Dziwnie się czuję pisząc tutaj. W ogóle dziwnie się czuję.
Dziś ostatni dzień roku 2019, ostatni dzień dekady. Tyle się zmieniło od 2009, a jednocześnie mam wrażenie, że moje życie zatoczyło kolejne koło niczym wąż Uroboros.
Znów znajduję pocieszenie i ucieczkę w fikcji. Znów zainteresowałem się duchowością, pogaństwem i czarami (pierwszy raz zająłem się tym w pierwszej klasie gimnazjum, czyli 10 lat temu). Znów mam ochotę ubierać się we flanele i podarte spodnie. Jakby moje poprzednie wcielenie prosiło o powrót do lat 80-90.
Jak dziwnie to brzmi, że gimnazjum było 10 lat temu. Niby zmieniłem się, ale jednak nie do końca.
Mam inne priorytety, gust muzyczny, płeć, orientację, ambicje, cele, miejsce zamieszkania, nawet inaczej postrzegam to, co dla mnie dobre i budujące, a co mnie niszczy. To, jak widzę kobiety również się zmieniło, bo próbuję wyzbyć się nabytej mizoginii i nie postrzegać kobiet przez pryzmat mojej własnej dysforii.
Ostatnio bardzo dużo dysocjuję. Praktycznie połowę czasu nie wiem gdzie jestem i co robię. Nie pamiętam prawie nic od września i wycieczki do Barcelony, cała jesień to dla mnie mglisty koszmar.
Mój śpiew stał się ostatnio łatwiejszy, aczkolwiek mój głos wciąż nie jest tak niski, jak bym chciał. Może nie potrafię tego usłyszeć? Niby słyszę zmianę na nagraniach, ale dla mnie wciąż brzmię jak dziewczyna :/. Jak wiele z tego to moja własna dysforia i paranoja?
Zastanawiam się, jakie były moje postanowienia na ten rok. Zgubiłem gdzieś kartkę z nimi, więc nie wiem nawet, czy udało mi się cokolwiek zrealizować. I tak co roku marzę o tym samym: zakochać się, podjąć nowe hobby, rozwinąć jakąś umiejętność i poświęcić więcej czasu na self-care.
Na rok 2020 nie mam w sumie żadnych innych życzeń. Wiem jedynie, że będzie to rok decydujący w dużej mierze o mojej przyszłości i przeraża mnie to. Nie wiem czy uda mi się znaleźć stałą pracę, a od tego zależy mój pobyt w Anglii. Nie wiem co mam ze sobą zrobić, moje życie znów stoi na rozdrożu. Nawet karty tarota przewidziały dla mnie dużą decyzję.
Tęsknię za polskością, za polską literaturą, poezją i duchowością.
W 2020 chciałbym:
-skupić się na sobie, na self-care, duchowości i medytacji
-spędzać więcej czasu czytając książki, ucząc się nowych rzeczy, rozwijając umiejętności i zainteresowania
-wreszcie dostać skierowanie na top surgery
-dostać stałą pracę i nie musieć się bać o moje życie
-więcej podróżować i zacząć realizować swoje plany
K.
Edit: LOL nie wierzę w to, ale chyba znalazłem stare forum o magii, z którego korzystaliśmy z A. w gimnazjum. Zostało przeniesione z pun.pl na http://witchcraft.com.pl :D. Co za archeologiczne znalezisko hehe.
wtorek, 31 grudnia 2019
piątek, 20 grudnia 2019
Queen of Swords
Nie poszedłem dzisiaj do pracy, bo mam mega egzystencjalną rozkminę, a do tego pełno przygotowań na święta. Co do pracy, to pracuję w Roayl Mail, nie jest to bardzo ciężka czy skomplikowana praca, jednak czasem po prostu nie mam siły dojeżdżać godzinę w zimnie i deszczu. A do tego jestem przeziębiony.
Świątecznego nastoju w tym roku naprawdę, ale to naprawdę nie czuję. Nie jestem w domu, nie mam nawet pieniędzy na bilet. Do tego pracuję w około świąt, więc nie mam za bardzo czasu na przygotowania. Mimo to piekę makowiec i mam nadzieję, że mała Wigilia z Rue będzie fajna. Miałem plan, by w tym roku zaprosić kilka znajomych queerów, jednak wszyscy albo powyjeżdżali do domów, albo już się nie przyjaźnimy. Tak naprawdę mam tylko Rue (mimo iż wciąż próbuję pogodzić się z naszym rozstaniem, ale o tym później). Na Nowy Rok też nie mam planów, nie wspominając o pieniądzach. Miałem fajne pomysły na prezenty dla Rue, jednak wiszę rodzicom kasę i nie mogę jej wydawać :/.
W każdym razie, mam dzisiaj rozkminę. Myślę o tym, że bardzo się zmieniłem odkąd miałem coming out. Moje patrzenie na sprawy takie jak seksizm czy męskość robiło obrót o 180 stopni. Dzisiaj zdaję sobie sprawę, że większość moich opinii na temat kobiet, które skąpo się ubierają, czy też prostytutek itp. było projekcją mojej dysforii na osoby, które miały podobne ciało do mojego, jednak nie były trans. Tak samo z męskością - im bardziej zaczynam "passować", tym bardziej dociera do mnie jak krucha jest u większości mężczyzn ich świadomość męskości i jak łatwo ją zburzyć chociażby malując paznokcie czy mówiąc w jakiś określony sposób. Jest to przykre i żałosne i szczerze mówiąc staram się unikać takiego myślenia o samym sobie.
Jeśli chodzi o "passowanie" to od około początku grudnia passuję praktycznie codziennie i jest to miłe choć dziwne doświadczenie. Świadomość, że ci wszyscy "laddy lads" widzą mnie jako "jednego z nich" jest fajna, mimo iż ta cała kultura mnie nie jara. Parę dziewczyn w pracy okrzyknęło mnie gejem, co w sumie jest w połowie prawdą, choć zastanawiam się, na jakiej podstawie to wymyśliły. Grunt to to, że jestem czytany jako facet, a do tego rośnie mi broda, hehe. Najwyższy czas. Nawet bezdomni proszący o drobne mówią do mnie "sir" :D.
Ostatnio zainteresowałem się (znowu?) tarotem i ezoteryką. Im dalej idę w tranzycji, tym bardziej te rzeczy przestają wydawać mi się śmieszne, nieprawdziwe czy głupie. Zaczynam rozumieć Lisa i jego zainteresowanie tematem. Zrobiłem sobie nawet reading tarota i był scary accurate:
Po pierwsze przewiduje to, że wydostanę się z problemów finansowych i będę mógł podejmować decyzje nie martwiąc się pieniędzmi. Do tego muszę skupić się na self love i naprawianiu znajomości z bliskimi. Stoję przed wieloma wyborami i będę musiał się na coś zdecydować i w końcu obrać ścieżkę (prawdopodobnie chodzi o karierę). W nowym roku muszę bardziej trzeźwo i racjonalnie oceniać sytuację, wzbraniając się od nadmiernego emocjonalnego patrzenia.
Mam ochotę napisać do samego siebie list, tak jak w zeszłym roku, który przyjdzie pod koniec 2020. Czekam na tem z 2018, ciekawi mnie, co się zmieniło (hint: wszystko lol).
PS. Dzisiaj koncert MCR, pierwszy raz od break-up'u w 2013 <3!!!!
Świątecznego nastoju w tym roku naprawdę, ale to naprawdę nie czuję. Nie jestem w domu, nie mam nawet pieniędzy na bilet. Do tego pracuję w około świąt, więc nie mam za bardzo czasu na przygotowania. Mimo to piekę makowiec i mam nadzieję, że mała Wigilia z Rue będzie fajna. Miałem plan, by w tym roku zaprosić kilka znajomych queerów, jednak wszyscy albo powyjeżdżali do domów, albo już się nie przyjaźnimy. Tak naprawdę mam tylko Rue (mimo iż wciąż próbuję pogodzić się z naszym rozstaniem, ale o tym później). Na Nowy Rok też nie mam planów, nie wspominając o pieniądzach. Miałem fajne pomysły na prezenty dla Rue, jednak wiszę rodzicom kasę i nie mogę jej wydawać :/.
W każdym razie, mam dzisiaj rozkminę. Myślę o tym, że bardzo się zmieniłem odkąd miałem coming out. Moje patrzenie na sprawy takie jak seksizm czy męskość robiło obrót o 180 stopni. Dzisiaj zdaję sobie sprawę, że większość moich opinii na temat kobiet, które skąpo się ubierają, czy też prostytutek itp. było projekcją mojej dysforii na osoby, które miały podobne ciało do mojego, jednak nie były trans. Tak samo z męskością - im bardziej zaczynam "passować", tym bardziej dociera do mnie jak krucha jest u większości mężczyzn ich świadomość męskości i jak łatwo ją zburzyć chociażby malując paznokcie czy mówiąc w jakiś określony sposób. Jest to przykre i żałosne i szczerze mówiąc staram się unikać takiego myślenia o samym sobie.
Jeśli chodzi o "passowanie" to od około początku grudnia passuję praktycznie codziennie i jest to miłe choć dziwne doświadczenie. Świadomość, że ci wszyscy "laddy lads" widzą mnie jako "jednego z nich" jest fajna, mimo iż ta cała kultura mnie nie jara. Parę dziewczyn w pracy okrzyknęło mnie gejem, co w sumie jest w połowie prawdą, choć zastanawiam się, na jakiej podstawie to wymyśliły. Grunt to to, że jestem czytany jako facet, a do tego rośnie mi broda, hehe. Najwyższy czas. Nawet bezdomni proszący o drobne mówią do mnie "sir" :D.
Ostatnio zainteresowałem się (znowu?) tarotem i ezoteryką. Im dalej idę w tranzycji, tym bardziej te rzeczy przestają wydawać mi się śmieszne, nieprawdziwe czy głupie. Zaczynam rozumieć Lisa i jego zainteresowanie tematem. Zrobiłem sobie nawet reading tarota i był scary accurate:
Po pierwsze przewiduje to, że wydostanę się z problemów finansowych i będę mógł podejmować decyzje nie martwiąc się pieniędzmi. Do tego muszę skupić się na self love i naprawianiu znajomości z bliskimi. Stoję przed wieloma wyborami i będę musiał się na coś zdecydować i w końcu obrać ścieżkę (prawdopodobnie chodzi o karierę). W nowym roku muszę bardziej trzeźwo i racjonalnie oceniać sytuację, wzbraniając się od nadmiernego emocjonalnego patrzenia.
Mam ochotę napisać do samego siebie list, tak jak w zeszłym roku, który przyjdzie pod koniec 2020. Czekam na tem z 2018, ciekawi mnie, co się zmieniło (hint: wszystko lol).
PS. Dzisiaj koncert MCR, pierwszy raz od break-up'u w 2013 <3!!!!
sobota, 23 listopada 2019
So you wanna know how I feel
once again i am stuck feeling like nothing matters, like the world makes no sense at all and life is nothing but a series of disappointments and painful experiences.
i'm also questioning the validity of my degree. i worked so hard for it, only for it to be useless in this capitalistic, over-saturated, decaying society, and like so many young people im forced to take entry level jobs just to get by, despite the debt and time spent on education. what's the point then, if im "too good" for stuff with a degree but not good enough because i dont have experience?
all i wanted was to get somewhere where i could continue learning to not get stuck after uni, i am so willing to put in effort and work. why won't anyone give me a chance?
we all just stare at the screen
mesmerised like its the 90s
still dreaming of beatuiful places
wishing our lives away
we're still longing to feel something
something strong and real
like in the movies
----
When i was with you, I felt like the overwhelming weight was always about to crush me.
Now I'm not with you anymore but I still can't breathe.
----
i haven't felt this bad in a long, long time.
i can't even begin to unravel the layers of numbness, denial and lies that i've wrapped around my emotions.
words mean nothing, pills do nothing and music doesnt help anymore.
i can't even find the right words to express myself these days.
days have all blurred into fog. i can't bring myself to care.
i struggle with daily chores cause all i can do lately is sleep and escape.
far, far away.
i'm making a mess of my life and i know if. i'm spiralling down into depression and i can't stop it.
it seems like i've got what i wanted, after all these years of longing, and yet i'm still so unhappy.
i don't know what's wrong with me anymore, or maybe i know exactly but it doeskin change the fact that i cant change it.
i need something, someone, to tell me how to climb out of this fucking pit.
----
last night she said she wants me to tell her the truth.
she said she's tired of me bottling things up inside.
i only do it to protect her. and myself.
i have no idea how to let her know how it feels.
how to make her understand the pain that i'm in.
it's not her fault, i keep saying that. i've told it to myself so many times that i actually believe it now.
i've told myself many, many lies.
the truth is i'm hurt, i feel like i didn't deserve any of this, i feel like i've tried to be a different person for her, changed myself so much only to please her. and in the end, it made no difference anyway.
i feel taken advantage of. i feel used and lied to.
i feel heartbroken and like i will never trust anyone again.
i feel angry and tired. i feel stupid and furious and desperate and exhausted. i feel like i'm screaming inside.
the worst part is, i don't even know if i'd have her back now. if she just turned around, would i still be able to forgive and forget?
i don't know if i still love her. i feel like it means nothing at this point anyway.
all my love has gone to waste and i have no one to blame, no reason, no explanation.
sometimes i think it would have been easier if she just did something wrong, like cheating. it would at least give me peace of mind. hate is such an easy way out.
but instead i'm left here broken but trying to be supportive. craving but trying not to show it. missing physical contact but distancing myself. missing her but keeping my emotions in isolation.
it's so fucking pathetic, so childish to be sad over. people leave all the time. i know it. i thought i could live with it. turns out i still have a long way to go.
how do i not become bitter, careless and fucking depressed after this?
----
she said i have a flair for the theatrical. if only she saw my notes, countless words of dramatized and romanticised pain that cannot even be called artistic expression anymore.
it's the only way i've got left to not go crazy from keeping all the voices inside.
keeping all the voices inside my throat like a prison. i am my own prison.
i'm also questioning the validity of my degree. i worked so hard for it, only for it to be useless in this capitalistic, over-saturated, decaying society, and like so many young people im forced to take entry level jobs just to get by, despite the debt and time spent on education. what's the point then, if im "too good" for stuff with a degree but not good enough because i dont have experience?
all i wanted was to get somewhere where i could continue learning to not get stuck after uni, i am so willing to put in effort and work. why won't anyone give me a chance?
we all just stare at the screen
mesmerised like its the 90s
still dreaming of beatuiful places
wishing our lives away
we're still longing to feel something
something strong and real
like in the movies
----
When i was with you, I felt like the overwhelming weight was always about to crush me.
Now I'm not with you anymore but I still can't breathe.
----
i haven't felt this bad in a long, long time.
i can't even begin to unravel the layers of numbness, denial and lies that i've wrapped around my emotions.
words mean nothing, pills do nothing and music doesnt help anymore.
i can't even find the right words to express myself these days.
days have all blurred into fog. i can't bring myself to care.
i struggle with daily chores cause all i can do lately is sleep and escape.
far, far away.
i'm making a mess of my life and i know if. i'm spiralling down into depression and i can't stop it.
it seems like i've got what i wanted, after all these years of longing, and yet i'm still so unhappy.
i don't know what's wrong with me anymore, or maybe i know exactly but it doeskin change the fact that i cant change it.
i need something, someone, to tell me how to climb out of this fucking pit.
----
last night she said she wants me to tell her the truth.
she said she's tired of me bottling things up inside.
i only do it to protect her. and myself.
i have no idea how to let her know how it feels.
how to make her understand the pain that i'm in.
it's not her fault, i keep saying that. i've told it to myself so many times that i actually believe it now.
i've told myself many, many lies.
the truth is i'm hurt, i feel like i didn't deserve any of this, i feel like i've tried to be a different person for her, changed myself so much only to please her. and in the end, it made no difference anyway.
i feel taken advantage of. i feel used and lied to.
i feel heartbroken and like i will never trust anyone again.
i feel angry and tired. i feel stupid and furious and desperate and exhausted. i feel like i'm screaming inside.
the worst part is, i don't even know if i'd have her back now. if she just turned around, would i still be able to forgive and forget?
i don't know if i still love her. i feel like it means nothing at this point anyway.
all my love has gone to waste and i have no one to blame, no reason, no explanation.
sometimes i think it would have been easier if she just did something wrong, like cheating. it would at least give me peace of mind. hate is such an easy way out.
but instead i'm left here broken but trying to be supportive. craving but trying not to show it. missing physical contact but distancing myself. missing her but keeping my emotions in isolation.
it's so fucking pathetic, so childish to be sad over. people leave all the time. i know it. i thought i could live with it. turns out i still have a long way to go.
how do i not become bitter, careless and fucking depressed after this?
----
she said i have a flair for the theatrical. if only she saw my notes, countless words of dramatized and romanticised pain that cannot even be called artistic expression anymore.
it's the only way i've got left to not go crazy from keeping all the voices inside.
keeping all the voices inside my throat like a prison. i am my own prison.
-----------------------------------------
Jesień przyszła w tym roku zdecydowanie zbyt wcześnie. W zasadzie nie pamiętam praktycznie nic z lata. Kolorowe liście szeleszczą pod stopami i zewsząd otacza mnie zapach zapalonych zniczy i gęstego dymu z kominów. Zimny wiatr i deszcz sieką mi twarz, a ja biorę głęboki oddech ciężkiego, chłodnego powietrza. Zachmurzone niebo wisi nad głową, nie złowieszczo lecz jakby ze zrezygnowaniem.
Zamykam oczy i znów mam 17 lat i złamane serce. Znów boję się o przyszłość i nie liczy się dla mnie nic oprócz muzyki w słuchawkach i świadomości, że niedługo stąd ucieknę. Znów tylko śpię, płaczę i wystawiam twarz do słońca. Znów czekam tylko na kolejny rozdział fanfika i mam ochotę na wszystko narzekać, wszystkiego nienawidzić.
Nie pamiętam kiedy ostatnio czułem się tak beznadziejnie. Moje życie znów przypomina niekończący się cykl. Choć tak wiele się zmieniło – moje imię, mój adres, mój bagaż – wciąż czuję się tak, jakbym stał w miejscu od czasu liceum.
Tęsknię za szkołą. Tęsknię za tym poukładanym światem, w którym wszystko ma swój czas i miejsce. Wyobrażam sobie momenty, które pewnie w ogóle się nie zdarzyły, a są jedynie składanką wielu wspomnień, mozaiką stworzoną z samotności.
Zapominam polskich słów. Tracę jedyny sposób, w który mogę się w pełni wyrazić.
-----
Istnieje między nami niewidzialna więź wspomnień, doświadczeń i uczuć, która przeistacza się w mur i boję się, że niedługo ten mur na mnie runie. Z jednej strony nie potrafię żyć bez ciebie, a z drugiej życie obok ciebie sprawia mi ból.
Wszystko się na mnie zawala kiedy zachodzi słońce. Znów czuję zbyt wiele, znów chcę tylko zahibernować na zimę, nie czuć już nic, obudzić się wtedy, kiedy moje serce się uleczy.
-----
Zamykam oczy i znów mam 17 lat i złamane serce. Znów boję się o przyszłość i nie liczy się dla mnie nic oprócz muzyki w słuchawkach i świadomości, że niedługo stąd ucieknę. Znów tylko śpię, płaczę i wystawiam twarz do słońca. Znów czekam tylko na kolejny rozdział fanfika i mam ochotę na wszystko narzekać, wszystkiego nienawidzić.
Nie pamiętam kiedy ostatnio czułem się tak beznadziejnie. Moje życie znów przypomina niekończący się cykl. Choć tak wiele się zmieniło – moje imię, mój adres, mój bagaż – wciąż czuję się tak, jakbym stał w miejscu od czasu liceum.
Tęsknię za szkołą. Tęsknię za tym poukładanym światem, w którym wszystko ma swój czas i miejsce. Wyobrażam sobie momenty, które pewnie w ogóle się nie zdarzyły, a są jedynie składanką wielu wspomnień, mozaiką stworzoną z samotności.
Zapominam polskich słów. Tracę jedyny sposób, w który mogę się w pełni wyrazić.
-----
Istnieje między nami niewidzialna więź wspomnień, doświadczeń i uczuć, która przeistacza się w mur i boję się, że niedługo ten mur na mnie runie. Z jednej strony nie potrafię żyć bez ciebie, a z drugiej życie obok ciebie sprawia mi ból.
Wszystko się na mnie zawala kiedy zachodzi słońce. Znów czuję zbyt wiele, znów chcę tylko zahibernować na zimę, nie czuć już nic, obudzić się wtedy, kiedy moje serce się uleczy.
-----
Nie pisałem tutaj od tak dawna.
Dużo się zmieniło przez ten rok.
W styczniu polecieliśmy z Rue na tydzień do Malagi w Hiszpanii. Było cudownie, ale musiałem zrezygnować z piercingu w wardze, bo co chwile mi wypadał i goił się tak szybko, że powtórne przekłuwanie było bolesne.
Nareszcie jestem na hormonach od lutego. Czuję się dobrze, choć zmiany przebiegają strasznie wolno. Nadal nie zawsze "passuję" i wkurwia mnie to. Zmienił mi się głos i zaczęły mi rosnąć włosy na twarzy, ale to wciąż nie wystarcza. Do tego przytyłem, stare ubrania już na mnie nie leżą i przez to moja samoocena bardzo spadła.
Zacząłem chodzić na siłownię. Nieregularnie, ale staram się.
Poznałem parę nowych osób trans.
W marcu miałem pierwsze spotkanie z GIC, po ponad roku czekania.
W kwietniu dostałem pracę jako Junior Designer w agencji, ale po miesiącu zrezygnowałem. Nie chodziło nawet o to, że miałem zapierdol ze studiami, jako iż w maju musiałem oddać wszystkie projekty. Po prostu czułem, że moja dusza tam umiera. Oni w ogóle nie szanowali mojej opinii, nie dbali o to, że jestem nowy i zakładali, że już wszystko wiem i umiem. Do tego szef chyba miał względem mnie jakieś uprzedzenie, bo cały czas rzucał chamskie komentarze.
W maju oddałem wszystkie projekty na studia. Mój ostatni projekt to kolaboracja z LGBT Foundation, po której zacząłem regularnie dla nich projektować jako wolontariusz.
Byłem na paru koncertach: Architects, TOP, NBT, Enter Shikari i The Midnight.
W lipcu miałem graduation, rodzice przyjechali z bratem i jego dziewczyną. Było super, poznali i polubili Rue. Byliśmy z Bratem w Alton Towers i z całą rodziną w Londynie.
W sierpniu Rue i ja zerwaliśmy, bo Rue zrobiła coming out as gay. Nie powiem, że było to zaskoczenie, aczkolwiek wciąż boli jak cholera.
We wrześniu poleciałem na tydzień do Barcelony. Było cudownie, kąpałem się w morzu i opalałem, było tak gorąco. Po powrocie z miasta jednak ryczałem w pokoju. Myślałem, że ten wyjazd jakoś zaleczy mi serce, jednak tak się nie stało.
Od tego czasu w sumie niewiele pamiętam.
Nadal nie mam stałej pracy, musiałem pożyczać kasę od rodziców i czuję się przez to jak totalny śmieć i porażka. Nie wierzę, że po tylu latach studiów i ciężkiej pracy wciąż jestem bez roboty w industry. Miałem parę wywiadów i wszystko na nic, bo "jestem zbyt dobry i kreatywny". Co do kurwy.
Moja depresja wróciła, już nawet nie wiem, czy to sezonowa, czy po prostu z czystych okoliczności. Wiem tylko, że czuję się chujowo, leki nie pomagają, nie mam na nic siły i ledwo daję radę.
Jestem wolontariuszem w schronisku, bawię się z kotami i to chyba jedyna dobra rzecz ostatnio. To i fakt, że babcia G. mnie zaakceptowała (rodzice jej powiedzieli) i nie ma problemu z tym, że jestem, jak ona to nazywa, "Karolkiem". Ach, no i MCR ogłosiło parę koncertów po tylu latach od rozpadu.
Nie wiem, co mam dalej pisać. Bardzo rzadko już teraz mówię czy piszę po polsku. Po angielsku w sumie też, nawet niewiele czytam.
Chcę tylko spać, już nawet muzyka nie pomaga.
Czekam, aż moje serce przestanie ziać pustką jak czarna dziura.
When the red glazes over my eyes
There's nothing anyone can say or do
Just you try and stop me
Try and stop what I've become
How I wish there was a way
Subskrybuj:
Posty (Atom)