czwartek, 31 grudnia 2015

2015 part 1



Rety, jak zawsze strasznie długo tu nie pisałem.
Nie miałem kompletnie czasu ani siły, innej wymówki nie ma.
W każdym razie dziś ostatni dzień roku 2015 i wypadałoby choć cokolwiek napisać.
Teraz nabrałem trochę dystansu do minionych dni, więc łatwiej mi wszystko streścić.

Tak więc, 2015 był rokiem zmian.
Tak wiele się wydarzyło, dosłownie nie potrafię przypomnieć sobie wszystkiego.
201 był też absolutnie i bezsprzecznie wykańczającym rokiem, zarówno psychicznie, jak i fizycznie.
Pod każdym względem ten rok był jednym z najtrudniejszych, o ile nie najtrudniejszym, w moim życiu.

Przede wszystkim aplikowałem na studia w UK. Spędziłem wiele nocy na pisaniu wszystkiego, wybieraniu kierunków, przygotowywaniu się mentalnie na wyjazd.
Napisałem maturę. Zaniedbałem kompletnie powtórki z braku czasu, pochłonięty myśleniem o Anglii. Matura nigdy nie była dla mnie czymś chwalebnym, nigdy nie uznawałem jej za osiągnięcie. Mimo to przed samą maturą udzielił mi się wszechobecny stres i sam zacząłem się denerwować. Potem dotarło do mnie jednak, że matura to przecież nie koniec świata, a studia w Polsce to nie jedyna droga. Zajęło mi to dużo czasu, aby dorosnąć do tej myśli i wyrwać się z owczego pędu. Mimo nielicznych powtórek udało mi się bardzo porządnie wszystko zdać.
Dni przed samą maturą spędziliśmy z B. na naszych miejscówkach, rozmawiając o Polsce i czym dla nas jest ojczyzna. To niesamowite, jak bardzo obraz własnego kraju może się zmienić w obliczu przeprowadzki. Rozmawialiśmy o dzieciństwie, wspomnieniach.
W zakończenie roku nauczyciele powiedzieli mi bardzo wiele pięknych słów i rad. Dostałem stypendium, za które rodzice kupili mi tablet. W kwietniu wygrałem też konkurs z angielskiego i w nagrodę kupiłem sobie telefon. Swoją drogą, w tym roku wygrałem bardzo dużo pieniędzy i osiągnąłem trochę sukcesów w konkursach.
Wreszcie nadszedł czas przeprowadzki. Pożegnałem się ze wszystkimi, strasznie było mi żal. Ostatniego dnia przed wylotem poryczałem się w łóżku, brat przyszedł mnie pocieszać a ja nie mogłem przestać płakać. W dzień wyjazdu przyjechali do mnie Lis i Alex, tak dawno się nie widzieliśmy. Poszliśmy na koncert na rynek, były jakieś Dnia Miasta. Grało Afromental. Poryczałem się, bo chciałem być jak Łozo.
Widok mojej mamy płaczącej na lotnisku nadal siedzi mi w głowie i boli, cholernie boli. O kocie nawet nie wspominam.
***
Pierwsze tygodnie w Anglii były dziwne. Z jednej strony byliśmy podekscytowani, a z drugiej mieliśmy bardzo dużo spraw do załatwiania. Dzwonienie po bankach i dostawcach; agencja mieszkaniowa, która kompletnie nas wykiwała; niekompetencja ludzi i pierwsze negatywne wrażenia. Baliśmy się chodzić po mieście, co chwilę się gubiliśmy. Któregoś dnia chcieliśmy iść do baru, po czym siedzieliśmy parę godzin w parku przed nim. W końcu nie weszliśmy ze strachu, że nas nie wpuszczą.
Wtedy po raz pierwszy dopadła mnie samotność. Nagrywałem jeszcze wtedy videobloga i mniej więcej po tygodniu można zauważyć we mnie zmiany. Co chwilę płakałem z tęsknoty za domem, miałem bardzo dużo stresu na głowie, a do tego nie mieliśmy pracy. W domu nie było nic, wszystko musieliśmy wysłać paczką z Polski. Spaliśmy pod płaszczami, praliśmy w olejku cynamonowym. Do tego zaczęło nam brakować pieniędzy. Brak pracy spędzał mi sen z powiek, zaczynałem wariować. Do dziś uważam, że bezrobocie to koszmar i nie mam pojęcia, jak inni to wytrzymują. Doszło do tego, że chodziłem głodny i przez dwa tygodnie jadłem tosty. Rodzicom też kończyły się pieniądze i sami stwierdzili, że się przeliczyli z kosztami i że nie będą mogli mnie wspierać. I tak na samą przeprowadzkę wydali na pewno około 15 tysięcy.
Doświadczałem wtedy bardzo wielu emocji. Przede wszystkim czułem się tak, jakbym dopiero się urodził. Niby na to właśnie liczyłem w związku z przeprowadzką, na kompletne wymazanie mojej historii i rozpoczęcie życia na nowo. Nie miałem jednak pojęcia, że taka tabula rasa oznacza samotność i brak jakiegokolwiek punktu odniesienia. Musiałem nauczyć się całego życia od nowa, a przede wszystkim stworzyć siebie na nowo. Dla ludzi tutaj jestem kompletnie nikim, kolejnym imigrantem. Nikt mnie nie zna, nie zna mojej historii, nikt nie może mnie zrozumieć bo nikt nawet nie wie, jak wyglądało moje życie w Polsce. Muszę tutaj pisać siebie od nowa, a to wielka odpowiedzialność, bo wystarczy jeden błąd, a ludzie już wyrobią sobie o mnie opinię. Tutaj nikt nie wybacza, zostanę zapamiętany jako taka osoba, na jaką się wykreuję. Z jednej strony daje to poczucie wolności, bo sam mogę zadecydować o tym, co chcę o sobie ujawnić innym ludziom, ale na dłuższą metę jest to męczące. Brak poczucia tożsamości jest okropny. Nie mam tutaj dla kogo się starać, nie mam nikogo, z kim mógłbym dzielić się zainteresowaniami. Przez to odechciewa mi się robić cokolwiek. Kiedyś nawet z głupiej przekory chciałem się wyróżniać, być innym. Tutaj jestem i tak tylko częścią bezkształtnej, bezkulturowej masy różnych narodowości, które zamieszkują jakąś niczyją wyspę. Nie mam do kogo się porównać, a więc nie wiem, kim jestem. Dotarło do mnie, że własną tożsamość można określić tylko na zasadzie podobieństwa i różnic względem innych ludzi. Człowiek bez kontaktu z innymi staje się nijaki, jego wnętrze się rozpada. Przede wszystkim brakuje mi motywacji, aprobaty, bycia kimś dla kogoś. Pochwały mnie budowały, wspierały moją kreatywność i sprawiały, że chciałem robić coś jeszcze. Kiedyś miałem świadomość, że komuś w jakiś sposób pomagam. Tutaj stałem się typowym materialistą, nastawionym tylko na przetrwanie, tak jak wszyscy, którzy tu przyjeżdżają.

Anglia to iluzja i mit.
Doświadczam tego boleśnie każdego dnia.
Emigracja jest ciężka, a obcy kraj jest bardzo różny od domu.
O tym nie uczą w szkole. O tym nie mówią, kiedy zachęcają do pójścia na studia w UK.
Nie każdy tak samo tego doświadcza, być może to tylko ja jestem wrażliwcem, który za dużo myśli. Mimo to mam wrażenie, że istnieje jakieś zbiorowe doświadczenie emigracji, swego rodzaju brzemię, które musi udźwignąć każdy, kto wyjeżdża. Bo nie chodzi tylko o zmianę klimatu. Tutaj wszystko jest inne.
W Anglii wszystko jest jednorazowe, płytkie i krótkotrwałe.  Kontakty ludzie, związki, ambicje. Wszystko jest jak torby foliowe, które można użyć, a potem wyrzucić.
Wszystko jest gotowe i mdłe, zupełnie jak tutejsze jedzenie.
Angielska uprzejmość to kłamstwo, a na dłuższą metę staje się ona irytująca.
Anglicy pytają cię, jak się masz, choć tak naprawdę nie chcą tego wiedzieć, to po prostu ich zwyczaj. A ty musisz odpowiedzieć, że wszystko w porządku, nawet jeśli w środku płoniesz.
Anglicy będą udawać, że cię lubią, aby dobrze się bawić na imprezie czy na jakimś spotkaniu. Zapomnij, że kiedykolwiek jeszcze się do ciebie odezwą. Albo zwyczajnie cię zignorują, albo nawymyślają bzdur. W końcu i tak nauczysz się, że musisz tak samo traktować innych ludzi.
Anglicy są bardzo wycofani i nie okazują wiele emocji. Polacy pod tym względem są mi bliżsi, ponieważ my jako naród jesteśmy bardzo szczerzy i surowi w swoich poglądach i tym, co czujemy. W Polsce jest wiele konfliktów właśnie z tego powodu. Polak zawsze powie ci, co myśli, nawet jeśli przy okazji obrzuci cię przekleństwami. Anglicy są tego zupełnym przeciwieństwem – będą udawać, dopóki nie dasz im spokoju, albo rzucać ci niejasne wskazówki i liczyć, że może coś z tego złapiesz. Ich tradycyjna uprzejmość nie pozwala im na jasne wyrażanie dezaprobaty czy gniewu, a więc nawet odmowę przedstawią w taki sposób, że nie zrozumiesz, co właściwie zostało powiedziane.
Anglicy wierzą w system klasowy. Jest to jedna z rzeczy, na którą nie mogę się zgodzić i która jest dla mnie zupełnie abstrakcyjna. Wiele rodzin nadal uważa się za ‘klasę wyższą’, przez co chce mi się śmiać, bo w Polsce nie ma czegoś takiego – wszyscy są jednakowo biedni.
Anglicy piją alkohol przy każdej możliwej okazji, przy czym nie piją wódki lecz piwo, nawet w Święta.
W Anglii nic nie jest logiczne i już nawet przestałem się doszukiwać racjonalnego myślenia w tym kraju. Osobne krany na ciepłą i zimną wodę, lewostronny ruch uliczny, niejasne przepisy. A myślałem, że w Polsce jest trudno. Owszem, w Polsce biurokracja jest czymś nie do zniesienia, jednak przynajmniej każdy o tym wie. W Anglii wszystkie urzędowe sprawy wydają się łatwe, jeśli to ty chcesz gdzieś umieścić swoje pieniądze, natomiast jeśli chcesz te pieniądze odzyskać – nagle zaczynają się schody. Porównałbym to do cyrografu, którego podpisanie jest dziecinnie proste, ale rozwiązanie go niemożliwe. Nie zliczę ile razy musiałem wykłócać się o coś, co mi się należało i ile nerwów straciłem, użerając się z agencją o taką pierdołę jak drugi komplet kluczy.
Stereotyp Polaka-cebulaka, który wyjechał tylko za pieniędzmi, jest ciągle żywy i prawdziwy. Irytuje mnie to, ponieważ ci ludzie najczęściej się nie socjalizują, a zamiast tego próbują tworzyć tu jakieś małe kolonie, napędzane tylko pieniędzmi. Anglicy nadal widzą nas jako podwładnych, którzy będą zapierdalać i robić nadgodziny, aby tylko być na takim samym poziomie finansowym co Anglicy. Oczywiście nigdy się to nie udaje, a mam wrażenie, że Anglicy się z nas po cichu śmieją, że ‘biedne Polaczki tak zapieprzają’. Nie żal mi jednak tych Polaków, bo w życiu nie spotkałem takiego poziomu rasizmu, homofobii i ogólnego braku kultury i jakiejkolwiek wiedzy o świecie. Wciąż nie rozumiem, jakim cudem takie osoby wyjeżdżają do tak wielokulturowego państwa.
Co do wielokulturowości, to mam wrażenie, że Anglicy nie mają swojej tradycji i kultury. Mieszkańcu UK pochodzą z wielu krajów i nawet jeśli się tu urodzili, wciąż nie są częścią europejskiego dziedzictwa. Polska pod tym względem się wyróżnia, u nas każdy potrafi rozpoznać drugiego Polaka. Mamy swoje potrawy narodowe, przysłowia, znane piosenki, tradycje. W UK wszystko się rozmyło w wyniku napływu innych kultur. Mam wrażenie, że jest to ziemia niczyja i nawet trochę współczuję Anglikom, ponieważ tylko tradycja i kultura potrafią tak silnie połączyć ludzi. Może to właśnie dlatego Anglicy mają takie podejście do innych ludzi.
Wracając do wydarzeń z mojego życia.
Po wielu nieudanych próbach wysyłania CV wreszcie dostałem pracę. Tata podesłał mi jakąś ofertę, zaaplikowałem i poszedłem na wywiad. Okazało się, że moją przełożoną była Polka, a w firmie pracuje bardzo dużo Polaków. Na początku było ciężko. Nie robiłem nic specjalnego i nie czułem się potrzebny.  W każdej chwili mógłbym zostać zastąpiony, a do tego nie umiałem odnaleźć się w biurze. Dojazdy zajmują mi półtora godziny w jedną stronę, co bardzo odbiło się na moim zdrowiu. Nie rozumiałem tutejszego akcentu, co bardzo zburzyło mi pewność siebie w zakresie języka, a jest to przecież jedyna rzecz, z której jestem zadowolony w sobie. Do tego wszystkiego agencja mi nie płaciła, nie dostałem pieniędzy za wolne i za chorobowe. Chciałem się wykłócać, ale bałem się, że stracę pracę. W końcu zrozumiałem, że tak właśnie wygląda „praca po znajomości”. Szefowa agencji najwyraźniej uznała, że Polaczki będą pracować za psie pieniądze i nie będę miał odwagi, by się przeciwstawić. Najgorsze jest to, że każdy w firmie wie, jak beznadziejna jest ta agencja i że okrada ludzi, jednak nikt nie potrafi z tym nic zrobić.

C.D.N.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz