środa, 24 maja 2017

And after seeing what we saw, can we still reclaim our innocence?



Nie wiem, od czego mam zacząć. Nie wiem co pisać ani jakich słów używać, by opisać to, co się stało i to, jak się po tym czuję. Nie wiem, czy w ogóle takie słowa istnieją. Od paru dni jest mi niedobrze, a godziny uciekają mi z pamięci.

Miałem nie pisać długiego postu. Ale napiszę. Po pierwsze dlatego, że jest to jedna z niewielu metod radzenia sobie z emocjami, które wciąż działają i które mi pozostały. Po drugie dlatego, że milczenie nie jest odpowiedzią, a ja byłem w błędzie myśląc, że ignorując swoje uczucia uda mi się ich pozbyć. Postanawiam więc napisać, choć naprawdę nie wiem jak.

Wszyscy już wiedzą, co stało się w Manchesterze. Kolejny zamach terrorystyczny, chciałoby się rzec „chleb powszedni” współczesnego świata. Tyle słyszy się o bombach, zamachach, porwaniach samolotów i samobójczych atakach, że w zasadzie kolejny atak to tylko kwestia czasu, kolejny nagłówek w gazecie, kolejny tryb w tej chorej maszynie. Sam przecież wielokrotnie widziałem hasztagi na twitterze, kolejne #prayfor, kolejny zamach na niewinnych ludzi. Widziałem tego już wiele i choć oczywiście nie mam serca z kamienia, po pewnym razie wiadomości te stały się już dla mnie po prostu powszechne. Przestałem się nimi jakoś szczególnie przejmować, zakładając, że skoro mnie to nie dotyczy to w zasadzie nie mam powodu, by się smucić i denerwować na marne. Być może była to żałosna próba wmówienia sobie, że skoro coś jest daleko ode mnie to nie istnieje, może była to desperacja nadzieja, że jeśli czegoś się wyprę to w końcu przestanie mnie to boleć.
I choć myślałem, że w ostatnich miesiącach stałem się silniejszy, choć pracowałem bardzo ciężko na to, by trudno było mnie złamać, tym razem było inaczej.

Tym razem uderzono w miasto, w którym mieszkam od dwóch lat.

Uderzono w niepełnoletnie osoby, w dzieci, które wracały z koncertu swojej ulubionej wokalistki. Uderzono w samym centrum miasta, które stało się moim drugim domem, w którym zacząłem swoje dorosłe życie, które mnie kształtuje i daje mi możliwości realizacji marzeń. Zimny, deszczowy, piękny Manchester. Nie ważne, że to artystka, której nie słucham, przecież to równie dobrze mogli być Pilotsi czy inny zespół.

Ponownie nie wiem, co mam myśleć i pisać. Tyle się mówi w Internecie o odpowiednim reagowaniu na tragedię, by nikogo nie urazić ale też niczego nie pominąć. Czy istnieje w ogóle taka reakcja? Zamach w moim mieście wydawał mi się czymś odległym, czymś nierealnym. Oczywiście z tyłu głowy często kłębiła mi się myśl, że to tylko kwestia czasu, że coś wisi w powietrzu, że na pewno prędzej czy później coś się stanie. Ale podobnie jak wielu ludzi tutaj, mimo tej wiedzy żyłem nadzieją, że jakoś nas to ominie. Manchester wydawał mi się zbyt oczywisty, a przy tym zbyt mało znaczący, by atak na nim miał jakieś znaczenie propagandowe (bo tym kieruje się ISIS). Mamy w końcu tutaj dzielnicę klubów gejowskich, mamy paradę równości, mamy kościoły i stadiony futbolowe. Jeśli w ogóle ktoś by się tego spodziewał, to atak podejrzewano właśnie na te strefy.
Ale uderzono w zupełnie inne miejsce, z punktu widzenia politycznego tak naprawdę nic nieznaczące. Zabito niewinne dzieci w miejscu, które miało być miejscem spełnienia ich marzeń.
Wiele emocji kotłuje się i walczy teraz we mnie. Smutek, żal, gniew, niezrozumienie. Mam 20 lat i wydaje mi się, że wiem coś o świecie i raczej dużo rozumiem. Ale tego nie potrafię pojąć, naprawdę nie potrafię ogarnąć rozumiem, jak można mieć w sobie tak wiele nienawiści. Jest to poza sferą mojego umysłu, być może z powodu empatii albo zwykłego ludzkiego idealizmu, wiary w to, że każdy jest z natury dobry. Jest to naiwność i głupota, wiem. Ale taki już jestem.

Nigdy nie sądziłem, że przyjdzie w moim życiu dzień, w którym będę świadkiem tego typu tragedii. Nikt nigdy mnie na to nie przygotowywał, nikt nawet nie wspominał w szkole, że takie rzeczy istnieją. Nie wiem jak mam dać upust tym emocjom, jak je przemienić w coś produktywnego, a nie destruktywnego. Jeśli kiedykolwiek miałbym powiedzieć, że wiem, jak czuł się Gerard podczas zamachu na WTC, to byłby właśnie ten moment. Teraz też czuję tę bezsilność i poczucie, że nic nie ma sensu. Tutaj też zginęli niewinni. Tutaj też był piękny dzień, tak piękny, że aż nie do uwierzenia w zwykle deszczowym Manchesterze. Świeciło słońce, było parno i bezwietrznie, jakby czas zatrzymał się na chwilę. 

Taka sama pogoda była także podczas wieczornego apelu/czuwania na głównym placu Manchesteru. Setki, a może tysiące, ludzi, zgromadzonych w zupełnej, przenikliwej ciszy, łączących się w milczeniu z rodzinami ofiar. Przemowy oficjeli miasta, które przypomniały mi pogrzeb mojego przyjaciela. Nigdy nie sądziłem, że w momencie tragedii poczuję taką więź z tym miastem i jego mieszkańcami. 

Manchester otworzył swoje z pozoru zimne, północne serce. Ludzie okazali niespotykaną życzliwość, miłość, troskę. Prawdziwy duch tego miasta świecił w każdym z jego mieszkańców a Manchester pokazał swoje prawdziwe oblicze – siłę, wspólnotę i empatię. W obliczu bezsensownego aktu terroru ludzie nie poddali się, nie dali się opanować przez strach.  Taki Manchester chcę trzymać w sercu i pamięci, w takim chcę żyć i uczyć się. Chciałbym jedynie, aby już nigdy nie było żadnego ataku.

W tym wszystkim najgorszy jest chyba ten nieprzerwany strumień wiadomości, niektórych fałszywych, innych szokujących na siłę. Całe masowe media aż huczą, stada dziennikarzy rzucają się na każdy okruch sensacji jak drapieżne ptaki. Szmatławce podają niesprawdzone, często błędne informacje, siejąc panikę i kolejną falę strachu w ludziach. Nie potrzeba nam tego. Ludzie i tak już wystarczająco przeszli. Do tego dochodzą polityczne zatarcia, ludzie próbujący z tragedii zrobić paliwo do swoich nacjonalistycznych, okrutnych i nieludzkich przekonań i wierzeń. Ludzie, którzy nigdy nie postawili nogi w Manchesterze komentują i wypowiadają się na temat polityki i Islamu, krzywdząc tym jeszcze więcej niewinnych. Nienawiść rodzi nienawiść. Jest mi bardzo głęboko żal za takich ludzi i ich ograniczonych umysłów. Chciałbym, by ludzie, którzy nie mają pojęcia o życiu w Anglii przestali wykorzystywać tę tragedię do swoich celów i zwyczajnie zamknęli mordy. Chciałbym, by media wreszcie przestały napędzać tę machinę dramatu i pozwoliły ludziom przeżywać swoją żałobę w spokoju. 

Ja definitywnie muszę przeżyć swoją żałobę. Potrzebuję czasu i medytacji, by powrócić do siebie. Tutaj, w Manchesterze, życie próbuje wrócić do normy, choć miasto jest opustoszałe, drogi odcięte a transport publiczny spowolniony. Na ulicach pełno jest policji, ludzie chodzą ze spuszczonymi głowami. Ta cisza jest dla mnie najgorsza. 

Moimi metodami radzenia sobie z tą sytuacją są pisanie, muzyka i fikcja. Po raz pierwszy od lat puściłem sobie głośno Bullets, drąc się przy tym w niebogłosy. Jedyną formą sprzeciwu, jedyną formą buntu przeciwko temu w obecnej sytuacji jest silna, bezkompromisowa, nieprzerwana miłość do siebie i innych. Muzyka jest dla mnie właśnie taką miłością do siebie, puszczam sobie głośno MCR czy Architects i śpiewam, wyrażam swój głos, swój bunt i gniew. Jedyne, co możemy zrobić, to iść dalej, nie poddawać się, nie tracić ducha. Terroryści chcą nas poróżnić, przestraszyć, napuścić na siebie, abyśmy sami się wykończyli. Jedyne, co nam pozostało, to być jeszcze życzliwszym dla siebie i pokazać światu, że Manchester nie da się złamać. 

Ta tragedia, choć nie sądziłem, że tak mną wstrząśnie, uświadomiła mi, że muszę coś zmienić w swoim życiu. Nie mogę o tym zapomnieć i pozwolić, by to wszystko poszło na marne. Bardzo chciałbym, aby każdy, kto to czyta, zastanowił się nad sobą, uścisnął swoich bliskich, uśmiechnął się do nieznajomego na ulicy. Tylko żyjąc dalej możemy okazać najsilniejszy bunt i sprzeciw, największy hołd dla ofiar, największy akt niewzruszonej wiary w ludzkość.

K.

piątek, 12 maja 2017

Hard times

Tak więc oficjalnie zakończyłem pierwszy rok studiów. Teraz nadszedł czas na pewne podsumowanie.



To był rok, w którym przeżyłem jednych z najlepszych i jednych z najgorszych momentów. 
Wszystko, czego się bałem, spełniło się. Ale wiele moich marzeń – również. Rzeczy, które mnie przerażały, okazywały się jednymi z najlepszych decyzji w moim życiu.


Panikowałem strasznie. O pracę, o studia, o siebie, o samotność, o dom. A teraz mi się jakoś układa. Chciałem rzucić studia, wrócić do Polski.


Pokonałem wiele przeszkód, z których największą było moje własne zdrowie psychiczne. Przez każdym deadlinem dostawałem niemalże palpitacji, ze stresu moje problemy, które w istocie były błahostkami, urastały w mojej głowie do rozmiarów zagrażających życiu okropieństw. Moja podatność na stres, nerwowość i brak pewności siebie sprawiły, że ten rok był naprawdę ciężki. Nie wiem, skąd we mnie ten brak woli walki, ten przeraźliwy lęk o przyszłość.  Nie wiem, dlaczego od razu się poddaję, wszystko mnie tak bardzo przygniata i nie potrafię sprostać nawet małym problemom. Wszystkie trudności dla mnie wydają się sto razy większe i często spycha mnie to na dno samopoczucia i depresji. 


W połączeniu  wymagającą pracą z ludźmi, w której muszę codziennie udawać, że nie mam fobii społecznej – to wszystko sprawiło, że ten rok był naprawdę trudny.


Ale był też budujący.


Nie zauważyłem tego, ale stopniowo dojrzałem. Stałem się mądrzejszy. Na początku ta świadomość była nie do zniesienia, ponieważ myślałem, że obojętnieję, gorzknieję i robię się cieniem dawnego siebie. To prawda, Anglia mnie zmienia, trudy codziennego życia i monotonia sprawiają, że nie mam już w sobie tak wiele pasji i emocji. Czasem mi to doskwiera, ale z drugiej strony pozbywam się też agresji, desperacji i tego młodzieńczego buntu, który w istocie donikąd nie prowadził. Być może nie jestem już tak zwariowany na punkcie niektórych rzeczy, może nie jestem już nierozsądnym buntownikiem i emocjonalnym romantykiem, ale czuję, że przestaje mi to przeszkadzać. Możecie nazwać to oznakami starzenia się, obojętności na wszystko, jednak teraz zaczynam czuć wewnętrzny spokój. Nie miotam się już tak bardzo, wreszcie wiem kim jestem i mogę to wyrażać, bez skrępowania czy udawania. Ta szczerość – wobec siebie i swoich emocji oraz wobec innych – sprawia, że czuję się lżej, tak jakby całe te lata udawania i okłamywania innych spadają mi z ramion jak ciążące kamienie. To dobre uczucie, po prostu być, nie oceniać siebie tak surowo i móc otwarcie mówić o swoich emocjach innym. Przyczynił się do tego między innymi mój coming-out oraz, paradoksalnie, moja praca, ponieważ przymusowo musiałem zdobyć więcej pewności siebie (okazało się, że to przychodzi z doświadczeniem). 


W pewnym stopniu zaczynam tęsknić za tą swoją emocjonalną stroną, jednak teraz czuję się o wiele bardziej stabilnie. Dzięki medytacji zmieniłem swoją postawę wobec wielu rzeczy. Przede wszystkim zrozumiałem, że wszystkie moje problemy są tymczasowe i muszę nauczyć się nie dopuszczać mojego umysłu do myślenia, że każda moja decyzja prowadzi do katastrofy. Wszystko kiedyś się kończy, a ja muszę zrozumieć, że te parę lat ciężkiej harówki na studiach i w pracy ma sens, służy czemuś i do czegoś prowadzi. Czuję się o wiele bardziej ugruntowany i silny jako osoba. Doszedłem do wniosku, że nie chcę trzymać w moim życiu ludzi, którzy nie chcą w nim być. Wcześniej miałem tendencję do masochistycznego utrzymywania ludzi w moim życiu, nawet jeśli te znajomości mnie krzywdziły. Wszystko to, ponieważ bałem się samotności. Teraz zaczynam rozumieć, że nie dla każdego jest miejsce w moim życiu. Część osób pojawia się w nim w jakimś przełomowym momencie i znaczy dla mnie wiele w danej chwili, jednak potem naturalną koleją rzeczy odchodzi, a ja muszę nauczyć się pozwalać im iść, bez żalu czy chowanej goryczy. Jestem wdzięczny osobom, z którymi nawiązałem w swoim życiu głębokie relacje, jednak nie chcę dłużej tego rozpamiętywać. 


Oczywiście, cały czas mam momenty, w których kompletnie się załamuję. Chciałbym nad tym popracować, może uda mi się tego pozbyć dzięki terapii. W takich momentach najgorsze jest to, że cała ta pewność siebie i względny spokój, na który pracuję, potrafi runąć w ciągu kilku minut, a ja zapadam się znowu w otchłań depresji i beznadziejności. Podniesienie się po takich momentach jest bardzo ciężkie i za każdym razem mam wrażenie, że coś się we mnie zmienia, coś umiera. Mimo to staram się cały czas podnosić, bo nic innego mi nie pozostało.


Jeśli chodzi o moje kontakty z ludźmi, pierwszy rok studiów był rozczarowujący. Chyba każdy pierwszak wyrusza na studia z nadzieją, że wreszcie spotka kogoś bliskiego, nawiąże trwałe przyjaźnie. W moim przypadku było zupełnie odwrotnie. Wobec braku przyjaciół zacząłem uczyć się przebywać sam ze sobą, lubić swoje towarzystwo i organizować sobie rozrywki. Zrobiłem się strasznym domownikiem i introwertykiem, który nad spotkania towarzyskie przedkłada czytanie książek czy granie w gry. Oczywiście, mój brak kontaktu z ludźmi spowodowany jest również brakiem czasu, ponieważ moje życie jest bardzo zapracowane i chaotyczne, jednak czuję, że to chyba jest ten moment, w którym wreszcie muszę stanąć twarz w twarz z samym sobą i nauczyć się żyć samemu. Nie to żeby mi to jakoś przeszkadzało, czasami tylko mam momenty, w których myślę, że zupełnie nie pasuję do stereotypu pierwszaka, który non-stop chodzi na imprezy, przedkłada życie społeczne nad naukę i nie przejmuje się niczym. Moja sytuacja wygląda trochę inaczej niż większości ludzi (czasem im zazdroszczę), a poza tym chyba wyszalałem się już w pierwszym roku bycia w Anglii. Teraz stałem się spokojniejszy i mniej masochistyczny (picie i imprezowanie było dla mnie swego rodzaju odskocznią, która najczęściej kończyła się emosowaniem i myślami samobójczymi, bo jestem do niczego).


Czasami mam wrażenie, że niewiele rzeczy mi teraz przeszkadza, że niewiele mnie boli i uwiera. Moja romantyczna strona mówi mi, że ten brak protestu, ta wygoda oznacza obojętność, apatię i konformizm. Z drugiej strony, priorytety w moim życiu uległy zmianie. Zrozumiałem, jak wiele dla mnie znaczą przyjaciele i rodzina, jak ważna jest w miarę godna sytuacja finansowa i jako-taki dobrobyt. Oczywiście nie oznacza to, że zamienię się w typowego mieszczucha, który brnie ślepo w pogoni za wygodą, zapominając o doświadczaniu życia. Czuję jednak, że w tym momencie mojego życia moje marzenia się zmieniły. Już nie potrzebuję ekstrawaganckiego życia pełnego przygód, już nie czuję potrzeby bycia odmieńcem, odcinania się od tłumu. Chciałbym teraz jedynie być blisko tych, którzy się dla mnie liczą. Być może jest to wynik głębokiego smutku i ciężaru dorosłego życia. Wieczorami dopada mnie nostalgia za liceum, a nawet za gimnazjum, ponieważ wtedy chociaż na czymś mi zależało, nie bałem się narażać za sprawę, w którą wierzyłem, nie bałem się cierpieć. Dziś się trochę boję. Ale jestem szczęśliwszy i ciężej jest mnie złamać.

Zrozumiałem i pojąłem ideę domu, ojczyzny, przynależności dokądś. W zeszłym roku bardzo ciężko było mi znieć rozłąkę, przez dystans miałem poczucie, że zmieniam się nie do poznania, że coś we mnie umiera. Wciąż miewam takie momenty, to chyba jedyna rzecz, która niewiele się zmieniła od zeszłego roku. Uświadamiam sobie jedynie, że tak naprawdę zmieniam się, ponieważ taka jest kolej rzeczy. Każdy się zmienia i nawet ja nie mogę być cały czas taki sam i trwać przy wszystkim, co kiedyś się dla mnie liczyło. Nie zmieniam się ze względu na bycie daleko od Polski tylko dlatego, że tak ma być. Być może życie w innym kraju przyspieszyło ten proces, ale prędzej czy później i tak bym musiał dorosnąć. Tęsknię za domem, cholernie, ale to niczego nie zmienia.


W wielu aspektach stałem się rozsądniejszy, dojrzalszy. Musiałem szybko wziąć na siebie wiele odpowiedzialności i początkowo mnie to przerastało. Teraz staram się nie stracić głowy w tym wszystkim i zachować w sobie jak najwięcej kręgosłupa moralnego i indywidualności, przy jednoczesnym organizowaniu swojego życia i widzeniem spraw takimi, jakie są.


Tak wiele chciałbym się jeszcze nauczyć, tak wiele wciąż mam pytań. Chciałbym na przykład nauczyć się, jak obchodzić się ze stratą, ze śmiercią bliskich, z nieuchronnym przemijaniem. Chciałbym wreszcie prawdziwie się zakochać, poczuć coś tak silnie, jak robiłem to w gimnazjum. Chciałbym podróżować, być dla siebie wyrozumiały i łaskawy, nauczyć się wybaczać, znosić porażki, trwać w jednym miejscu dłużej niż tylko na chwilę. Chciałbym poprawić kontakt z rodzicami, choć w sumie jestem już na dobrej drodze.


Jednym słowem, uczę się o sobie wiele. Jest to męczący, czasem nieświadomy proces. Dla wielu ludzie niezauważalny. Dla mnie jednak jest to swego rodzaju przełom i mam nadzieję, że dorastanie nie okaże się tak straszne, jak mi się wcześniej wydawało.



poniedziałek, 26 września 2016

Cause if you don't believe it can't hurt you



Sierpień 2016 – Wrzesień 2016

Nie miałem okazji ostatnio nawet usiąść i popisać, a może miałem, ale kiedy już się za to zabierałem nie mogłem z siebie wykrztusić ani słowa. Teraz jednak mam trochę czasu i weny.

Po pierwsze wakacje w Polsce były chyba najlepszymi wakacjami, jakie dotychczas miałem. To szalone, jak zwykły powrót do domu w lato może okazać się najlepszym wypoczynkiem, lepszym nawet niż jakiekolwiek resorty czy ciepłe kraje. Spotkałem się ze znajomymi, nawet z Klaudią, z którą przecież nie widziałem się od matury. Nadrobiliśmy stracony czas i otrzymałem najlepszy komplement: „Nic się nie zmieniłeś”. Z pewnością ten fakt daje ogląd na stan mojej psychiki, skoro najzwyczajniej w świecie cieszę się, że ktoś nie zauważył tych ogromnych zmian, które we mnie zaszły.
A zaszło ich wiele. Zbyt wiele.

Zmieniłem się praktycznie nie do poznania dla samego siebie, choć w Polsce ludzie nadal widzą mnie jako tego samego człowieka, który półtora roku temu wyjechał do Anglii z wielkimi marzeniami i naiwną nadzieją, że będzie to najlepsza decyzja mojego życia. Dla rodziców i przyjaciół jestem wciąż tym samym dzieciakiem, choć przecież tak bardzo spoważniałem i zgorzkniałem. W Anglii obrosłem brudem codziennych trudów, strachem o przyszłość i małostkowością. Moją duszę pokryła warstwa kurzu i toksyn, które mnie tu otaczają. W Polsce poczułem, że wreszcie się oczyszczam, że moje wnętrze pozbywa się tego syfu, przez który tak bardzo się zmieniłem.

Po pierwsze oczyszczałem się przez powrót do dzieciństwa i przeszłości. Jednym ze sposobów było czytanie starych brudnopisów. Zrozumiałem, jak wielką wartość mają w moim życiu słowa, jak potrzebne mi jest pisanie. Te dziesiątki brudnopisów, notatek, zapisków, to wszystko nie poszło na marne. Te słowa są mi potrzebne by nie zatracić siebie zupełnie. One pozwalają mi spojrzeć w przeszłość, przypomnieć sobie to, co wtedy czułem i myślałem. One również zapewniają mi w pewnym sensie nieśmiertelność, ponieważ stanowią realny odcisk tego, że żyłem i żyję. Żadna forma sztuki, nawet muzyka, nie są w stanie tak realnie przywrócić mi wszystkich wspomnień. Słowa są moim dziedzictwem, nośnikiem, naczyniem, są kopalnią wiedzy o moim dzieciństwie i kreatywną odskocznią. Poprzez pisanie uczyłem się empatii, próbowałem zrozumieć świat i w pewnym sensie ocalić te ulotne myśli. Bardzo się cieszę, że zdecydowałem się powrócić do tych zapisków w Polsce.

Moim drugim sposobem na zmycie z siebie brudu było obcowanie z naturą, szczególnie na Alasce. Chodziłem tam na spacery, wspiąłem się na drzewo, pływałem nago w jeziorze w nocy, obserwowałem gwiazdy i myślałem. Natura w Polsce stanowi dla mnie większość wspomnień z dzieciństwa, podobnie jak w Mickiewiczowskim „Panu Tadeuszu”, w którym natura odgrywała rolę „raju lat dziecięcych” poety. To zadziwiające, jak bardzo brak słońca i znajomych miejsc wpływa na moje samopoczucie w Anglii. Nigdy nie zdawałem sobie sprawy z tego, że przestrzeń ma dla mnie tak duże znaczenie. W Gnieźnie także wychodziłem, jeździłem na rolkach i rowerze a wieczorami spotykałem się z przyjaciółmi. Łaziłem po torach, śpiewałem „Trees” na polu na cały głos i czytałem polskie wiersze. Tak jakby zupełnie nic się nie zmieniło.

Podczas wyjazdu na Alaskę poczułem, że się zregenerowałem. Muzyka zaczęła od nowa mieć dla mnie duże znaczenie, łatwiej mi było znaleźć ukryte sensy w tekstach piosenek i utożsamić się z nimi. Również tak błaha rzecz jak granie w gry planszowe uświadomiło mi, jak bardzo tęskniłem za prostotą i niewinnością.

Będąc w Polsce cały mój pobyt w Anglii wydawał mi się złym snem lub zjawą. Cały poprzedni rok zdawał się tak nierealny a ja czułem się tak, jakbym nigdy nie wyjechał. W Polsce urzeka mnie ta nieskażona prostota ludzi i miejsc, zwłaszcza w porównaniu z dużym miastem na Zachodzie. Wszystko w Polsce wydaje się tak niestrute, jak gdyby zatrzymane w czasie. Pociesza mnie również fakt, że moi  znajomi pozostali nadal tak szczerzy i niewinni oraz że nie stoczyli się mentalnie na dno. Daje mi to nadzieję, że może kiedyś Polska będzie nadawała się dla mnie do życia.
W międzyczasie jednak cały czas towarzyszył mi lęk o mój powrót do Anglii. Tak bardzo przyzwyczaiłem się do komfortu życia w Polsce, że powrót do szarego, deszczowego Manchesteru zwyczajnie powodował u mnie ataki lęku.  Było to zresztą uzasadnione, ponieważ nie miałem choćby najmniejszego zabezpieczenia finansowego. Pieniądze dosłownie stanowiły moje być lub nie być w tym kraju i wciąż tak, niestety, jest. Stres z tym związany nie raz spędza mi sen z powiek, choć w tym momencie jest już trochę lepiej.

Ale o tym za jakiś czas.

Powrót do rzeczywistości nie był łatwy, jak zawsze zresztą. Mimo sprzeczek z rodzicami odnośnie finansów widok płaczącej mamy na lotnisku chyba nigdy nie będzie mi obojętny. 

Pierwszych parę dni z powrotem w Manchesterze wypełnionych było tęsknotą i zdezorientowaniem. Nie mogłem się pogodzić z myślą, że już niedługo będę musiał chodzić do szkoły, pracować i znów powtarzać tę samą rutynę. Pogoda również nie była pomocna i to wszystko sprawiało, że czułem się jak we śnie. Na szczęście miałem obok siebie Tashę, dzięki której to wszystko było jakby bardziej znośne. Nie potrafię opisać, jak ważną rolę odegrała ta znajomość w moim powrocie do Anglii. Dzięki spędzaniu czasu z Tashą miałem coś do robienia i kogoś, z kim mogłem szczerze porozmawiać. Bardzo się do siebie zbliżyliśmy w przeciągu tych trzech tygodni, a także poznałem jej znajomych, którzy też mnie polubili. Spędzanie czasu w domu Tashy odciągnęło mnie od nieuchronnej nostalgii i przedjesiennej depresji. 

Przede wszystkim jednak w środowisku znajomych Tashy zostałem od razu zaakceptowany jako mężczyzna, co w rezultacie pomogło mi przed rozpoczęciem studiów. Ten okres socjalizacji jako mężczyzna, poznawania norm i stereotypów i próbowania wpasowania się w nowy świat był mi bardzo potrzebny, mimo iż momentami było to naprawdę trudne. Na szczęście miałem obok siebie Tashę, która dzielnie znosiła moje wywody na temat bycia trans i oferowała niesamowite wsparcie. Jej bezinteresowna akceptacja jest jednym powodem, dla którego jeszcze nie zapadłem się w czeluści smutku. Jako pracoholikowi ciężko mi było odnaleźć sens bez pracy czy studiów, dlatego często gubiłem się we własnych, destruktywnych myślach. Na szczęście Tasha jakimś magicznym sposobem wyciągała mnie z nich. Jej znajomi również się do tego przyczyniają, ponieważ zwyczajnie widzą we mnie tę osobę, którą jestem, a nie tę, którą udaję. Tak wiele mówi się o tym, jak duże znaczenie ma akceptacja osób LGBT, jednak prawdziwie odczuć można to dopiero wtedy, kiedy samemu się tej akceptacji potrzebuje. Po raz pierwszy w życiu czuję się prawdziwie sobą, co przekłada się na moje zdrowie psychiczne i fizyczne (czy wspomniałem, że rzuciłem palenie, ponieważ zwyczajnie nie potrzebuję już używek, by poradzić sobie ze stresem, nudą i samotnością?).

Nie wszystko jednak wygląda tak, jak bym tego sobie życzył. Socjalizacja na nowo jako mężczyzna sprawia, że czuję się jak dziecko, które dopiero uczy się wszelkich reguł interakcji z innymi. Jest coś dziwnego w tym, jak faceci definiują męskość, co zresztą nie powinno stanowić dla mnie zaskoczenia, a jednak. Przede wszystkim mam wrażenie, że nagle nie mogę mówić o żadnych problemach związanych na przykład z menstruacją, ani też w jakikolwiek sposób być w stanie utożsamiać się z dziewczynami. Jeśli nie chcę, aby moja tożsamość została całkowicie zdyskredytowana, muszę zachowywać się i myśleć w sposób typowy dla cis facetów: być seksistą, śmiać się z kobiecych spraw, a nawet żartować z osób LGBT, do których się przecież zaliczam. Nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek będę musiał tak robić. Do tego dochodzą również „oczywiste” sprawy, takie jak postawa, ton głosu, gestykulacja czy prezencja. To wszystko, w połączeniu z największym problemem: wyborem łazienki w miejscach publicznych, często mnie przytłacza. Wśród znajomych Tashy czuję się lepiej, a nawet dowiedziałem się ostatnio, iż część z nich nawet nie wie o tym, że jestem trans. Niestety, już teraz doświadczam nieprzyjemnych sytuacji na studiach. Nie powinno mnie to dziwić ani mnie boleć, jednak ta zmiana w postrzeganiu mnie przez znajomych Tashy a znajomych ze studiów jest po prostu niekomfortowa. Nie mam ochoty ani siły tłumaczyć każdemu kim jestem, chciałbym po prostu, by ludzie sami domyślili się, że jeśli przedstawiam się jako Kyle to chyba naturalne, że używam męskich zaimków. Wiem, że moja droga dopiero się rozpoczęła i i tak zrobiłem duże kroki w dobrym kierunku, jednak cierpliwość w tej kwestii chyba nie jest moją mocną stroną. Do tego fakt, iż niektórzy ludzie nie zdają sobie sprawy, iż jestem trans zupełnie wyprowadził mnie z równowagi, ponieważ nawet w najśmielszych marzeniach nie wyobrażałem sobie, że będę „passował” (był postrzegany jako cis facet) już teraz. Jest to problemem zwłaszcza wtedy, gdy ludzie pytają, dlaczego korzystam z damskiej łazienki (ostatnie wyjście na miasto, nieprzyjemna sytuacja).

Mimo wszystko jednak daję sobie jakoś radę. Cieszę się, że zaczęły się już studia, ponieważ przynajmniej mam czym się zająć. Podobają mi się projekty, które mamy do wykonania, aczkolwiek mam pewne wątpliwości względem osób na moim kierunku. Moje pierwsze wrażenie było takie, jakbym cofnął się do liceum: znów jestem „tym dziwnym”, tym, który trzyma się na uboczu, otoczony grupką wytapetowanych dziewcząt i chłopców w dresach. I, uwierzcie mi, chciałbym, żeby to była tylko metafora. Niestety z moich obserwacji wynika, iż jestem póki co jedyną osobą z kolorowymi włosami i dość alternatywnym gustem muzycznym. Owszem, widziałem jednego chłopaka w tatuażach i koszulce Nirvany, jednak przytłaczająca większość to po prostu typowe „Tumblr girls” i „chłopaczki” w bejsbolówkach i Nike’ach. Nie chcę tutaj oceniać po wyglądzie czy szerzyć stereotypów, jednak po prostu spodziewałem się czegoś zupełnie innego biorąc pod uwagę fakt, iż jest to artystyczny kierunek. Nie zdziwiło mnie również bardzo ignoranckie podejście ludzi podczas tygodnia wstępnego. Mam wrażenie, że większość ludzi nadal myśli, że studia są przedłużeniem liceum i że przy minimalnym wkładzie pracy jakoś się prześlizną z roku na rok. Niewiele osób wykazywało jakiekolwiek zainteresowanie tematem, ponieważ nie były to zadania na ocenę. Dodatkowo zdziwiłem się, ponieważ wiedziałem stosunkowo dużo o grafice w porównaniu z innymi, a przecież to oni a nie ja uczęszczali do college’ów. Brzmi to złośliwie, ale mam przeczucie, że większość tych ludzi wkrótce przekona się, że studiowanie to nie przelewki i że najwyższy czas spoważnieć. W pewnym sensie spodziewałem się tej mentalnej bariery między mną a nimi, spowodowanej zapewne całym rokiem ciężkiej pracy i płynącego z niej doświadczenia życiowego. Czuję jednak, że w pewnym sensie mnie to wzmacnia, ponieważ nawet mimo braku wiedzy teoretycznej potrafię chociażby rozplanować sobie naukę czy ambitnie i rzetelnie podejść do zadań. Ukończenie tego kursu bardzo wiele dla mnie znaczy; wiem już dokładnie czego chcę i jak to zdobyć, co moim zdaniem stawia mnie w lepszej sytuacji. Póki co trzymam się z dwoma fajnymi osobami i cieszę się, że przynajmniej mam z kim siedzieć. Chciałbym jednak nawiązać głębsze przyjaźnie podczas studiów, a to już dobrze nie rokuje. 

Mam nadzieję, że wkrótce znikną wszystkie moje obawy, zwłaszcza związane z pracą. Na razie utrzymują mnie rodzice, jednak jestem w trakcie szukania pracy. Nie jest to łatwe, nie przysługują mi też żadne zasiłki z racji tego, iż jestem z Unii Europejskiej. W międzyczasie zrobiłem coś dobrego dla siebie i zapisałem się na terapię oraz zarejestrowałem się do doktora. Wciąż mam fobię społeczną, co praktycznie niweluje jakiekolwiek szanse na normalne interakcje z ludźmi, jednak ostatnio czuję się trochę lepiej. Mimo jesiennego, zimnego wiatru i zapachu zgniłych liści staram się nie popaść w depresję i trzymać się pracy oraz znajomych. Chciałbym po prostu pozbyć się tego lęku przed ludźmi i nieznanymi sytuacjami, ponieważ powstrzymuje mnie on przed wykonaniem jakichkolwiek poważnych kroków w stronę mojej przyszłości i kariery, na przykład w fotografii koncertowej. 

O właśnie, zapomniałem o tym wspomnieć. Niestety moja kariera fotograficzna skończyła się tak szybko, jak się rozpoczęła. Bardzo mi z tego powodu przykro, ponieważ nie jest to zależne ode mnie, a po prostu od okoliczności towarzyszących. Jako student moim priorytetem są teraz zajęcia i praca, zwyczajnie nie mam czasu ani funduszy by dalej zajmować się fotografią profesjonalnie. Szkoda, ponieważ taka okazja nie zdarza się często i boję się, że zmarnowałem coś, co miało potencjał. Życie jednak, jak to mówią, to sztuka wyborów, a w moim przypadku wybór był raczej oczywisty. Gdyby nie studia-kto wie, może nawet zaszedłbym gdzieś dalej w fotografii. Jestem trochę rozczarowany, ponieważ całokształt mojej sytuacji wygląda tak, jak w maju 2015 roku. W pewnym sensie jestem znów w punkcie wyjścia: znów nie mam żadnych przyborów domowych ani pracy. Mam jednak nadzieję, że ten cały trud ostatnich miesięcy nie poszedł na marne i że czegoś się przynajmniej nauczyłem.

Na razie skupiam się na studiach i znalezieniu pracy, w międzyczasie snuję odważne plany o terapii hormonalnej, pokonaniu lęku i…posiadaniu tuneli w uszach (tak, mamo, dobrze słyszałaś. Zamierzam znowu zgrzeszyć, wybacz mi).

Po raz pierwszy od wielu miesięcy czuję się w miarę dobrze i mam nadzieję.

PS. Playlista przyjdzie później, tak sądzę?

sobota, 2 lipca 2016

I don't even care about titles anymore

Nie wiem już gdzie i jak o tym wszystkim mówić czy pisać.
Mam wrażenie, że nikt nie chce o tym słyszeć a ja sam nie potrafię nikomu powiedzieć.
Zrobiłem się taki odizolowany od wszystkich swoich przyjaciół.
Mam wrażenie, że świat nigdy nie dowie się, co się dzieje ze mną i w moim życiu.

Nie mam pojęcia, co zrobić ze sobą.
Kolejny raz jestem na totalnym rozdrożu, ale tym razem nie mam nikogo, kto mógłby mnie nakierować na właściwy tor, nikogo kto by zrozumiał.
Jestem całkiem sam, zupełnie samotny w swoich sukcesach, porażkach, wyborach.

Ostatnie tygodnie były chyba najgorszymi od czasów gimnazjum.
Nawet nie wiem, jak to się wszystko stało.
Czuję się tak, jakby cały świat się ode mnie odwrócił i robi wszystko, by mi dokopać.

Praca stała się nie do zniesienia.
Nie wierzę, że przez głupią robotę mam myśli samobójcze.
Czuję się upokorzony do granic możliwości, wszyscy tam chcą mnie upodlić, wykorzystać i podciąć mi skrzydła.
Nie po to wyjechałem do Anglii i nie po to zostawiłem wszystko, co kocham, by dać się tak traktować.
A jednak daję się tak traktować, bo nie mam absolutnie żadnego wyboru.

Przez moją fobię społeczną i depresję nie jestem w sanie zrobić niczego.
Najprostsze czynności wywołują u mnie nieopisany lęk i paraliżują mnie.
Myślę, że byłbym w stanie zrobić o wiele więcej, gdyby nie to.
Czuję się jak największy przegrany życia, bo staram się, tak bardzo się staram, a świat co chwilę rzuca mi kłody pod nogi.

Ludzie mówili, że będzie łatwiej, a ja w to wierzyłem.
Łudziłem się, że się przyzwyczaję, że może to wszystko było tylko chwilowe.
Jak widać nie było, nic nie robi się łatwiejsze, a wręcz przeciwnie, im dłużej tu jestem tym jest mi trudniej.
Jest mi tak cholernie trudno i nie ma na świecie nikogo, kto by to zrozumiał.

Nie mogę powiedzieć, że się nie staram, bo robię kurwa wszystko, ale świat po prostu chce, żebym się poddał.
Nawet moja rodzina mówi, żebym wrócił do domu, mimo że dostałem się na studia.
A jednocześnie nie mogę wrócić, chociaż bardzo bym chciał, bo oznaczałoby to porażkę.
Nie mogę się poddać, bo znaczyłoby to, że zmarnowałem ponad rok swojego życia.

Pobyt w Anglii wyżarł ze mnie wszystko, co dobre.
Zniszczył moją siłę, wypalił wspomnienia, odciął moje kontakty z bliskimi.
Nawet gdybym wrócił, nie byłbym już tą samą osobą, bo permanentnie się tu zmieniłem.
Zmarnowałem cały rok życia i w jeden rok stałem się kimś nie do poznania.

A problemy tylko się mnożą.
Po raz kolejny muszę szukać pracy, a boję się cholernie, bo nie potrafię nawet napisać głupiego CV, a tym bardziej pytać o pracę na mieście.
Dostałem ofertę robienia zdjęć w klubie nocnym, ale godziny są tak chujowe, że nie ma żadnego rozsądnego transportu i będę musiał wydawać fortunę na same dojazdy, nie wspominając o tym, że będę tłukł się z całym sprzętem w środku nocy przez miasto.
Do tego muszę się przeprowadzić szybciej niż myślałem, bo Rebecca nie może mieć współlokatorów przez wyjście Anglii z Unii.
Samo wyjście pozostawię, bo jestem cholernie wściekły i zawiedziony, a do tego boję się o moją przyszłość w tym kraju.
Z Bodziem nie mam już prawie w ogóle kontaktu, on sobie chyba poukładał życie na nowo, podczas gdy ja nie mam nawet siły wstać z łóżka w weekend.
Ostatnio miałem atak paniki i wydawało mi się, że ojciec mnie bije.
To wszystko wraca, wszystkie wspomnienia związane z rodzicami wracają i uświadamiają mi, że nie ma już miejsca dla mnie w ich domu, że już nie mam drogi powrotnej.

Matka Rebecci chce zniszczyć jej życie, bo dowiedziała się, że jest lesbijką.
Manipuluje nią i używa do tego jej młodszej siostry z problemami edukacyjnymi.
To wszystko jest tak popierdolone, a ja nie mam pojęcia, jak jej pomóc.

Nic nie idzie po mojej myśli mimo że robię wszystko, co w mojej mocy.
Nawet głupia terapia nie wypaliła, mimo że dzwonili do mnie.
Nie mogłem z nimi rozmawiać przez telefon w pracy i już się nie odezwali.
A zebrałem się w końcu na odwagę.

Ostatnia strzelanina w Orlando dała mi sporo do myślenia i zrobiłem coming out do Natalii i Denisa.
Zamierzałem nawet powiedzieć rodzicom, ale zbyt się boję, zwłaszcza po tym, co zrobiła matka Rebecci.
To okropne, że takie rzeczy wciąż się dzieją.
Na szczęście Denis i Natala okazali się kochani i zaakceptowali to, choć wątpię, że to całkowicie zrozumieli.

Ostatnio nie mogę się podnieść z łóżka, całymi dniami leżę.
Wczoraj po pracy po prostu zasnąłem i mimo że spałem paręnaście godzin nadal jestem zmęczony.
Czuję się jak chodzące zombie, a w pracy po prostu się wyłączam, włączam autopilota a moja dusza dysocjuje gdzieś daleko poza moje ciało, bo po prostu nie jestem w stanie znieść tego wszystkiego.
Do tego ktoś powiedział wszystkim, że idę na studia, i od tego czasu nikt nie daje mi żyć.

Ataki paniki się nasiliły, ostatnio praktycznie się duszę przez nie.

Nie wiem już, co mam robić, nie mam siły na nic.
Nie mogę wrócić do domu i nie mogę tu zostać.
Jestem w sytuacji bez wyjścia, w pułapce, którą sam na siebie ściągnąłem.
I nie mogę znikąd oczekiwać ratunku.

Chciałbym, żeby ktoś o tym wiedział. Żeby słyszał.

Za parę godzin przylatuje do mnie mój brat.
Znowu muszę zmusić się do udawania szczęśliwego i zapewniania mu rozrywki.

Boże, ja tak bardzo chcę zniknąć.

czwartek, 31 grudnia 2015

2015 part 1



Rety, jak zawsze strasznie długo tu nie pisałem.
Nie miałem kompletnie czasu ani siły, innej wymówki nie ma.
W każdym razie dziś ostatni dzień roku 2015 i wypadałoby choć cokolwiek napisać.
Teraz nabrałem trochę dystansu do minionych dni, więc łatwiej mi wszystko streścić.

Tak więc, 2015 był rokiem zmian.
Tak wiele się wydarzyło, dosłownie nie potrafię przypomnieć sobie wszystkiego.
201 był też absolutnie i bezsprzecznie wykańczającym rokiem, zarówno psychicznie, jak i fizycznie.
Pod każdym względem ten rok był jednym z najtrudniejszych, o ile nie najtrudniejszym, w moim życiu.

Przede wszystkim aplikowałem na studia w UK. Spędziłem wiele nocy na pisaniu wszystkiego, wybieraniu kierunków, przygotowywaniu się mentalnie na wyjazd.
Napisałem maturę. Zaniedbałem kompletnie powtórki z braku czasu, pochłonięty myśleniem o Anglii. Matura nigdy nie była dla mnie czymś chwalebnym, nigdy nie uznawałem jej za osiągnięcie. Mimo to przed samą maturą udzielił mi się wszechobecny stres i sam zacząłem się denerwować. Potem dotarło do mnie jednak, że matura to przecież nie koniec świata, a studia w Polsce to nie jedyna droga. Zajęło mi to dużo czasu, aby dorosnąć do tej myśli i wyrwać się z owczego pędu. Mimo nielicznych powtórek udało mi się bardzo porządnie wszystko zdać.
Dni przed samą maturą spędziliśmy z B. na naszych miejscówkach, rozmawiając o Polsce i czym dla nas jest ojczyzna. To niesamowite, jak bardzo obraz własnego kraju może się zmienić w obliczu przeprowadzki. Rozmawialiśmy o dzieciństwie, wspomnieniach.
W zakończenie roku nauczyciele powiedzieli mi bardzo wiele pięknych słów i rad. Dostałem stypendium, za które rodzice kupili mi tablet. W kwietniu wygrałem też konkurs z angielskiego i w nagrodę kupiłem sobie telefon. Swoją drogą, w tym roku wygrałem bardzo dużo pieniędzy i osiągnąłem trochę sukcesów w konkursach.
Wreszcie nadszedł czas przeprowadzki. Pożegnałem się ze wszystkimi, strasznie było mi żal. Ostatniego dnia przed wylotem poryczałem się w łóżku, brat przyszedł mnie pocieszać a ja nie mogłem przestać płakać. W dzień wyjazdu przyjechali do mnie Lis i Alex, tak dawno się nie widzieliśmy. Poszliśmy na koncert na rynek, były jakieś Dnia Miasta. Grało Afromental. Poryczałem się, bo chciałem być jak Łozo.
Widok mojej mamy płaczącej na lotnisku nadal siedzi mi w głowie i boli, cholernie boli. O kocie nawet nie wspominam.
***
Pierwsze tygodnie w Anglii były dziwne. Z jednej strony byliśmy podekscytowani, a z drugiej mieliśmy bardzo dużo spraw do załatwiania. Dzwonienie po bankach i dostawcach; agencja mieszkaniowa, która kompletnie nas wykiwała; niekompetencja ludzi i pierwsze negatywne wrażenia. Baliśmy się chodzić po mieście, co chwilę się gubiliśmy. Któregoś dnia chcieliśmy iść do baru, po czym siedzieliśmy parę godzin w parku przed nim. W końcu nie weszliśmy ze strachu, że nas nie wpuszczą.
Wtedy po raz pierwszy dopadła mnie samotność. Nagrywałem jeszcze wtedy videobloga i mniej więcej po tygodniu można zauważyć we mnie zmiany. Co chwilę płakałem z tęsknoty za domem, miałem bardzo dużo stresu na głowie, a do tego nie mieliśmy pracy. W domu nie było nic, wszystko musieliśmy wysłać paczką z Polski. Spaliśmy pod płaszczami, praliśmy w olejku cynamonowym. Do tego zaczęło nam brakować pieniędzy. Brak pracy spędzał mi sen z powiek, zaczynałem wariować. Do dziś uważam, że bezrobocie to koszmar i nie mam pojęcia, jak inni to wytrzymują. Doszło do tego, że chodziłem głodny i przez dwa tygodnie jadłem tosty. Rodzicom też kończyły się pieniądze i sami stwierdzili, że się przeliczyli z kosztami i że nie będą mogli mnie wspierać. I tak na samą przeprowadzkę wydali na pewno około 15 tysięcy.
Doświadczałem wtedy bardzo wielu emocji. Przede wszystkim czułem się tak, jakbym dopiero się urodził. Niby na to właśnie liczyłem w związku z przeprowadzką, na kompletne wymazanie mojej historii i rozpoczęcie życia na nowo. Nie miałem jednak pojęcia, że taka tabula rasa oznacza samotność i brak jakiegokolwiek punktu odniesienia. Musiałem nauczyć się całego życia od nowa, a przede wszystkim stworzyć siebie na nowo. Dla ludzi tutaj jestem kompletnie nikim, kolejnym imigrantem. Nikt mnie nie zna, nie zna mojej historii, nikt nie może mnie zrozumieć bo nikt nawet nie wie, jak wyglądało moje życie w Polsce. Muszę tutaj pisać siebie od nowa, a to wielka odpowiedzialność, bo wystarczy jeden błąd, a ludzie już wyrobią sobie o mnie opinię. Tutaj nikt nie wybacza, zostanę zapamiętany jako taka osoba, na jaką się wykreuję. Z jednej strony daje to poczucie wolności, bo sam mogę zadecydować o tym, co chcę o sobie ujawnić innym ludziom, ale na dłuższą metę jest to męczące. Brak poczucia tożsamości jest okropny. Nie mam tutaj dla kogo się starać, nie mam nikogo, z kim mógłbym dzielić się zainteresowaniami. Przez to odechciewa mi się robić cokolwiek. Kiedyś nawet z głupiej przekory chciałem się wyróżniać, być innym. Tutaj jestem i tak tylko częścią bezkształtnej, bezkulturowej masy różnych narodowości, które zamieszkują jakąś niczyją wyspę. Nie mam do kogo się porównać, a więc nie wiem, kim jestem. Dotarło do mnie, że własną tożsamość można określić tylko na zasadzie podobieństwa i różnic względem innych ludzi. Człowiek bez kontaktu z innymi staje się nijaki, jego wnętrze się rozpada. Przede wszystkim brakuje mi motywacji, aprobaty, bycia kimś dla kogoś. Pochwały mnie budowały, wspierały moją kreatywność i sprawiały, że chciałem robić coś jeszcze. Kiedyś miałem świadomość, że komuś w jakiś sposób pomagam. Tutaj stałem się typowym materialistą, nastawionym tylko na przetrwanie, tak jak wszyscy, którzy tu przyjeżdżają.

Anglia to iluzja i mit.
Doświadczam tego boleśnie każdego dnia.
Emigracja jest ciężka, a obcy kraj jest bardzo różny od domu.
O tym nie uczą w szkole. O tym nie mówią, kiedy zachęcają do pójścia na studia w UK.
Nie każdy tak samo tego doświadcza, być może to tylko ja jestem wrażliwcem, który za dużo myśli. Mimo to mam wrażenie, że istnieje jakieś zbiorowe doświadczenie emigracji, swego rodzaju brzemię, które musi udźwignąć każdy, kto wyjeżdża. Bo nie chodzi tylko o zmianę klimatu. Tutaj wszystko jest inne.
W Anglii wszystko jest jednorazowe, płytkie i krótkotrwałe.  Kontakty ludzie, związki, ambicje. Wszystko jest jak torby foliowe, które można użyć, a potem wyrzucić.
Wszystko jest gotowe i mdłe, zupełnie jak tutejsze jedzenie.
Angielska uprzejmość to kłamstwo, a na dłuższą metę staje się ona irytująca.
Anglicy pytają cię, jak się masz, choć tak naprawdę nie chcą tego wiedzieć, to po prostu ich zwyczaj. A ty musisz odpowiedzieć, że wszystko w porządku, nawet jeśli w środku płoniesz.
Anglicy będą udawać, że cię lubią, aby dobrze się bawić na imprezie czy na jakimś spotkaniu. Zapomnij, że kiedykolwiek jeszcze się do ciebie odezwą. Albo zwyczajnie cię zignorują, albo nawymyślają bzdur. W końcu i tak nauczysz się, że musisz tak samo traktować innych ludzi.
Anglicy są bardzo wycofani i nie okazują wiele emocji. Polacy pod tym względem są mi bliżsi, ponieważ my jako naród jesteśmy bardzo szczerzy i surowi w swoich poglądach i tym, co czujemy. W Polsce jest wiele konfliktów właśnie z tego powodu. Polak zawsze powie ci, co myśli, nawet jeśli przy okazji obrzuci cię przekleństwami. Anglicy są tego zupełnym przeciwieństwem – będą udawać, dopóki nie dasz im spokoju, albo rzucać ci niejasne wskazówki i liczyć, że może coś z tego złapiesz. Ich tradycyjna uprzejmość nie pozwala im na jasne wyrażanie dezaprobaty czy gniewu, a więc nawet odmowę przedstawią w taki sposób, że nie zrozumiesz, co właściwie zostało powiedziane.
Anglicy wierzą w system klasowy. Jest to jedna z rzeczy, na którą nie mogę się zgodzić i która jest dla mnie zupełnie abstrakcyjna. Wiele rodzin nadal uważa się za ‘klasę wyższą’, przez co chce mi się śmiać, bo w Polsce nie ma czegoś takiego – wszyscy są jednakowo biedni.
Anglicy piją alkohol przy każdej możliwej okazji, przy czym nie piją wódki lecz piwo, nawet w Święta.
W Anglii nic nie jest logiczne i już nawet przestałem się doszukiwać racjonalnego myślenia w tym kraju. Osobne krany na ciepłą i zimną wodę, lewostronny ruch uliczny, niejasne przepisy. A myślałem, że w Polsce jest trudno. Owszem, w Polsce biurokracja jest czymś nie do zniesienia, jednak przynajmniej każdy o tym wie. W Anglii wszystkie urzędowe sprawy wydają się łatwe, jeśli to ty chcesz gdzieś umieścić swoje pieniądze, natomiast jeśli chcesz te pieniądze odzyskać – nagle zaczynają się schody. Porównałbym to do cyrografu, którego podpisanie jest dziecinnie proste, ale rozwiązanie go niemożliwe. Nie zliczę ile razy musiałem wykłócać się o coś, co mi się należało i ile nerwów straciłem, użerając się z agencją o taką pierdołę jak drugi komplet kluczy.
Stereotyp Polaka-cebulaka, który wyjechał tylko za pieniędzmi, jest ciągle żywy i prawdziwy. Irytuje mnie to, ponieważ ci ludzie najczęściej się nie socjalizują, a zamiast tego próbują tworzyć tu jakieś małe kolonie, napędzane tylko pieniędzmi. Anglicy nadal widzą nas jako podwładnych, którzy będą zapierdalać i robić nadgodziny, aby tylko być na takim samym poziomie finansowym co Anglicy. Oczywiście nigdy się to nie udaje, a mam wrażenie, że Anglicy się z nas po cichu śmieją, że ‘biedne Polaczki tak zapieprzają’. Nie żal mi jednak tych Polaków, bo w życiu nie spotkałem takiego poziomu rasizmu, homofobii i ogólnego braku kultury i jakiejkolwiek wiedzy o świecie. Wciąż nie rozumiem, jakim cudem takie osoby wyjeżdżają do tak wielokulturowego państwa.
Co do wielokulturowości, to mam wrażenie, że Anglicy nie mają swojej tradycji i kultury. Mieszkańcu UK pochodzą z wielu krajów i nawet jeśli się tu urodzili, wciąż nie są częścią europejskiego dziedzictwa. Polska pod tym względem się wyróżnia, u nas każdy potrafi rozpoznać drugiego Polaka. Mamy swoje potrawy narodowe, przysłowia, znane piosenki, tradycje. W UK wszystko się rozmyło w wyniku napływu innych kultur. Mam wrażenie, że jest to ziemia niczyja i nawet trochę współczuję Anglikom, ponieważ tylko tradycja i kultura potrafią tak silnie połączyć ludzi. Może to właśnie dlatego Anglicy mają takie podejście do innych ludzi.
Wracając do wydarzeń z mojego życia.
Po wielu nieudanych próbach wysyłania CV wreszcie dostałem pracę. Tata podesłał mi jakąś ofertę, zaaplikowałem i poszedłem na wywiad. Okazało się, że moją przełożoną była Polka, a w firmie pracuje bardzo dużo Polaków. Na początku było ciężko. Nie robiłem nic specjalnego i nie czułem się potrzebny.  W każdej chwili mógłbym zostać zastąpiony, a do tego nie umiałem odnaleźć się w biurze. Dojazdy zajmują mi półtora godziny w jedną stronę, co bardzo odbiło się na moim zdrowiu. Nie rozumiałem tutejszego akcentu, co bardzo zburzyło mi pewność siebie w zakresie języka, a jest to przecież jedyna rzecz, z której jestem zadowolony w sobie. Do tego wszystkiego agencja mi nie płaciła, nie dostałem pieniędzy za wolne i za chorobowe. Chciałem się wykłócać, ale bałem się, że stracę pracę. W końcu zrozumiałem, że tak właśnie wygląda „praca po znajomości”. Szefowa agencji najwyraźniej uznała, że Polaczki będą pracować za psie pieniądze i nie będę miał odwagi, by się przeciwstawić. Najgorsze jest to, że każdy w firmie wie, jak beznadziejna jest ta agencja i że okrada ludzi, jednak nikt nie potrafi z tym nic zrobić.

C.D.N.