poniedziałek, 26 września 2016

Cause if you don't believe it can't hurt you



Sierpień 2016 – Wrzesień 2016

Nie miałem okazji ostatnio nawet usiąść i popisać, a może miałem, ale kiedy już się za to zabierałem nie mogłem z siebie wykrztusić ani słowa. Teraz jednak mam trochę czasu i weny.

Po pierwsze wakacje w Polsce były chyba najlepszymi wakacjami, jakie dotychczas miałem. To szalone, jak zwykły powrót do domu w lato może okazać się najlepszym wypoczynkiem, lepszym nawet niż jakiekolwiek resorty czy ciepłe kraje. Spotkałem się ze znajomymi, nawet z Klaudią, z którą przecież nie widziałem się od matury. Nadrobiliśmy stracony czas i otrzymałem najlepszy komplement: „Nic się nie zmieniłeś”. Z pewnością ten fakt daje ogląd na stan mojej psychiki, skoro najzwyczajniej w świecie cieszę się, że ktoś nie zauważył tych ogromnych zmian, które we mnie zaszły.
A zaszło ich wiele. Zbyt wiele.

Zmieniłem się praktycznie nie do poznania dla samego siebie, choć w Polsce ludzie nadal widzą mnie jako tego samego człowieka, który półtora roku temu wyjechał do Anglii z wielkimi marzeniami i naiwną nadzieją, że będzie to najlepsza decyzja mojego życia. Dla rodziców i przyjaciół jestem wciąż tym samym dzieciakiem, choć przecież tak bardzo spoważniałem i zgorzkniałem. W Anglii obrosłem brudem codziennych trudów, strachem o przyszłość i małostkowością. Moją duszę pokryła warstwa kurzu i toksyn, które mnie tu otaczają. W Polsce poczułem, że wreszcie się oczyszczam, że moje wnętrze pozbywa się tego syfu, przez który tak bardzo się zmieniłem.

Po pierwsze oczyszczałem się przez powrót do dzieciństwa i przeszłości. Jednym ze sposobów było czytanie starych brudnopisów. Zrozumiałem, jak wielką wartość mają w moim życiu słowa, jak potrzebne mi jest pisanie. Te dziesiątki brudnopisów, notatek, zapisków, to wszystko nie poszło na marne. Te słowa są mi potrzebne by nie zatracić siebie zupełnie. One pozwalają mi spojrzeć w przeszłość, przypomnieć sobie to, co wtedy czułem i myślałem. One również zapewniają mi w pewnym sensie nieśmiertelność, ponieważ stanowią realny odcisk tego, że żyłem i żyję. Żadna forma sztuki, nawet muzyka, nie są w stanie tak realnie przywrócić mi wszystkich wspomnień. Słowa są moim dziedzictwem, nośnikiem, naczyniem, są kopalnią wiedzy o moim dzieciństwie i kreatywną odskocznią. Poprzez pisanie uczyłem się empatii, próbowałem zrozumieć świat i w pewnym sensie ocalić te ulotne myśli. Bardzo się cieszę, że zdecydowałem się powrócić do tych zapisków w Polsce.

Moim drugim sposobem na zmycie z siebie brudu było obcowanie z naturą, szczególnie na Alasce. Chodziłem tam na spacery, wspiąłem się na drzewo, pływałem nago w jeziorze w nocy, obserwowałem gwiazdy i myślałem. Natura w Polsce stanowi dla mnie większość wspomnień z dzieciństwa, podobnie jak w Mickiewiczowskim „Panu Tadeuszu”, w którym natura odgrywała rolę „raju lat dziecięcych” poety. To zadziwiające, jak bardzo brak słońca i znajomych miejsc wpływa na moje samopoczucie w Anglii. Nigdy nie zdawałem sobie sprawy z tego, że przestrzeń ma dla mnie tak duże znaczenie. W Gnieźnie także wychodziłem, jeździłem na rolkach i rowerze a wieczorami spotykałem się z przyjaciółmi. Łaziłem po torach, śpiewałem „Trees” na polu na cały głos i czytałem polskie wiersze. Tak jakby zupełnie nic się nie zmieniło.

Podczas wyjazdu na Alaskę poczułem, że się zregenerowałem. Muzyka zaczęła od nowa mieć dla mnie duże znaczenie, łatwiej mi było znaleźć ukryte sensy w tekstach piosenek i utożsamić się z nimi. Również tak błaha rzecz jak granie w gry planszowe uświadomiło mi, jak bardzo tęskniłem za prostotą i niewinnością.

Będąc w Polsce cały mój pobyt w Anglii wydawał mi się złym snem lub zjawą. Cały poprzedni rok zdawał się tak nierealny a ja czułem się tak, jakbym nigdy nie wyjechał. W Polsce urzeka mnie ta nieskażona prostota ludzi i miejsc, zwłaszcza w porównaniu z dużym miastem na Zachodzie. Wszystko w Polsce wydaje się tak niestrute, jak gdyby zatrzymane w czasie. Pociesza mnie również fakt, że moi  znajomi pozostali nadal tak szczerzy i niewinni oraz że nie stoczyli się mentalnie na dno. Daje mi to nadzieję, że może kiedyś Polska będzie nadawała się dla mnie do życia.
W międzyczasie jednak cały czas towarzyszył mi lęk o mój powrót do Anglii. Tak bardzo przyzwyczaiłem się do komfortu życia w Polsce, że powrót do szarego, deszczowego Manchesteru zwyczajnie powodował u mnie ataki lęku.  Było to zresztą uzasadnione, ponieważ nie miałem choćby najmniejszego zabezpieczenia finansowego. Pieniądze dosłownie stanowiły moje być lub nie być w tym kraju i wciąż tak, niestety, jest. Stres z tym związany nie raz spędza mi sen z powiek, choć w tym momencie jest już trochę lepiej.

Ale o tym za jakiś czas.

Powrót do rzeczywistości nie był łatwy, jak zawsze zresztą. Mimo sprzeczek z rodzicami odnośnie finansów widok płaczącej mamy na lotnisku chyba nigdy nie będzie mi obojętny. 

Pierwszych parę dni z powrotem w Manchesterze wypełnionych było tęsknotą i zdezorientowaniem. Nie mogłem się pogodzić z myślą, że już niedługo będę musiał chodzić do szkoły, pracować i znów powtarzać tę samą rutynę. Pogoda również nie była pomocna i to wszystko sprawiało, że czułem się jak we śnie. Na szczęście miałem obok siebie Tashę, dzięki której to wszystko było jakby bardziej znośne. Nie potrafię opisać, jak ważną rolę odegrała ta znajomość w moim powrocie do Anglii. Dzięki spędzaniu czasu z Tashą miałem coś do robienia i kogoś, z kim mogłem szczerze porozmawiać. Bardzo się do siebie zbliżyliśmy w przeciągu tych trzech tygodni, a także poznałem jej znajomych, którzy też mnie polubili. Spędzanie czasu w domu Tashy odciągnęło mnie od nieuchronnej nostalgii i przedjesiennej depresji. 

Przede wszystkim jednak w środowisku znajomych Tashy zostałem od razu zaakceptowany jako mężczyzna, co w rezultacie pomogło mi przed rozpoczęciem studiów. Ten okres socjalizacji jako mężczyzna, poznawania norm i stereotypów i próbowania wpasowania się w nowy świat był mi bardzo potrzebny, mimo iż momentami było to naprawdę trudne. Na szczęście miałem obok siebie Tashę, która dzielnie znosiła moje wywody na temat bycia trans i oferowała niesamowite wsparcie. Jej bezinteresowna akceptacja jest jednym powodem, dla którego jeszcze nie zapadłem się w czeluści smutku. Jako pracoholikowi ciężko mi było odnaleźć sens bez pracy czy studiów, dlatego często gubiłem się we własnych, destruktywnych myślach. Na szczęście Tasha jakimś magicznym sposobem wyciągała mnie z nich. Jej znajomi również się do tego przyczyniają, ponieważ zwyczajnie widzą we mnie tę osobę, którą jestem, a nie tę, którą udaję. Tak wiele mówi się o tym, jak duże znaczenie ma akceptacja osób LGBT, jednak prawdziwie odczuć można to dopiero wtedy, kiedy samemu się tej akceptacji potrzebuje. Po raz pierwszy w życiu czuję się prawdziwie sobą, co przekłada się na moje zdrowie psychiczne i fizyczne (czy wspomniałem, że rzuciłem palenie, ponieważ zwyczajnie nie potrzebuję już używek, by poradzić sobie ze stresem, nudą i samotnością?).

Nie wszystko jednak wygląda tak, jak bym tego sobie życzył. Socjalizacja na nowo jako mężczyzna sprawia, że czuję się jak dziecko, które dopiero uczy się wszelkich reguł interakcji z innymi. Jest coś dziwnego w tym, jak faceci definiują męskość, co zresztą nie powinno stanowić dla mnie zaskoczenia, a jednak. Przede wszystkim mam wrażenie, że nagle nie mogę mówić o żadnych problemach związanych na przykład z menstruacją, ani też w jakikolwiek sposób być w stanie utożsamiać się z dziewczynami. Jeśli nie chcę, aby moja tożsamość została całkowicie zdyskredytowana, muszę zachowywać się i myśleć w sposób typowy dla cis facetów: być seksistą, śmiać się z kobiecych spraw, a nawet żartować z osób LGBT, do których się przecież zaliczam. Nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek będę musiał tak robić. Do tego dochodzą również „oczywiste” sprawy, takie jak postawa, ton głosu, gestykulacja czy prezencja. To wszystko, w połączeniu z największym problemem: wyborem łazienki w miejscach publicznych, często mnie przytłacza. Wśród znajomych Tashy czuję się lepiej, a nawet dowiedziałem się ostatnio, iż część z nich nawet nie wie o tym, że jestem trans. Niestety, już teraz doświadczam nieprzyjemnych sytuacji na studiach. Nie powinno mnie to dziwić ani mnie boleć, jednak ta zmiana w postrzeganiu mnie przez znajomych Tashy a znajomych ze studiów jest po prostu niekomfortowa. Nie mam ochoty ani siły tłumaczyć każdemu kim jestem, chciałbym po prostu, by ludzie sami domyślili się, że jeśli przedstawiam się jako Kyle to chyba naturalne, że używam męskich zaimków. Wiem, że moja droga dopiero się rozpoczęła i i tak zrobiłem duże kroki w dobrym kierunku, jednak cierpliwość w tej kwestii chyba nie jest moją mocną stroną. Do tego fakt, iż niektórzy ludzie nie zdają sobie sprawy, iż jestem trans zupełnie wyprowadził mnie z równowagi, ponieważ nawet w najśmielszych marzeniach nie wyobrażałem sobie, że będę „passował” (był postrzegany jako cis facet) już teraz. Jest to problemem zwłaszcza wtedy, gdy ludzie pytają, dlaczego korzystam z damskiej łazienki (ostatnie wyjście na miasto, nieprzyjemna sytuacja).

Mimo wszystko jednak daję sobie jakoś radę. Cieszę się, że zaczęły się już studia, ponieważ przynajmniej mam czym się zająć. Podobają mi się projekty, które mamy do wykonania, aczkolwiek mam pewne wątpliwości względem osób na moim kierunku. Moje pierwsze wrażenie było takie, jakbym cofnął się do liceum: znów jestem „tym dziwnym”, tym, który trzyma się na uboczu, otoczony grupką wytapetowanych dziewcząt i chłopców w dresach. I, uwierzcie mi, chciałbym, żeby to była tylko metafora. Niestety z moich obserwacji wynika, iż jestem póki co jedyną osobą z kolorowymi włosami i dość alternatywnym gustem muzycznym. Owszem, widziałem jednego chłopaka w tatuażach i koszulce Nirvany, jednak przytłaczająca większość to po prostu typowe „Tumblr girls” i „chłopaczki” w bejsbolówkach i Nike’ach. Nie chcę tutaj oceniać po wyglądzie czy szerzyć stereotypów, jednak po prostu spodziewałem się czegoś zupełnie innego biorąc pod uwagę fakt, iż jest to artystyczny kierunek. Nie zdziwiło mnie również bardzo ignoranckie podejście ludzi podczas tygodnia wstępnego. Mam wrażenie, że większość ludzi nadal myśli, że studia są przedłużeniem liceum i że przy minimalnym wkładzie pracy jakoś się prześlizną z roku na rok. Niewiele osób wykazywało jakiekolwiek zainteresowanie tematem, ponieważ nie były to zadania na ocenę. Dodatkowo zdziwiłem się, ponieważ wiedziałem stosunkowo dużo o grafice w porównaniu z innymi, a przecież to oni a nie ja uczęszczali do college’ów. Brzmi to złośliwie, ale mam przeczucie, że większość tych ludzi wkrótce przekona się, że studiowanie to nie przelewki i że najwyższy czas spoważnieć. W pewnym sensie spodziewałem się tej mentalnej bariery między mną a nimi, spowodowanej zapewne całym rokiem ciężkiej pracy i płynącego z niej doświadczenia życiowego. Czuję jednak, że w pewnym sensie mnie to wzmacnia, ponieważ nawet mimo braku wiedzy teoretycznej potrafię chociażby rozplanować sobie naukę czy ambitnie i rzetelnie podejść do zadań. Ukończenie tego kursu bardzo wiele dla mnie znaczy; wiem już dokładnie czego chcę i jak to zdobyć, co moim zdaniem stawia mnie w lepszej sytuacji. Póki co trzymam się z dwoma fajnymi osobami i cieszę się, że przynajmniej mam z kim siedzieć. Chciałbym jednak nawiązać głębsze przyjaźnie podczas studiów, a to już dobrze nie rokuje. 

Mam nadzieję, że wkrótce znikną wszystkie moje obawy, zwłaszcza związane z pracą. Na razie utrzymują mnie rodzice, jednak jestem w trakcie szukania pracy. Nie jest to łatwe, nie przysługują mi też żadne zasiłki z racji tego, iż jestem z Unii Europejskiej. W międzyczasie zrobiłem coś dobrego dla siebie i zapisałem się na terapię oraz zarejestrowałem się do doktora. Wciąż mam fobię społeczną, co praktycznie niweluje jakiekolwiek szanse na normalne interakcje z ludźmi, jednak ostatnio czuję się trochę lepiej. Mimo jesiennego, zimnego wiatru i zapachu zgniłych liści staram się nie popaść w depresję i trzymać się pracy oraz znajomych. Chciałbym po prostu pozbyć się tego lęku przed ludźmi i nieznanymi sytuacjami, ponieważ powstrzymuje mnie on przed wykonaniem jakichkolwiek poważnych kroków w stronę mojej przyszłości i kariery, na przykład w fotografii koncertowej. 

O właśnie, zapomniałem o tym wspomnieć. Niestety moja kariera fotograficzna skończyła się tak szybko, jak się rozpoczęła. Bardzo mi z tego powodu przykro, ponieważ nie jest to zależne ode mnie, a po prostu od okoliczności towarzyszących. Jako student moim priorytetem są teraz zajęcia i praca, zwyczajnie nie mam czasu ani funduszy by dalej zajmować się fotografią profesjonalnie. Szkoda, ponieważ taka okazja nie zdarza się często i boję się, że zmarnowałem coś, co miało potencjał. Życie jednak, jak to mówią, to sztuka wyborów, a w moim przypadku wybór był raczej oczywisty. Gdyby nie studia-kto wie, może nawet zaszedłbym gdzieś dalej w fotografii. Jestem trochę rozczarowany, ponieważ całokształt mojej sytuacji wygląda tak, jak w maju 2015 roku. W pewnym sensie jestem znów w punkcie wyjścia: znów nie mam żadnych przyborów domowych ani pracy. Mam jednak nadzieję, że ten cały trud ostatnich miesięcy nie poszedł na marne i że czegoś się przynajmniej nauczyłem.

Na razie skupiam się na studiach i znalezieniu pracy, w międzyczasie snuję odważne plany o terapii hormonalnej, pokonaniu lęku i…posiadaniu tuneli w uszach (tak, mamo, dobrze słyszałaś. Zamierzam znowu zgrzeszyć, wybacz mi).

Po raz pierwszy od wielu miesięcy czuję się w miarę dobrze i mam nadzieję.

PS. Playlista przyjdzie później, tak sądzę?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz