Czytam właśnie Frerarda po polsku i dużo myśli mnie nachodzi. Przede wszystkim tęsknię za młodością. Tęsknię za byciem 17-latkiem, przeżywaniem wszystkiego tak silnie i prawdziwie. Tęsknię za niewinnością, niewinnym rozumieniem miłości, byciem po prostu czyimś chłopcem.
Wciąż tak bardzo wierzę w soulmates, w taką miłość, jaka jest w fanfikach - nie ważne w jakim świecie czy w jakich okolicznościach się spotkają, zawsze są związani przeznaczeniem, aby być razem.
Tak bardzo chciałbym poznać taką miłość, jeśli jest ona w ogóle możliwa, a nie jedynie wyidealizowanym odzwierciedleniem naszej głębokiej samotności.
Dziś nawet miałem koszmar z R. Może w końcu mój mózg zdecydował się przepracować nasze zerwanie, może wreszcie moje serce zacznie się goić. Mam taką nadzieję.
Tęsknię za polszczyzną, tą przyziemną, slangową, prostą mową w moim ojczystym języku. Nie wiem nawet, czy potrafiłbym znowu nią się posługiwać.
Czasem natchnie mnie, że chcę pisać, ale boję się. Boję się, że moje wyobrażenie mojego własnego fika zupełnie nie odbiłoby się w słowach. Boję się, że nie potrafię już pisać dobrze po polsku. Chciałbym napisać fika o współczesnych chłopakach z MCR, jak relacja Franka i Gee się zmieniła, może trochę żałują? Może nadal mają jakieś uczucia? Nie wiem, czy w ogóle się zabiorę za pisanie.
Tęsknię za posiadaniem wielkich marzeń, wielkich nadziei, wielkiego Sensu, który wydaje mi się, że miałem mając naście lat. Może nie miałem? Sam nie wiem. Może od czytania po prostu czuję rzeczy, których nawet nie doświadczyłem. To by wyjaśniało, dlaczego tak bardzo uciekam w fikcję.
Dziwne jest to. Skoro moje życie wciąż i wciąż zatacza koła, to czy nie powinienem w końcu kiedyś cofnąć się do czasu liceum, kiedy (subiektywnie) wszystko było lepsze? Nawet ta homofobia i nienawiść do własnej płci wydają mi się teraz lepsze, niż ta pustka i zobojętnienie, które czuję teraz. Może potrzebuję tragedii do swojej sztuki? Niby zataczam kółka emocjonalnie, a jednak cały czas nieubłaganie posuwam się do przodu, coraz dalej od młodości.
Marzy mi się mieszkanie w latach 90 na przedmieściach jakiegoś amerykańskiego miasta, gdzie ludzie przed domami mają duże trawniki, płaskie chodniki z płyt i drzewa. Gdzie kolorowe niebo przecinają linie wysokiego napięcia i spadziste dachy. Gdzie mógłbym siedzieć na poddaszu, wyglądać przez okno i wzdychać.
Dust in the wind, water under the bridge.
Everything must come to an end.
You best prepare to grieve
Let it enter your open heart and
Then prepare to let it leave
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz