Rety, jak zawsze strasznie długo tu nie pisałem.
Nie miałem kompletnie czasu ani siły, innej wymówki nie ma.
W każdym razie dziś ostatni dzień roku 2015 i wypadałoby choć
cokolwiek napisać.
Teraz nabrałem trochę dystansu do minionych dni, więc łatwiej mi
wszystko streścić.
Tak więc, 2015 był rokiem zmian.
Tak wiele się wydarzyło, dosłownie nie potrafię przypomnieć sobie
wszystkiego.
201 był też absolutnie i bezsprzecznie wykańczającym rokiem,
zarówno psychicznie, jak i fizycznie.
Pod każdym względem ten rok był jednym z najtrudniejszych, o ile
nie najtrudniejszym, w moim życiu.
Przede wszystkim aplikowałem na studia w UK. Spędziłem wiele nocy
na pisaniu wszystkiego, wybieraniu kierunków, przygotowywaniu się mentalnie na
wyjazd.
Napisałem maturę. Zaniedbałem kompletnie powtórki z braku czasu,
pochłonięty myśleniem o Anglii. Matura nigdy nie była dla mnie czymś
chwalebnym, nigdy nie uznawałem jej za osiągnięcie. Mimo to przed samą maturą
udzielił mi się wszechobecny stres i sam zacząłem się denerwować. Potem dotarło
do mnie jednak, że matura to przecież nie koniec świata, a studia w Polsce to
nie jedyna droga. Zajęło mi to dużo czasu, aby dorosnąć do tej myśli i wyrwać
się z owczego pędu. Mimo nielicznych powtórek udało mi się bardzo porządnie
wszystko zdać.
Dni przed samą maturą spędziliśmy z B. na naszych miejscówkach,
rozmawiając o Polsce i czym dla nas jest ojczyzna. To niesamowite, jak bardzo
obraz własnego kraju może się zmienić w obliczu przeprowadzki. Rozmawialiśmy o
dzieciństwie, wspomnieniach.
W zakończenie roku nauczyciele powiedzieli mi bardzo wiele pięknych
słów i rad. Dostałem stypendium, za które rodzice kupili mi tablet. W kwietniu
wygrałem też konkurs z angielskiego i w nagrodę kupiłem sobie telefon. Swoją
drogą, w tym roku wygrałem bardzo dużo pieniędzy i osiągnąłem trochę sukcesów w
konkursach.
Wreszcie nadszedł czas przeprowadzki. Pożegnałem się ze wszystkimi,
strasznie było mi żal. Ostatniego dnia przed wylotem poryczałem się w łóżku,
brat przyszedł mnie pocieszać a ja nie mogłem przestać płakać. W dzień wyjazdu
przyjechali do mnie Lis i Alex, tak dawno się nie widzieliśmy. Poszliśmy na
koncert na rynek, były jakieś Dnia Miasta. Grało Afromental. Poryczałem się, bo
chciałem być jak Łozo.
Widok mojej mamy
płaczącej na lotnisku nadal siedzi mi w głowie i boli, cholernie boli. O kocie
nawet nie wspominam.
***
Pierwsze tygodnie w Anglii były dziwne. Z jednej strony byliśmy podekscytowani,
a z drugiej mieliśmy bardzo dużo spraw do załatwiania. Dzwonienie po bankach i
dostawcach; agencja mieszkaniowa, która kompletnie nas wykiwała; niekompetencja
ludzi i pierwsze negatywne wrażenia. Baliśmy się chodzić po mieście, co chwilę
się gubiliśmy. Któregoś dnia chcieliśmy iść do baru, po czym siedzieliśmy parę
godzin w parku przed nim. W końcu nie weszliśmy ze strachu, że nas nie
wpuszczą.
Wtedy po raz pierwszy dopadła mnie samotność. Nagrywałem jeszcze
wtedy videobloga i mniej więcej po tygodniu można zauważyć we mnie zmiany. Co
chwilę płakałem z tęsknoty za domem, miałem bardzo dużo stresu na głowie, a do
tego nie mieliśmy pracy. W domu nie było nic, wszystko musieliśmy wysłać paczką
z Polski. Spaliśmy pod płaszczami, praliśmy w olejku cynamonowym. Do tego
zaczęło nam brakować pieniędzy. Brak pracy spędzał mi sen z powiek, zaczynałem
wariować. Do dziś uważam, że bezrobocie to koszmar i nie mam pojęcia, jak inni
to wytrzymują. Doszło do tego, że chodziłem głodny i przez dwa tygodnie jadłem
tosty. Rodzicom też kończyły się pieniądze i sami stwierdzili, że się
przeliczyli z kosztami i że nie będą mogli mnie wspierać. I tak na samą
przeprowadzkę wydali na pewno około 15 tysięcy.
Doświadczałem wtedy bardzo wielu emocji. Przede wszystkim czułem
się tak, jakbym dopiero się urodził. Niby na to właśnie liczyłem w związku z
przeprowadzką, na kompletne wymazanie mojej historii i rozpoczęcie życia na
nowo. Nie miałem jednak pojęcia, że taka tabula rasa oznacza samotność i brak
jakiegokolwiek punktu odniesienia. Musiałem nauczyć się całego życia od nowa, a
przede wszystkim stworzyć siebie na nowo. Dla ludzi tutaj jestem kompletnie
nikim, kolejnym imigrantem. Nikt mnie nie zna, nie zna mojej historii, nikt nie
może mnie zrozumieć bo nikt nawet nie wie, jak wyglądało moje życie w Polsce.
Muszę tutaj pisać siebie od nowa, a to wielka odpowiedzialność, bo wystarczy
jeden błąd, a ludzie już wyrobią sobie o mnie opinię. Tutaj nikt nie wybacza,
zostanę zapamiętany jako taka osoba, na jaką się wykreuję. Z jednej strony daje
to poczucie wolności, bo sam mogę zadecydować o tym, co chcę o sobie ujawnić innym
ludziom, ale na dłuższą metę jest to męczące. Brak poczucia tożsamości jest
okropny. Nie mam tutaj dla kogo się starać, nie mam nikogo, z kim mógłbym
dzielić się zainteresowaniami. Przez to odechciewa mi się robić cokolwiek.
Kiedyś nawet z głupiej przekory chciałem się wyróżniać, być innym. Tutaj jestem
i tak tylko częścią bezkształtnej, bezkulturowej masy różnych narodowości,
które zamieszkują jakąś niczyją wyspę. Nie mam do kogo się porównać, a więc nie
wiem, kim jestem. Dotarło do mnie, że własną tożsamość można określić tylko na
zasadzie podobieństwa i różnic względem innych ludzi. Człowiek bez kontaktu z
innymi staje się nijaki, jego wnętrze się rozpada. Przede wszystkim brakuje mi
motywacji, aprobaty, bycia kimś dla kogoś. Pochwały mnie budowały, wspierały
moją kreatywność i sprawiały, że chciałem robić coś jeszcze. Kiedyś miałem
świadomość, że komuś w jakiś sposób pomagam. Tutaj stałem się typowym
materialistą, nastawionym tylko na przetrwanie, tak jak wszyscy, którzy tu przyjeżdżają.
Anglia to iluzja i mit.
Doświadczam tego boleśnie każdego dnia.
Emigracja jest ciężka, a obcy kraj jest bardzo różny od domu.
O tym nie uczą w szkole. O tym nie mówią, kiedy zachęcają do
pójścia na studia w UK.
Nie każdy tak samo tego doświadcza, być może to tylko ja jestem
wrażliwcem, który za dużo myśli. Mimo to mam wrażenie, że istnieje jakieś
zbiorowe doświadczenie emigracji, swego rodzaju brzemię, które musi udźwignąć
każdy, kto wyjeżdża. Bo nie chodzi tylko o zmianę klimatu. Tutaj wszystko jest
inne.
W Anglii wszystko jest jednorazowe, płytkie i krótkotrwałe. Kontakty ludzie, związki, ambicje. Wszystko
jest jak torby foliowe, które można użyć, a potem wyrzucić.
Wszystko jest gotowe i mdłe, zupełnie jak tutejsze jedzenie.
Angielska uprzejmość to kłamstwo, a na dłuższą metę staje się ona
irytująca.
Anglicy pytają cię, jak się masz, choć tak naprawdę nie chcą tego
wiedzieć, to po prostu ich zwyczaj. A ty musisz odpowiedzieć, że wszystko w
porządku, nawet jeśli w środku płoniesz.
Anglicy będą udawać, że cię lubią, aby dobrze się bawić na imprezie
czy na jakimś spotkaniu. Zapomnij, że kiedykolwiek jeszcze się do ciebie
odezwą. Albo zwyczajnie cię zignorują, albo nawymyślają bzdur. W końcu i tak
nauczysz się, że musisz tak samo traktować innych ludzi.
Anglicy są bardzo wycofani i nie okazują wiele emocji. Polacy pod
tym względem są mi bliżsi, ponieważ my jako naród jesteśmy bardzo szczerzy i
surowi w swoich poglądach i tym, co czujemy. W Polsce jest wiele konfliktów
właśnie z tego powodu. Polak zawsze powie ci, co myśli, nawet jeśli przy okazji
obrzuci cię przekleństwami. Anglicy są tego zupełnym przeciwieństwem – będą udawać,
dopóki nie dasz im spokoju, albo rzucać ci niejasne wskazówki i liczyć, że może
coś z tego złapiesz. Ich tradycyjna uprzejmość nie pozwala im na jasne
wyrażanie dezaprobaty czy gniewu, a więc nawet odmowę przedstawią w taki
sposób, że nie zrozumiesz, co właściwie zostało powiedziane.
Anglicy wierzą w system klasowy. Jest to jedna z rzeczy, na którą
nie mogę się zgodzić i która jest dla mnie zupełnie abstrakcyjna. Wiele rodzin
nadal uważa się za ‘klasę wyższą’, przez co chce mi się śmiać, bo w Polsce nie
ma czegoś takiego – wszyscy są jednakowo biedni.
Anglicy piją alkohol przy każdej możliwej okazji, przy czym nie
piją wódki lecz piwo, nawet w Święta.
W Anglii nic nie jest logiczne i już nawet przestałem się
doszukiwać racjonalnego myślenia w tym kraju. Osobne krany na ciepłą i zimną
wodę, lewostronny ruch uliczny, niejasne przepisy. A myślałem, że w Polsce jest
trudno. Owszem, w Polsce biurokracja jest czymś nie do zniesienia, jednak
przynajmniej każdy o tym wie. W Anglii wszystkie urzędowe sprawy wydają się
łatwe, jeśli to ty chcesz gdzieś umieścić swoje pieniądze, natomiast jeśli
chcesz te pieniądze odzyskać – nagle zaczynają się schody. Porównałbym to do
cyrografu, którego podpisanie jest dziecinnie proste, ale rozwiązanie go
niemożliwe. Nie zliczę ile razy musiałem wykłócać się o coś, co mi się należało
i ile nerwów straciłem, użerając się z agencją o taką pierdołę jak drugi
komplet kluczy.
Stereotyp Polaka-cebulaka, który wyjechał tylko za pieniędzmi, jest
ciągle żywy i prawdziwy. Irytuje mnie to, ponieważ ci ludzie najczęściej się
nie socjalizują, a zamiast tego próbują tworzyć tu jakieś małe kolonie,
napędzane tylko pieniędzmi. Anglicy nadal widzą nas jako podwładnych, którzy
będą zapierdalać i robić nadgodziny, aby tylko być na takim samym poziomie
finansowym co Anglicy. Oczywiście nigdy się to nie udaje, a mam wrażenie, że
Anglicy się z nas po cichu śmieją, że ‘biedne Polaczki tak zapieprzają’. Nie
żal mi jednak tych Polaków, bo w życiu nie spotkałem takiego poziomu rasizmu,
homofobii i ogólnego braku kultury i jakiejkolwiek wiedzy o świecie. Wciąż nie
rozumiem, jakim cudem takie osoby wyjeżdżają do tak wielokulturowego państwa.
Co do wielokulturowości, to mam wrażenie, że Anglicy nie mają
swojej tradycji i kultury. Mieszkańcu UK pochodzą z wielu krajów i nawet jeśli
się tu urodzili, wciąż nie są częścią europejskiego dziedzictwa. Polska pod tym
względem się wyróżnia, u nas każdy potrafi rozpoznać drugiego Polaka. Mamy
swoje potrawy narodowe, przysłowia, znane piosenki, tradycje. W UK wszystko się
rozmyło w wyniku napływu innych kultur. Mam wrażenie, że jest to ziemia niczyja
i nawet trochę współczuję Anglikom, ponieważ tylko tradycja i kultura potrafią
tak silnie połączyć ludzi. Może to właśnie dlatego Anglicy mają takie podejście
do innych ludzi.
Wracając do wydarzeń z mojego życia.
Po wielu nieudanych próbach wysyłania CV wreszcie dostałem pracę. Tata
podesłał mi jakąś ofertę, zaaplikowałem i poszedłem na wywiad. Okazało się, że
moją przełożoną była Polka, a w firmie pracuje bardzo dużo Polaków. Na początku
było ciężko. Nie robiłem nic specjalnego i nie czułem się potrzebny. W każdej chwili mógłbym zostać zastąpiony, a
do tego nie umiałem odnaleźć się w biurze. Dojazdy zajmują mi półtora godziny w
jedną stronę, co bardzo odbiło się na moim zdrowiu. Nie rozumiałem tutejszego
akcentu, co bardzo zburzyło mi pewność siebie w zakresie języka, a jest to
przecież jedyna rzecz, z której jestem zadowolony w sobie. Do tego wszystkiego
agencja mi nie płaciła, nie dostałem pieniędzy za wolne i za chorobowe.
Chciałem się wykłócać, ale bałem się, że stracę pracę. W końcu zrozumiałem, że
tak właśnie wygląda „praca po znajomości”. Szefowa agencji najwyraźniej uznała,
że Polaczki będą pracować za psie pieniądze i nie będę miał odwagi, by się
przeciwstawić. Najgorsze jest to, że każdy w firmie wie, jak beznadziejna jest
ta agencja i że okrada ludzi, jednak nikt nie potrafi z tym nic zrobić.
C.D.N.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz