalszy. Musiałem szybko wziąć na siebie wiele odpowiedzialności i początkowo mnie to przerastało. Teraz staram się nie stracić głowy w tym wszystkim i zachować w sobie jak najwięcej kręgosłupa moralnego i indywidualności, przy jednoczesnym organizowaniu swojego życia i widzeniem spraw takimi, jakie są.


Tak wiele chciałbym się jeszcze nauczyć, tak wiele wciąż mam pytań. Chciałbym na przykład nauczyć się, jak obchodzić się ze stratą, ze śmiercią bliskich, z nieuchronnym przemijaniem. Chciałbym wreszcie prawdziwie się zakochać, poczuć coś tak silnie, jak robiłem to w gimnazjum. Chciałbym podróżować, być dla siebie wyrozumiały i łaskawy, nauczyć się wybaczać, znosić porażki, trwać w jednym miejscu dłużej niż tylko na chwilę. Chciałbym poprawić kontakt z rodzicami, choć w sumie jestem już na dobrej drodze.


Jednym słowem, uczę się o sobie wiele. Jest to męczący, czasem nieświadomy proces. Dla wielu ludzie niezauważalny. Dla mnie jednak jest to swego rodzaju przełom i mam nadzieję, że dorastanie nie okaże się tak straszne, jak mi się wcześniej wydawało.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz