środa, 26 lutego 2014

I can’t remember life without the pain

Na imprezie u E. prawie zbetoniłam się z jej bratem.
On jest 2 lata młodszy.
I znamy się od podstawówki.
Nie wiem, co mi odbiło.
Po alkoholu robię się łatwa jak dziwka i chora z samotności.
Na co dzień jestem już do niej przyzwyczajona,
ale są takie dni
kiedy naprawdę to do mnie dociera:
jestem sama
samotna
samotna zawsze i wszędzie
na zawsze.
A mimo wszystko staram się odpychać od siebie ludzi.
Próbuję pokazać się M. z jak najgorszej strony
ujawnić wszystkie swoje wady
żebym wydała się zimna, głupia i niewarta uwagi.
Żeby się do mnie nie przywiązał
i żebym nie musiała go zranić.
Ale on wciąż do mnie pisze.
I boję się, że zacznie coś do mnie czuć.
A ja nie chcę nie mogę z nim być.
Nie potrafię nic poczuć.
Nie mam na nic siły.
Nie mam siły nawet pisać o tym, że nie mam siły.
Wszystko wydaje mi się tak bezwartościowe.
Ten tydzień jest straszny.
Nawet nie otworzyłam książki przed sprawdzianem z chemii.
Po prostu się rozbeczałam.
Mam mnóstwo swoich problemów, nie mam czasu przejmować się szkołą i nauką.
Matka znowu poruszyła temat osiemnastki, a ja mam wyjebane.
Tnę się codziennie i nawet nie wyobrażam sobie, że mogłabym tego nie robić.
Choć mój ból, moje cierpienie nie zbawią świata.
Nie jest tak, jak w Biblii.
Smutek i rozpacz oczyszczają duszy, nie wiążą się z żadnym wyższym celem.
Są po prostu kolejną igraszką losu.

Ostatnio rozmawiałam z A.
Pierwszy raz od paru lat.
Byłyśmy razem na konkursie.
Śmiałyśmy się, gadałyśmy o ficach, shipach i angielskim.
Znów przez chwilę było tak, jak dawniej.
A potem konkurs się skończył i znów
przestała zauważać, że żyję.
A ja zostałam z milionem myśli
i wspomnień
i żalu
i gdybań
Napisałam o niej piosenkę
choć ona nawet nie wie, jak się czuje.
Nie wie, że strata przyjaciela
boli jakby ktoś wyrwał mi serce,
a dziura po nim płonie i piecze
i nigdy się nie zagoi.

Mam ostatnio jakieś nieokreślone uczucia odnośnie mojej orientacji.
Kolega spytał mnie, czy lubię dziewczyny
i dał mi tym sporo do myślenia.
Tak, lubię.
Jakimś cudem nie zauważałam tego wcześniej.
A teraz przypomina mi się, jak patrzyłam na dziewczyny w szatni.
Jak zakochiwałam się w piosenkarkach.
Przypomina mi się, jak blisko byłyśmy z A.
Prawie jak para.
A potem, tak nagle, wszystko to wyparowało z nas.

Mam okropne koszmary.
Matka mówi, że krzyczę przez sen.

wtorek, 18 lutego 2014

Fade out again

Powiedziałam M. o tym, jak ostatnio się czułam.
Czy raczej nie czułam.
O tym, że czasem odłączam się od ciała.
O tym, że moje prawdziwe ja jest pogrzebane daleko stąd.
O tym, że nie da mi się już pomóc.
O tym, że się poddałam.
O tym, że umieram.

Umieram.
Czuję to z każdym dniem.
Czuję to i wiem to i trzymam się tego.
To jest niezależne ode mnie.
Jestem umierającym człowiekiem na skraju życia.
I nie mam już sił.

Nie chciałam, żeby M. płakała.
Nie chciałam jej martwić.
Ale zmartwiłam.
I czuję się potwornie i lepiej zarazem.
Przynajmniej nie muszę jej dłużej okłamywać.
M. pewnie myśli, że jestem psychopatką.
Może.
Albo mam schizofrenię.
Może.

Za każdym razem, gdy się odłączam, moje ja odpływa gdzieś daleko.
A potem wracam, jakbym wybudzała się ze snu.
Ale za każdym razem, gdy odchodzę, tracę część siebie.
Za każdym razem, gdy Ona przychodzi, skulona i zagłodzona i ukryta w cieniu
i atakuje mnie, krzyczy na mnie, nienawidzi mnie, chce mnie zniszczyć.
Za każdym razem czuję, że coraz mniej mnie zostaje.

Zaniedbałam znajomych.
A mam takich kochanych znajomych.
Tak bardzo chciałabym poświęcać im każdą sekundę życia.
A ich zaniedbuję, bo przestaję się czuć jak człowiek.

Śnił mi się realistyczny koszmar i zaczęłam płakać.
Wszystko mi już jest wszystko jedno.
Staram się trzymać, staram się przetrwać.
Ale jest cholernie ciężko.
Oczy spuchły mi od płaczu przez całą noc i dzień.

Ostatnio dawno nie pisałam w zeszycie.
Już prawie zapomniałam, jak trzyma się długopis.
Nie jestem w stanie tworzyć sztuki.
Za bardzo boli.

Ostatnia piosenka MCR kompletnie mnie dobiła.
Dziura z moim sercu pulsuje i płonie żywym ogniem.
Nigdy, przenigdy się nie zagoi.

Ferie zleciały zbyt szybko.
A teraz znowu szkoła, hałas, tłok, duchota.
Znowu czuję się jak w gimnazjum.

Tęsknię za B.
Tęsknię za wszystkim i wszystkimi, których straciłam.
Wczoraj tak mocno się pocięłam, że nie chciała mi przestać lecieć krew.
A miałam tego nie robić.
Wszystko jest mi zupełnie obojętne.



wtorek, 4 lutego 2014

Ater Sanguis

Czuję, że coraz bardziej oddalam się od swojego ciała.
Tracę poczucie przestrzeni i czasu.
W pewnym momencie jestem świadoma, że coś robię, a w następnym nie wiem, co robiłam.
Coraz częściej czuję się odłączona od danego punktu w czasie i miejsca.
Jakbym była postacią umieszczoną w złym opowiadaniu, złym świecie.
Nie pasuję tutaj.
Ale to nie świat jest zły.
Świat jest piękny.
Okrutny, podły i niesprawiedliwy, ale piękny.
Piękny nie oznacza idealny.
To nie świat jest zły.
Ja też nie.
Ja jestem po prostu wadliwa.
Ranię wszystkich, mimo iż wcale tego nie chcę.
Jestem uszkodzonym egzemplarzem, który trzeba unicestwić.

To nie depresja.
Już nie.
Nie wiem, co mi dokładnie jest, ale to nie tylko depresja.
Obawiam się, że nikt nie mógłby tego zdiagnozować.
Czy to w ogóle jest choroba?
Czy po prostu część mnie?
Myślę, że to drugie.
To wszystko to ja.
To część mnie, bez której nie mogę żyć.
Nie potrafię.
Zabija mnie, ale nie potrafię się od niej uwolnić.
Jak pasożyt, który mną zawładnął.
Bez niego umrę.
Z nim także.

Chciałabym umieć przelać to wszystko na słowa albo na papier.
Ale nie umiem.
Rozpadam się, rozpuszczam.
Jakby ktoś dzielił mi mózg, odrywał od siebie samej.