Sierpień 2016
– Wrzesień 2016
Nie miałem okazji ostatnio
nawet usiąść i popisać, a może miałem, ale kiedy już się za to zabierałem nie
mogłem z siebie wykrztusić ani słowa. Teraz jednak mam trochę czasu i weny.
Po pierwsze wakacje
w Polsce były chyba najlepszymi wakacjami, jakie dotychczas miałem. To szalone,
jak zwykły powrót do domu w lato może okazać się najlepszym wypoczynkiem,
lepszym nawet niż jakiekolwiek resorty czy ciepłe kraje. Spotkałem się ze
znajomymi, nawet z Klaudią, z którą przecież nie widziałem się od matury.
Nadrobiliśmy stracony czas i otrzymałem najlepszy komplement: „Nic się nie
zmieniłeś”. Z pewnością ten fakt daje ogląd na stan mojej psychiki, skoro
najzwyczajniej w świecie cieszę się, że ktoś nie zauważył tych ogromnych zmian,
które we mnie zaszły.
A zaszło ich wiele. Zbyt wiele.
Zmieniłem się
praktycznie nie do poznania dla samego siebie, choć w Polsce ludzie nadal widzą
mnie jako tego samego człowieka, który półtora roku temu wyjechał do Anglii z
wielkimi marzeniami i naiwną nadzieją, że będzie to najlepsza decyzja mojego
życia. Dla rodziców i przyjaciół jestem wciąż tym samym dzieciakiem, choć
przecież tak bardzo spoważniałem i zgorzkniałem. W Anglii obrosłem brudem
codziennych trudów, strachem o przyszłość i małostkowością. Moją duszę pokryła
warstwa kurzu i toksyn, które mnie tu otaczają. W Polsce poczułem, że wreszcie się
oczyszczam, że moje wnętrze pozbywa się tego syfu, przez który tak bardzo się
zmieniłem.
Po pierwsze
oczyszczałem się przez powrót do dzieciństwa i przeszłości. Jednym ze sposobów
było czytanie starych brudnopisów. Zrozumiałem, jak wielką wartość mają w moim
życiu słowa, jak potrzebne mi jest pisanie. Te dziesiątki brudnopisów, notatek,
zapisków, to wszystko nie poszło na marne. Te słowa są mi potrzebne by nie
zatracić siebie zupełnie. One pozwalają mi spojrzeć w przeszłość, przypomnieć
sobie to, co wtedy czułem i myślałem. One również zapewniają mi w pewnym sensie
nieśmiertelność, ponieważ stanowią realny odcisk tego, że żyłem i żyję. Żadna
forma sztuki, nawet muzyka, nie są w stanie tak realnie przywrócić mi
wszystkich wspomnień. Słowa są moim dziedzictwem, nośnikiem, naczyniem, są
kopalnią wiedzy o moim dzieciństwie i kreatywną odskocznią. Poprzez pisanie
uczyłem się empatii, próbowałem zrozumieć świat i w pewnym sensie ocalić te
ulotne myśli. Bardzo się cieszę, że zdecydowałem się powrócić do tych zapisków
w Polsce.
Moim drugim sposobem
na zmycie z siebie brudu było obcowanie z naturą, szczególnie na Alasce.
Chodziłem tam na spacery, wspiąłem się na drzewo, pływałem nago w jeziorze w
nocy, obserwowałem gwiazdy i myślałem. Natura w Polsce stanowi dla mnie
większość wspomnień z dzieciństwa, podobnie jak w Mickiewiczowskim „Panu Tadeuszu”,
w którym natura odgrywała rolę „raju lat dziecięcych” poety. To zadziwiające,
jak bardzo brak słońca i znajomych miejsc wpływa na moje samopoczucie w Anglii.
Nigdy nie zdawałem sobie sprawy z tego, że przestrzeń ma dla mnie tak duże
znaczenie. W Gnieźnie także wychodziłem, jeździłem na rolkach i rowerze a
wieczorami spotykałem się z przyjaciółmi. Łaziłem po torach, śpiewałem „Trees”
na polu na cały głos i czytałem polskie wiersze. Tak jakby zupełnie nic się nie
zmieniło.
Podczas wyjazdu na
Alaskę poczułem, że się zregenerowałem. Muzyka zaczęła od nowa mieć dla mnie
duże znaczenie, łatwiej mi było znaleźć ukryte sensy w tekstach piosenek i
utożsamić się z nimi. Również tak błaha rzecz jak granie w gry planszowe
uświadomiło mi, jak bardzo tęskniłem za prostotą i niewinnością.
Będąc w Polsce cały
mój pobyt w Anglii wydawał mi się złym snem lub zjawą. Cały poprzedni rok
zdawał się tak nierealny a ja czułem się tak, jakbym nigdy nie wyjechał. W
Polsce urzeka mnie ta nieskażona prostota ludzi i miejsc, zwłaszcza w
porównaniu z dużym miastem na Zachodzie. Wszystko w Polsce wydaje się tak
niestrute, jak gdyby zatrzymane w czasie. Pociesza mnie również fakt, że
moi znajomi pozostali nadal tak szczerzy
i niewinni oraz że nie stoczyli się mentalnie na dno. Daje mi to nadzieję, że
może kiedyś Polska będzie nadawała się dla mnie do życia.
W międzyczasie
jednak cały czas towarzyszył mi lęk o mój powrót do Anglii. Tak bardzo
przyzwyczaiłem się do komfortu życia w Polsce, że powrót do szarego,
deszczowego Manchesteru zwyczajnie powodował u mnie ataki lęku. Było to zresztą uzasadnione, ponieważ nie
miałem choćby najmniejszego zabezpieczenia finansowego. Pieniądze dosłownie
stanowiły moje być lub nie być w tym kraju i wciąż tak, niestety, jest. Stres z
tym związany nie raz spędza mi sen z powiek, choć w tym momencie jest już
trochę lepiej.
Ale o tym za jakiś czas.
Powrót do
rzeczywistości nie był łatwy, jak zawsze zresztą. Mimo sprzeczek z rodzicami
odnośnie finansów widok płaczącej mamy na lotnisku chyba nigdy nie będzie mi
obojętny.
Pierwszych parę dni z
powrotem w Manchesterze wypełnionych było tęsknotą i zdezorientowaniem. Nie
mogłem się pogodzić z myślą, że już niedługo będę musiał chodzić do szkoły,
pracować i znów powtarzać tę samą rutynę. Pogoda również nie była pomocna i to
wszystko sprawiało, że czułem się jak we śnie. Na szczęście miałem obok siebie
Tashę, dzięki której to wszystko było jakby bardziej znośne. Nie potrafię
opisać, jak ważną rolę odegrała ta znajomość w moim powrocie do Anglii. Dzięki
spędzaniu czasu z Tashą miałem coś do robienia i kogoś, z kim mogłem szczerze
porozmawiać. Bardzo się do siebie zbliżyliśmy w przeciągu tych trzech tygodni,
a także poznałem jej znajomych, którzy też mnie polubili. Spędzanie czasu w
domu Tashy odciągnęło mnie od nieuchronnej nostalgii i przedjesiennej depresji.
Przede wszystkim
jednak w środowisku znajomych Tashy zostałem od razu zaakceptowany jako mężczyzna,
co w rezultacie pomogło mi przed rozpoczęciem studiów. Ten okres socjalizacji
jako mężczyzna, poznawania norm i stereotypów i próbowania wpasowania się w
nowy świat był mi bardzo potrzebny, mimo iż momentami było to naprawdę trudne.
Na szczęście miałem obok siebie Tashę, która dzielnie znosiła moje wywody na
temat bycia trans i oferowała niesamowite wsparcie. Jej bezinteresowna
akceptacja jest jednym powodem, dla którego jeszcze nie zapadłem się w czeluści
smutku. Jako pracoholikowi ciężko mi było odnaleźć sens bez pracy czy studiów,
dlatego często gubiłem się we własnych, destruktywnych myślach. Na szczęście
Tasha jakimś magicznym sposobem wyciągała mnie z nich. Jej znajomi również się
do tego przyczyniają, ponieważ zwyczajnie widzą we mnie tę osobę, którą jestem,
a nie tę, którą udaję. Tak wiele mówi się o tym, jak duże znaczenie ma
akceptacja osób LGBT, jednak prawdziwie odczuć można to dopiero wtedy, kiedy
samemu się tej akceptacji potrzebuje. Po raz pierwszy w życiu czuję się
prawdziwie sobą, co przekłada się na moje zdrowie psychiczne i fizyczne (czy
wspomniałem, że rzuciłem palenie, ponieważ zwyczajnie nie potrzebuję już używek,
by poradzić sobie ze stresem, nudą i samotnością?).
Nie wszystko jednak
wygląda tak, jak bym tego sobie życzył. Socjalizacja na nowo jako mężczyzna
sprawia, że czuję się jak dziecko, które dopiero uczy się wszelkich reguł
interakcji z innymi. Jest coś dziwnego w tym, jak faceci definiują męskość, co
zresztą nie powinno stanowić dla mnie zaskoczenia, a jednak. Przede wszystkim
mam wrażenie, że nagle nie mogę mówić o żadnych problemach związanych na
przykład z menstruacją, ani też w jakikolwiek sposób być w stanie utożsamiać
się z dziewczynami. Jeśli nie chcę, aby moja tożsamość została całkowicie
zdyskredytowana, muszę zachowywać się i myśleć w sposób typowy dla cis facetów:
być seksistą, śmiać się z kobiecych spraw, a nawet żartować z osób LGBT, do
których się przecież zaliczam. Nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek będę musiał
tak robić. Do tego dochodzą również „oczywiste” sprawy, takie jak postawa, ton
głosu, gestykulacja czy prezencja. To wszystko, w połączeniu z największym
problemem: wyborem łazienki w miejscach publicznych, często mnie przytłacza.
Wśród znajomych Tashy czuję się lepiej, a nawet dowiedziałem się ostatnio, iż
część z nich nawet nie wie o tym, że jestem trans. Niestety, już teraz
doświadczam nieprzyjemnych sytuacji na studiach. Nie powinno mnie to dziwić ani
mnie boleć, jednak ta zmiana w postrzeganiu mnie przez znajomych Tashy a
znajomych ze studiów jest po prostu niekomfortowa. Nie mam ochoty ani siły
tłumaczyć każdemu kim jestem, chciałbym po prostu, by ludzie sami domyślili
się, że jeśli przedstawiam się jako Kyle to chyba naturalne, że używam męskich
zaimków. Wiem, że moja droga dopiero się rozpoczęła i i tak zrobiłem duże kroki
w dobrym kierunku, jednak cierpliwość w tej kwestii chyba nie jest moją mocną
stroną. Do tego fakt, iż niektórzy ludzie nie zdają sobie sprawy, iż jestem
trans zupełnie wyprowadził mnie z równowagi, ponieważ nawet w najśmielszych
marzeniach nie wyobrażałem sobie, że będę „passował” (był postrzegany jako cis
facet) już teraz. Jest to problemem zwłaszcza wtedy, gdy ludzie pytają,
dlaczego korzystam z damskiej łazienki (ostatnie wyjście na miasto,
nieprzyjemna sytuacja).
Mimo wszystko jednak
daję sobie jakoś radę. Cieszę się, że zaczęły się już studia, ponieważ
przynajmniej mam czym się zająć. Podobają mi się projekty, które mamy do
wykonania, aczkolwiek mam pewne wątpliwości względem osób na moim kierunku.
Moje pierwsze wrażenie było takie, jakbym cofnął się do liceum: znów jestem „tym
dziwnym”, tym, który trzyma się na uboczu, otoczony grupką wytapetowanych
dziewcząt i chłopców w dresach. I, uwierzcie mi, chciałbym, żeby to była tylko
metafora. Niestety z moich obserwacji wynika, iż jestem póki co jedyną osobą z
kolorowymi włosami i dość alternatywnym gustem muzycznym. Owszem, widziałem
jednego chłopaka w tatuażach i koszulce Nirvany, jednak przytłaczająca
większość to po prostu typowe „Tumblr girls” i „chłopaczki” w bejsbolówkach i
Nike’ach. Nie chcę tutaj oceniać po wyglądzie czy szerzyć stereotypów, jednak po
prostu spodziewałem się czegoś zupełnie innego biorąc pod uwagę fakt, iż jest
to artystyczny kierunek. Nie zdziwiło mnie również bardzo ignoranckie podejście
ludzi podczas tygodnia wstępnego. Mam wrażenie, że większość ludzi nadal myśli,
że studia są przedłużeniem liceum i że przy minimalnym wkładzie pracy jakoś się
prześlizną z roku na rok. Niewiele osób wykazywało jakiekolwiek zainteresowanie
tematem, ponieważ nie były to zadania na ocenę. Dodatkowo zdziwiłem się,
ponieważ wiedziałem stosunkowo dużo o grafice w porównaniu z innymi, a przecież
to oni a nie ja uczęszczali do college’ów. Brzmi to złośliwie, ale mam
przeczucie, że większość tych ludzi wkrótce przekona się, że studiowanie to nie
przelewki i że najwyższy czas spoważnieć. W pewnym sensie spodziewałem się tej
mentalnej bariery między mną a nimi, spowodowanej zapewne całym rokiem ciężkiej
pracy i płynącego z niej doświadczenia życiowego. Czuję jednak, że w pewnym
sensie mnie to wzmacnia, ponieważ nawet mimo braku wiedzy teoretycznej potrafię
chociażby rozplanować sobie naukę czy ambitnie i rzetelnie podejść do zadań.
Ukończenie tego kursu bardzo wiele dla mnie znaczy; wiem już dokładnie czego
chcę i jak to zdobyć, co moim zdaniem stawia mnie w lepszej sytuacji. Póki co
trzymam się z dwoma fajnymi osobami i cieszę się, że przynajmniej mam z kim
siedzieć. Chciałbym jednak nawiązać głębsze przyjaźnie podczas studiów, a to
już dobrze nie rokuje.
Mam nadzieję, że
wkrótce znikną wszystkie moje obawy, zwłaszcza związane z pracą. Na razie
utrzymują mnie rodzice, jednak jestem w trakcie szukania pracy. Nie jest to
łatwe, nie przysługują mi też żadne zasiłki z racji tego, iż jestem z Unii
Europejskiej. W międzyczasie zrobiłem coś dobrego dla siebie i zapisałem się na
terapię oraz zarejestrowałem się do doktora. Wciąż mam fobię społeczną, co
praktycznie niweluje jakiekolwiek szanse na normalne interakcje z ludźmi,
jednak ostatnio czuję się trochę lepiej. Mimo jesiennego, zimnego wiatru i
zapachu zgniłych liści staram się nie popaść w depresję i trzymać się pracy
oraz znajomych. Chciałbym po prostu pozbyć się tego lęku przed ludźmi i nieznanymi
sytuacjami, ponieważ powstrzymuje mnie on przed wykonaniem jakichkolwiek poważnych
kroków w stronę mojej przyszłości i kariery, na przykład w fotografii
koncertowej.
O właśnie, zapomniałem
o tym wspomnieć. Niestety moja kariera fotograficzna skończyła się tak szybko,
jak się rozpoczęła. Bardzo mi z tego powodu przykro, ponieważ nie jest to
zależne ode mnie, a po prostu od okoliczności towarzyszących. Jako student moim
priorytetem są teraz zajęcia i praca, zwyczajnie nie mam czasu ani funduszy by
dalej zajmować się fotografią profesjonalnie. Szkoda, ponieważ taka okazja nie
zdarza się często i boję się, że zmarnowałem coś, co miało potencjał. Życie jednak,
jak to mówią, to sztuka wyborów, a w moim przypadku wybór był raczej oczywisty.
Gdyby nie studia-kto wie, może nawet zaszedłbym gdzieś dalej w fotografii. Jestem
trochę rozczarowany, ponieważ całokształt mojej sytuacji wygląda tak, jak w
maju 2015 roku. W pewnym sensie jestem znów w punkcie wyjścia: znów nie mam
żadnych przyborów domowych ani pracy. Mam jednak nadzieję, że ten cały trud
ostatnich miesięcy nie poszedł na marne i że czegoś się przynajmniej nauczyłem.
Na razie skupiam się
na studiach i znalezieniu pracy, w międzyczasie snuję odważne plany o terapii
hormonalnej, pokonaniu lęku i…posiadaniu tuneli w uszach (tak, mamo, dobrze
słyszałaś. Zamierzam znowu zgrzeszyć, wybacz mi).
Po raz pierwszy od
wielu miesięcy czuję się w miarę dobrze i mam nadzieję.
PS. Playlista przyjdzie później, tak sądzę?