A więc dziś mija 5 lat odkąd przeprowadziłem się do Anglii. W tym czasie tak wiele się zmieniło, nie wiem nawet, od czego zacząć.
Jestem teraz w o wiele lepszym miejscu niż w 2015 roku, przynajmniej mentalnie. Jestem out wśród rodziny i przyjaciół a w dodatku mam wspierające otoczenie - coś, o czym ja sprzed 5 lat nawet nie marzył. To niesamowite, że wreszcie mogę żyć jako ja, jestem na hormonach i generalnie jestem akceptowany, nawet przez babcię (z którą zresztą mam teraz super kontakt).
Kiedy pomyślę o tym, jak się czułem jeszcze 4 czy 5 lat temu robi mi się przykro, ale jednocześnie czuję poczucie dumy. Wiem, że moja droga do tego miejsca nie była łatwa. I być może wciąż nie jestem jeszcze tam, gdzie chciałbym być, ale moje zdrowie psychiczne i moja samoświadomość definitywnie się polepszyły.
5 lat temu byłem schowanym w szafie, przerażonym dzieciakiem, który musiał szybko dorosnąć i którego ta dorosłość przerastała. Miałem próbę samobójczą, zostałem porzucony przez M., nienawidziłem swojej pracy (w której zresztą miałem samych rasistów) i generalnie nie robiłem ze sobą nic oprócz picia co tydzień, złych nawyków i czucia się jak gówno.
4 lata temu zacząłem studia jako ostatnią deskę ratunku przed zgorzkniałością dorosłym światem i związanej z nim rutyną. Studia okazały się świetne, poznałem fajnych ludzi, choć wciąż nienawidziłem swojej pracy, byłem daleko od bycia na właściwych hormonach i lekach, a moje zdrowie psychiczne wciąż było kijowe. Do tego mieszkałem z fałszywymi ludźmi i wiele razy się na ludziach zawiodłem.
3 i 2 lata temu nadal byłem na studiach, a dziś jestem prawie rok po zakończeniu i choć wciąż jest średnio z finansami, czuję się o wiele lepiej sam ze sobą. Znalazłam swoją duchowość, rozwijam powoli swoją malutką działalność graficzną i generalnie cieszę się ze zmian, jakie przynosi HRT. Mieszkam z przyjaciółką i w sumie jest mi naprawdę ok.
Jeśli miałbym na coś narzekać to definitywnie na brak kontaktu z ludźmi z Polski, choć nie powiem, że się nie starałem i nie staram nadal. Polska jest obecnie w jeszcze większej dupie niż Anglia i serio nie wiem, jak kiedykolwiek mogłem tam żyć.
Anglia to iluzja i mit, jak już zresztą kiedyś pisałem, ale jednak doceniam fakt, że wciąż tutaj jestem.
A do M i wszystkich, którzy mówili mi, że nigdy nie będę nikim, że się poddam, że nie dam rady: hej. mam nadzieję, że udowodnię wam, że się myliliście.
---
Kyle
poniedziałek, 18 maja 2020
sobota, 25 kwietnia 2020
witnessing apocalypse in my lifetime
jesteśmy w naprawdę dziwnych czasach. na świecie panuje masowa epidemia koronawirusa, który zabija tysiące osób. wszyscy są zmuszeni siedzieć w domach i odbywać kwarantannę. jeszcze parę miesięcy temu nikt nigdy nie spodziewał się takiego scenariusza, a dziś to już prawie norma. ludzie się dystansują, fizycznie i psychicznie. nigdy dotąd nie widziałem ludzi tak od siebie odsuniętych.
korporacje upadają, w sklepach puste półki, masowa panika a pod jej przykryciem rządy wciąż prowadzą wojny i wprowadzają nowe nieludzkie przepisy, bo nikt przecież nie wyjdzie na ulice z protestem.
z całej tej kwarantanny wnioskuję, że już nic nie będzie tak, jak dawniej. może to jest ten przysłowiowy moment, w którym zaczyna się nowa era ludzkości, coś się zmienia, coś umiera. coś się kończy, coś się zaczyna. światło i ciemność, dzień i noc, dobro i zło.
może to jest wreszcie Era Wodnika?
już teraz widać zmiany. ceny ropy spadły poniżej zera, bo nikt nie używa samochodów. korporacje bankrutują. ludzie są bez pracy. zamknięci w domach mężczyźni nagle odkrywają swoją kobiecą stronę i być może wreszcie wyrwą się z krępujących ich patriarchatu i toksycznej męskości.
ludzie wciąż się jednoczą, wciąż próbują być dla siebie dobrzy, chyba nawet bardziej niż przedtem, jednak z drugiej strony to znów najbiedniejsi i najmniej uprzywilejowani członkowie społeczeństwa cierpią najbardziej.
cokolwiek się zdarzy wiem, że wszystko się zmieni. oby na lepsze. to będzie wyjątkowo samotne, gorące lato.
___________________________________________________________________
tęsknię za domem bardziej niż kiedykolwiek przedtem; nie pomaga mi perspektywa tego, że zanim dozwolone będą loty i będę mieć wystarczająco pieniędzy minie dobre parę miesięcy.
cały czas marzę o jakieś wielkiej przygodzie - o założeniu zespołu, podróżowaniu, pojechaniu w trasę. cały czas mam w głowie ten wyidealizowany obraz życia i naiwnej, dziecięcej miłości, w której dwie osoby są dla siebie przeznaczone. wiem, że życie to nie film, a jednocześnie wciąż pragnę mieć filmowe przygody, emocje, wzloty i upadki. może to fikcja, którą cały czas czytam, a może niespełnione marzenia z dzieciństwa.
nigdy nie byłem sentymentalny, ba, nawet śmiałem się z sentymentalnych osób, które zamglonym wzrokiem patrzyły w przeszłość i chciały do niej powrócić. teraz jednak jest inaczej, nie do końca wiem dlaczego.
małe rzeczy takie jak kwitnąca za oknem magnolia przypominają mi o tym, jak długo już nie bylem w domu. jestem tutaj prawie od 5 lat. moja magnolia w polsce już wyrosła, mimo iż pamiętam, jak ją sadziliśmy z mamą; była taka malutka.
___________________________________________________________________
w tym roku powróciłem do magii, Wicca i czarostwa. jest mi z tym bardzo dobrze i wiem, że mi to pomaga, choć wolę praktykować na moich własnych zasadach, bo im więcej czytam, tym więcej widzę restrykcji, zwłaszcza dla młodych Wiccanów.
czasem coś piszę, tworzę, gram w gry, odprawiam rytuały i staram się nie zwariować. w lutym minął rok, odkąd jestem na testosteronie. robię też projekty graficzne freelance, za co jestem ogromnie wdzięczny.
czekam na decyzję o zasiłku (nareszcie!)
generalnie nie jest najgorzej, choć czasem mam ataki paniki i depresji. może zwyczajnie mniej o wszystkim myślę. mam wrażenie, że dziwnym sposobem ta epidemia mi pomaga, bo pozbywa mnie odpowiedzialności za wszystko, co się dzieje, a z nią poczucie winy, że nie robię wystarczająco dużo, by sobie pomóc.
po tym wszystkim chcę zapisać się na terapię i zacząć porządnie ćwiczyć. mam dość swojej niskiej samooceny, pewności siebie i nieumiejętności znoszenia krytyki.
ostatnio jest naprawdę bardzo pięknie na dworze, aż nie pamiętam, kiedy ostatnio było tak gorąco i słonecznie w kwietniu. może to dlatego, że jak dotąd przez 3 lata kwiecień spędzałem na kończeniu projektów na studia i zupełnie nie widziałem nic poza tym. jestem też bliżej natury i zauważam jej zmiany, co pomaga mi być "in the moment".
___________________________________________________________________
korporacje upadają, w sklepach puste półki, masowa panika a pod jej przykryciem rządy wciąż prowadzą wojny i wprowadzają nowe nieludzkie przepisy, bo nikt przecież nie wyjdzie na ulice z protestem.
z całej tej kwarantanny wnioskuję, że już nic nie będzie tak, jak dawniej. może to jest ten przysłowiowy moment, w którym zaczyna się nowa era ludzkości, coś się zmienia, coś umiera. coś się kończy, coś się zaczyna. światło i ciemność, dzień i noc, dobro i zło.
może to jest wreszcie Era Wodnika?
już teraz widać zmiany. ceny ropy spadły poniżej zera, bo nikt nie używa samochodów. korporacje bankrutują. ludzie są bez pracy. zamknięci w domach mężczyźni nagle odkrywają swoją kobiecą stronę i być może wreszcie wyrwą się z krępujących ich patriarchatu i toksycznej męskości.
ludzie wciąż się jednoczą, wciąż próbują być dla siebie dobrzy, chyba nawet bardziej niż przedtem, jednak z drugiej strony to znów najbiedniejsi i najmniej uprzywilejowani członkowie społeczeństwa cierpią najbardziej.
cokolwiek się zdarzy wiem, że wszystko się zmieni. oby na lepsze. to będzie wyjątkowo samotne, gorące lato.
___________________________________________________________________
tęsknię za domem bardziej niż kiedykolwiek przedtem; nie pomaga mi perspektywa tego, że zanim dozwolone będą loty i będę mieć wystarczająco pieniędzy minie dobre parę miesięcy.
cały czas marzę o jakieś wielkiej przygodzie - o założeniu zespołu, podróżowaniu, pojechaniu w trasę. cały czas mam w głowie ten wyidealizowany obraz życia i naiwnej, dziecięcej miłości, w której dwie osoby są dla siebie przeznaczone. wiem, że życie to nie film, a jednocześnie wciąż pragnę mieć filmowe przygody, emocje, wzloty i upadki. może to fikcja, którą cały czas czytam, a może niespełnione marzenia z dzieciństwa.
nigdy nie byłem sentymentalny, ba, nawet śmiałem się z sentymentalnych osób, które zamglonym wzrokiem patrzyły w przeszłość i chciały do niej powrócić. teraz jednak jest inaczej, nie do końca wiem dlaczego.
małe rzeczy takie jak kwitnąca za oknem magnolia przypominają mi o tym, jak długo już nie bylem w domu. jestem tutaj prawie od 5 lat. moja magnolia w polsce już wyrosła, mimo iż pamiętam, jak ją sadziliśmy z mamą; była taka malutka.
___________________________________________________________________
w tym roku powróciłem do magii, Wicca i czarostwa. jest mi z tym bardzo dobrze i wiem, że mi to pomaga, choć wolę praktykować na moich własnych zasadach, bo im więcej czytam, tym więcej widzę restrykcji, zwłaszcza dla młodych Wiccanów.
czasem coś piszę, tworzę, gram w gry, odprawiam rytuały i staram się nie zwariować. w lutym minął rok, odkąd jestem na testosteronie. robię też projekty graficzne freelance, za co jestem ogromnie wdzięczny.
czekam na decyzję o zasiłku (nareszcie!)
generalnie nie jest najgorzej, choć czasem mam ataki paniki i depresji. może zwyczajnie mniej o wszystkim myślę. mam wrażenie, że dziwnym sposobem ta epidemia mi pomaga, bo pozbywa mnie odpowiedzialności za wszystko, co się dzieje, a z nią poczucie winy, że nie robię wystarczająco dużo, by sobie pomóc.
po tym wszystkim chcę zapisać się na terapię i zacząć porządnie ćwiczyć. mam dość swojej niskiej samooceny, pewności siebie i nieumiejętności znoszenia krytyki.
ostatnio jest naprawdę bardzo pięknie na dworze, aż nie pamiętam, kiedy ostatnio było tak gorąco i słonecznie w kwietniu. może to dlatego, że jak dotąd przez 3 lata kwiecień spędzałem na kończeniu projektów na studia i zupełnie nie widziałem nic poza tym. jestem też bliżej natury i zauważam jej zmiany, co pomaga mi być "in the moment".
___________________________________________________________________
co nam pozostało
z dni deszczowych i gorących
co nam pozostało
z lat naiwnych i smutnych
siedzę i myślę
że nostalgia i wspomnienia
to tylko wymówka
od bycia tym kim chcę
i już nic nie cieszy mnie tak jak dawnej
nic już nie boli tak jak wtedy
nic już tak nie rozpala w brzuchu ognia
nie rozdziera na strzępy
siedzę i myślę
że nostalgia i wspomnienia
są dobre tylko w teorii
i w teorii nie ranią
z dni deszczowych i gorących
co nam pozostało
z lat naiwnych i smutnych
siedzę i myślę
że nostalgia i wspomnienia
to tylko wymówka
od bycia tym kim chcę
i już nic nie cieszy mnie tak jak dawnej
nic już nie boli tak jak wtedy
nic już tak nie rozpala w brzuchu ognia
nie rozdziera na strzępy
siedzę i myślę
że nostalgia i wspomnienia
są dobre tylko w teorii
i w teorii nie ranią
piątek, 31 stycznia 2020
Soulmates are forever
Oof, ale mam wenę na pisanie, jak nigdy.
Czytam właśnie Frerarda po polsku i dużo myśli mnie nachodzi. Przede wszystkim tęsknię za młodością. Tęsknię za byciem 17-latkiem, przeżywaniem wszystkiego tak silnie i prawdziwie. Tęsknię za niewinnością, niewinnym rozumieniem miłości, byciem po prostu czyimś chłopcem.
Wciąż tak bardzo wierzę w soulmates, w taką miłość, jaka jest w fanfikach - nie ważne w jakim świecie czy w jakich okolicznościach się spotkają, zawsze są związani przeznaczeniem, aby być razem.
Tak bardzo chciałbym poznać taką miłość, jeśli jest ona w ogóle możliwa, a nie jedynie wyidealizowanym odzwierciedleniem naszej głębokiej samotności.
Dziś nawet miałem koszmar z R. Może w końcu mój mózg zdecydował się przepracować nasze zerwanie, może wreszcie moje serce zacznie się goić. Mam taką nadzieję.
Tęsknię za polszczyzną, tą przyziemną, slangową, prostą mową w moim ojczystym języku. Nie wiem nawet, czy potrafiłbym znowu nią się posługiwać.
Czasem natchnie mnie, że chcę pisać, ale boję się. Boję się, że moje wyobrażenie mojego własnego fika zupełnie nie odbiłoby się w słowach. Boję się, że nie potrafię już pisać dobrze po polsku. Chciałbym napisać fika o współczesnych chłopakach z MCR, jak relacja Franka i Gee się zmieniła, może trochę żałują? Może nadal mają jakieś uczucia? Nie wiem, czy w ogóle się zabiorę za pisanie.
Tęsknię za posiadaniem wielkich marzeń, wielkich nadziei, wielkiego Sensu, który wydaje mi się, że miałem mając naście lat. Może nie miałem? Sam nie wiem. Może od czytania po prostu czuję rzeczy, których nawet nie doświadczyłem. To by wyjaśniało, dlaczego tak bardzo uciekam w fikcję.
Dziwne jest to. Skoro moje życie wciąż i wciąż zatacza koła, to czy nie powinienem w końcu kiedyś cofnąć się do czasu liceum, kiedy (subiektywnie) wszystko było lepsze? Nawet ta homofobia i nienawiść do własnej płci wydają mi się teraz lepsze, niż ta pustka i zobojętnienie, które czuję teraz. Może potrzebuję tragedii do swojej sztuki? Niby zataczam kółka emocjonalnie, a jednak cały czas nieubłaganie posuwam się do przodu, coraz dalej od młodości.
Marzy mi się mieszkanie w latach 90 na przedmieściach jakiegoś amerykańskiego miasta, gdzie ludzie przed domami mają duże trawniki, płaskie chodniki z płyt i drzewa. Gdzie kolorowe niebo przecinają linie wysokiego napięcia i spadziste dachy. Gdzie mógłbym siedzieć na poddaszu, wyglądać przez okno i wzdychać.
Dust in the wind, water under the bridge.
Everything must come to an end.
Czytam właśnie Frerarda po polsku i dużo myśli mnie nachodzi. Przede wszystkim tęsknię za młodością. Tęsknię za byciem 17-latkiem, przeżywaniem wszystkiego tak silnie i prawdziwie. Tęsknię za niewinnością, niewinnym rozumieniem miłości, byciem po prostu czyimś chłopcem.
Wciąż tak bardzo wierzę w soulmates, w taką miłość, jaka jest w fanfikach - nie ważne w jakim świecie czy w jakich okolicznościach się spotkają, zawsze są związani przeznaczeniem, aby być razem.
Tak bardzo chciałbym poznać taką miłość, jeśli jest ona w ogóle możliwa, a nie jedynie wyidealizowanym odzwierciedleniem naszej głębokiej samotności.
Dziś nawet miałem koszmar z R. Może w końcu mój mózg zdecydował się przepracować nasze zerwanie, może wreszcie moje serce zacznie się goić. Mam taką nadzieję.
Tęsknię za polszczyzną, tą przyziemną, slangową, prostą mową w moim ojczystym języku. Nie wiem nawet, czy potrafiłbym znowu nią się posługiwać.
Czasem natchnie mnie, że chcę pisać, ale boję się. Boję się, że moje wyobrażenie mojego własnego fika zupełnie nie odbiłoby się w słowach. Boję się, że nie potrafię już pisać dobrze po polsku. Chciałbym napisać fika o współczesnych chłopakach z MCR, jak relacja Franka i Gee się zmieniła, może trochę żałują? Może nadal mają jakieś uczucia? Nie wiem, czy w ogóle się zabiorę za pisanie.
Tęsknię za posiadaniem wielkich marzeń, wielkich nadziei, wielkiego Sensu, który wydaje mi się, że miałem mając naście lat. Może nie miałem? Sam nie wiem. Może od czytania po prostu czuję rzeczy, których nawet nie doświadczyłem. To by wyjaśniało, dlaczego tak bardzo uciekam w fikcję.
Dziwne jest to. Skoro moje życie wciąż i wciąż zatacza koła, to czy nie powinienem w końcu kiedyś cofnąć się do czasu liceum, kiedy (subiektywnie) wszystko było lepsze? Nawet ta homofobia i nienawiść do własnej płci wydają mi się teraz lepsze, niż ta pustka i zobojętnienie, które czuję teraz. Może potrzebuję tragedii do swojej sztuki? Niby zataczam kółka emocjonalnie, a jednak cały czas nieubłaganie posuwam się do przodu, coraz dalej od młodości.
Marzy mi się mieszkanie w latach 90 na przedmieściach jakiegoś amerykańskiego miasta, gdzie ludzie przed domami mają duże trawniki, płaskie chodniki z płyt i drzewa. Gdzie kolorowe niebo przecinają linie wysokiego napięcia i spadziste dachy. Gdzie mógłbym siedzieć na poddaszu, wyglądać przez okno i wzdychać.
Dust in the wind, water under the bridge.
Everything must come to an end.
You best prepare to grieve
Let it enter your open heart and
Then prepare to let it leave
piątek, 24 stycznia 2020
JADE NA KONCERT MCR????
CZY TO SIE KURWA DZIEJE NAPRAWDE!?????
IM GOING TO SEE MY FAVOURITE BAND, THE BAND THAT LITERALLY SAVED MY LIFE, THE BAND WHOSE DEATH I MOURNED AND THE BAND WHO I THOUGHT I’D NEVER SEE LIVE????
it’s been a huge dream of mine, one that i thought might never come true. i am??????
I JUST
what
am i dreaming
this is
i;m
;_;
IM GOING TO SEE MY FAVOURITE BAND, THE BAND THAT LITERALLY SAVED MY LIFE, THE BAND WHOSE DEATH I MOURNED AND THE BAND WHO I THOUGHT I’D NEVER SEE LIVE????
it’s been a huge dream of mine, one that i thought might never come true. i am??????
I JUST
what
am i dreaming
this is
i;m
;_;
piątek, 17 stycznia 2020
Trivia
Czuję się tak, jakby w jednym momencie w czasie spotkały się trzy alternatywne wymiary, w których jestem w innym wieku.
Mentalnie czuję się na swój wiek. Moje ciało ma chyba ze 60 lat bo wszystko mnie boli, ale za to hormony sprawiają, że czuję się jak nastolatek i mam ochotę tylko spać, jeść i ***.
Odkąd praktykuję czarostwo zastanawiam się, czy mój powrót do korzeni nie jest spowodowany utratą wiary w naukę i logikę jako sposobu na uporanie się z bólem rozstania. Być może przez moje ostatnie zerwanie skierowałem się w stronę duchowości, gdyż logika mnie po prostu zawiodła. I mean, mogę wmawiać sobie tysiąc razy, że wszystko jest okej, że to nie niczyja wina itp, a jednak ból nadal pozostaje. Być może właśnie dlatego pomyślałem, że skoro tak wiele rzeczy jest poza kontrolą nauki/logiki/racjonalizmu, to może właśnie wiara i duchowość są kluczami do ogarnięcia tego, jak się czuję i co robię ze swoim życiem.
I nie wiem, czy są to czyste zbiegi okoliczności, jednak prawda jest taka, że za każdym razem, kiedy wysyłam we Wszechświat moją intencję, coś do mnie wraca. Nie potrafię tego wyjaśnić, i w sumie nawet nie chcę, skoro daje mi to pocieszenie.
Nauka, emocje i duchowość. Kolejna trójka.
Nie wiem jak i czy w ogóle da się te rzeczy ze sobą połączyć, jednak wiem, że póki co czuję się dobrze z obecnym stanem rzeczy i nie czuję potrzeby uzasadniania niczego.
Mentalnie czuję się na swój wiek. Moje ciało ma chyba ze 60 lat bo wszystko mnie boli, ale za to hormony sprawiają, że czuję się jak nastolatek i mam ochotę tylko spać, jeść i ***.
Odkąd praktykuję czarostwo zastanawiam się, czy mój powrót do korzeni nie jest spowodowany utratą wiary w naukę i logikę jako sposobu na uporanie się z bólem rozstania. Być może przez moje ostatnie zerwanie skierowałem się w stronę duchowości, gdyż logika mnie po prostu zawiodła. I mean, mogę wmawiać sobie tysiąc razy, że wszystko jest okej, że to nie niczyja wina itp, a jednak ból nadal pozostaje. Być może właśnie dlatego pomyślałem, że skoro tak wiele rzeczy jest poza kontrolą nauki/logiki/racjonalizmu, to może właśnie wiara i duchowość są kluczami do ogarnięcia tego, jak się czuję i co robię ze swoim życiem.
I nie wiem, czy są to czyste zbiegi okoliczności, jednak prawda jest taka, że za każdym razem, kiedy wysyłam we Wszechświat moją intencję, coś do mnie wraca. Nie potrafię tego wyjaśnić, i w sumie nawet nie chcę, skoro daje mi to pocieszenie.
Nauka, emocje i duchowość. Kolejna trójka.
Nie wiem jak i czy w ogóle da się te rzeczy ze sobą połączyć, jednak wiem, że póki co czuję się dobrze z obecnym stanem rzeczy i nie czuję potrzeby uzasadniania niczego.
wtorek, 7 stycznia 2020
New journey, same old road
My life has come back around to the point where nothing else can help me but faith. Faith and believing in something, anything, has saved me before, during my big depression in middle school. And I'm finding that strength again in witchcraft.
I'm not sure why I picked it up again but I'm reading lots of books and getting educated. I figured if I can't be happy in my (love) life, then at least I can try to be well-read and wise. Or maybe it's just another excuse not to interact with people.
It's been hard getting back into the habit of connecting with people. I've been so isolated lately that it feels strange to even go outside. I want to be involved though, I wanna do things with the Foundation again. I don't wanna lose my support network, especially because I know I have a lot to give back to the community.
In other news, today a random cis girl on twitter, who I don't even follow, said I'm very handsome and it made my evening <3.
It's beginning to be warmer outside and I'm living for spring already.
I am in the process of making a wand for myself out of a weeping willow tree.
Also, I don't want to jump to any conclusions or jinx it but I'm having a phonecall for a job this week so hopefully something good will happen soon.
***
Most people want just one thing in life - family, happiness, education, spiritual awakening, wealth. I want them all. I wanna know so much about everything. I want to know about astrology, witchcraft, paganism and crystals. I want to know how to build a house, how bridges work, how to use a lathe. I want to create in so many different ways: write a book, write poetry, do stand-up, make furniture, build my own camper van. I know there isn't enough life to do all these things but if I had the time I'd love to experience it all. In a way I'm starting to understand why some people wish for eternal life.
I'm not sure why I picked it up again but I'm reading lots of books and getting educated. I figured if I can't be happy in my (love) life, then at least I can try to be well-read and wise. Or maybe it's just another excuse not to interact with people.
It's been hard getting back into the habit of connecting with people. I've been so isolated lately that it feels strange to even go outside. I want to be involved though, I wanna do things with the Foundation again. I don't wanna lose my support network, especially because I know I have a lot to give back to the community.
In other news, today a random cis girl on twitter, who I don't even follow, said I'm very handsome and it made my evening <3.
It's beginning to be warmer outside and I'm living for spring already.
I am in the process of making a wand for myself out of a weeping willow tree.
Also, I don't want to jump to any conclusions or jinx it but I'm having a phonecall for a job this week so hopefully something good will happen soon.
***
Most people want just one thing in life - family, happiness, education, spiritual awakening, wealth. I want them all. I wanna know so much about everything. I want to know about astrology, witchcraft, paganism and crystals. I want to know how to build a house, how bridges work, how to use a lathe. I want to create in so many different ways: write a book, write poetry, do stand-up, make furniture, build my own camper van. I know there isn't enough life to do all these things but if I had the time I'd love to experience it all. In a way I'm starting to understand why some people wish for eternal life.
wtorek, 31 grudnia 2019
Last day of the decade
Dziwnie się czuję pisząc tutaj. W ogóle dziwnie się czuję.
Dziś ostatni dzień roku 2019, ostatni dzień dekady. Tyle się zmieniło od 2009, a jednocześnie mam wrażenie, że moje życie zatoczyło kolejne koło niczym wąż Uroboros.
Znów znajduję pocieszenie i ucieczkę w fikcji. Znów zainteresowałem się duchowością, pogaństwem i czarami (pierwszy raz zająłem się tym w pierwszej klasie gimnazjum, czyli 10 lat temu). Znów mam ochotę ubierać się we flanele i podarte spodnie. Jakby moje poprzednie wcielenie prosiło o powrót do lat 80-90.
Jak dziwnie to brzmi, że gimnazjum było 10 lat temu. Niby zmieniłem się, ale jednak nie do końca.
Mam inne priorytety, gust muzyczny, płeć, orientację, ambicje, cele, miejsce zamieszkania, nawet inaczej postrzegam to, co dla mnie dobre i budujące, a co mnie niszczy. To, jak widzę kobiety również się zmieniło, bo próbuję wyzbyć się nabytej mizoginii i nie postrzegać kobiet przez pryzmat mojej własnej dysforii.
Ostatnio bardzo dużo dysocjuję. Praktycznie połowę czasu nie wiem gdzie jestem i co robię. Nie pamiętam prawie nic od września i wycieczki do Barcelony, cała jesień to dla mnie mglisty koszmar.
Mój śpiew stał się ostatnio łatwiejszy, aczkolwiek mój głos wciąż nie jest tak niski, jak bym chciał. Może nie potrafię tego usłyszeć? Niby słyszę zmianę na nagraniach, ale dla mnie wciąż brzmię jak dziewczyna :/. Jak wiele z tego to moja własna dysforia i paranoja?
Zastanawiam się, jakie były moje postanowienia na ten rok. Zgubiłem gdzieś kartkę z nimi, więc nie wiem nawet, czy udało mi się cokolwiek zrealizować. I tak co roku marzę o tym samym: zakochać się, podjąć nowe hobby, rozwinąć jakąś umiejętność i poświęcić więcej czasu na self-care.
Na rok 2020 nie mam w sumie żadnych innych życzeń. Wiem jedynie, że będzie to rok decydujący w dużej mierze o mojej przyszłości i przeraża mnie to. Nie wiem czy uda mi się znaleźć stałą pracę, a od tego zależy mój pobyt w Anglii. Nie wiem co mam ze sobą zrobić, moje życie znów stoi na rozdrożu. Nawet karty tarota przewidziały dla mnie dużą decyzję.
Tęsknię za polskością, za polską literaturą, poezją i duchowością.
W 2020 chciałbym:
-skupić się na sobie, na self-care, duchowości i medytacji
-spędzać więcej czasu czytając książki, ucząc się nowych rzeczy, rozwijając umiejętności i zainteresowania
-wreszcie dostać skierowanie na top surgery
-dostać stałą pracę i nie musieć się bać o moje życie
-więcej podróżować i zacząć realizować swoje plany
K.
Edit: LOL nie wierzę w to, ale chyba znalazłem stare forum o magii, z którego korzystaliśmy z A. w gimnazjum. Zostało przeniesione z pun.pl na http://witchcraft.com.pl :D. Co za archeologiczne znalezisko hehe.
Dziś ostatni dzień roku 2019, ostatni dzień dekady. Tyle się zmieniło od 2009, a jednocześnie mam wrażenie, że moje życie zatoczyło kolejne koło niczym wąż Uroboros.
Znów znajduję pocieszenie i ucieczkę w fikcji. Znów zainteresowałem się duchowością, pogaństwem i czarami (pierwszy raz zająłem się tym w pierwszej klasie gimnazjum, czyli 10 lat temu). Znów mam ochotę ubierać się we flanele i podarte spodnie. Jakby moje poprzednie wcielenie prosiło o powrót do lat 80-90.
Jak dziwnie to brzmi, że gimnazjum było 10 lat temu. Niby zmieniłem się, ale jednak nie do końca.
Mam inne priorytety, gust muzyczny, płeć, orientację, ambicje, cele, miejsce zamieszkania, nawet inaczej postrzegam to, co dla mnie dobre i budujące, a co mnie niszczy. To, jak widzę kobiety również się zmieniło, bo próbuję wyzbyć się nabytej mizoginii i nie postrzegać kobiet przez pryzmat mojej własnej dysforii.
Ostatnio bardzo dużo dysocjuję. Praktycznie połowę czasu nie wiem gdzie jestem i co robię. Nie pamiętam prawie nic od września i wycieczki do Barcelony, cała jesień to dla mnie mglisty koszmar.
Mój śpiew stał się ostatnio łatwiejszy, aczkolwiek mój głos wciąż nie jest tak niski, jak bym chciał. Może nie potrafię tego usłyszeć? Niby słyszę zmianę na nagraniach, ale dla mnie wciąż brzmię jak dziewczyna :/. Jak wiele z tego to moja własna dysforia i paranoja?
Zastanawiam się, jakie były moje postanowienia na ten rok. Zgubiłem gdzieś kartkę z nimi, więc nie wiem nawet, czy udało mi się cokolwiek zrealizować. I tak co roku marzę o tym samym: zakochać się, podjąć nowe hobby, rozwinąć jakąś umiejętność i poświęcić więcej czasu na self-care.
Na rok 2020 nie mam w sumie żadnych innych życzeń. Wiem jedynie, że będzie to rok decydujący w dużej mierze o mojej przyszłości i przeraża mnie to. Nie wiem czy uda mi się znaleźć stałą pracę, a od tego zależy mój pobyt w Anglii. Nie wiem co mam ze sobą zrobić, moje życie znów stoi na rozdrożu. Nawet karty tarota przewidziały dla mnie dużą decyzję.
Tęsknię za polskością, za polską literaturą, poezją i duchowością.
W 2020 chciałbym:
-skupić się na sobie, na self-care, duchowości i medytacji
-spędzać więcej czasu czytając książki, ucząc się nowych rzeczy, rozwijając umiejętności i zainteresowania
-wreszcie dostać skierowanie na top surgery
-dostać stałą pracę i nie musieć się bać o moje życie
-więcej podróżować i zacząć realizować swoje plany
K.
Edit: LOL nie wierzę w to, ale chyba znalazłem stare forum o magii, z którego korzystaliśmy z A. w gimnazjum. Zostało przeniesione z pun.pl na http://witchcraft.com.pl :D. Co za archeologiczne znalezisko hehe.
piątek, 20 grudnia 2019
Queen of Swords
Nie poszedłem dzisiaj do pracy, bo mam mega egzystencjalną rozkminę, a do tego pełno przygotowań na święta. Co do pracy, to pracuję w Roayl Mail, nie jest to bardzo ciężka czy skomplikowana praca, jednak czasem po prostu nie mam siły dojeżdżać godzinę w zimnie i deszczu. A do tego jestem przeziębiony.
Świątecznego nastoju w tym roku naprawdę, ale to naprawdę nie czuję. Nie jestem w domu, nie mam nawet pieniędzy na bilet. Do tego pracuję w około świąt, więc nie mam za bardzo czasu na przygotowania. Mimo to piekę makowiec i mam nadzieję, że mała Wigilia z Rue będzie fajna. Miałem plan, by w tym roku zaprosić kilka znajomych queerów, jednak wszyscy albo powyjeżdżali do domów, albo już się nie przyjaźnimy. Tak naprawdę mam tylko Rue (mimo iż wciąż próbuję pogodzić się z naszym rozstaniem, ale o tym później). Na Nowy Rok też nie mam planów, nie wspominając o pieniądzach. Miałem fajne pomysły na prezenty dla Rue, jednak wiszę rodzicom kasę i nie mogę jej wydawać :/.
W każdym razie, mam dzisiaj rozkminę. Myślę o tym, że bardzo się zmieniłem odkąd miałem coming out. Moje patrzenie na sprawy takie jak seksizm czy męskość robiło obrót o 180 stopni. Dzisiaj zdaję sobie sprawę, że większość moich opinii na temat kobiet, które skąpo się ubierają, czy też prostytutek itp. było projekcją mojej dysforii na osoby, które miały podobne ciało do mojego, jednak nie były trans. Tak samo z męskością - im bardziej zaczynam "passować", tym bardziej dociera do mnie jak krucha jest u większości mężczyzn ich świadomość męskości i jak łatwo ją zburzyć chociażby malując paznokcie czy mówiąc w jakiś określony sposób. Jest to przykre i żałosne i szczerze mówiąc staram się unikać takiego myślenia o samym sobie.
Jeśli chodzi o "passowanie" to od około początku grudnia passuję praktycznie codziennie i jest to miłe choć dziwne doświadczenie. Świadomość, że ci wszyscy "laddy lads" widzą mnie jako "jednego z nich" jest fajna, mimo iż ta cała kultura mnie nie jara. Parę dziewczyn w pracy okrzyknęło mnie gejem, co w sumie jest w połowie prawdą, choć zastanawiam się, na jakiej podstawie to wymyśliły. Grunt to to, że jestem czytany jako facet, a do tego rośnie mi broda, hehe. Najwyższy czas. Nawet bezdomni proszący o drobne mówią do mnie "sir" :D.
Ostatnio zainteresowałem się (znowu?) tarotem i ezoteryką. Im dalej idę w tranzycji, tym bardziej te rzeczy przestają wydawać mi się śmieszne, nieprawdziwe czy głupie. Zaczynam rozumieć Lisa i jego zainteresowanie tematem. Zrobiłem sobie nawet reading tarota i był scary accurate:
Po pierwsze przewiduje to, że wydostanę się z problemów finansowych i będę mógł podejmować decyzje nie martwiąc się pieniędzmi. Do tego muszę skupić się na self love i naprawianiu znajomości z bliskimi. Stoję przed wieloma wyborami i będę musiał się na coś zdecydować i w końcu obrać ścieżkę (prawdopodobnie chodzi o karierę). W nowym roku muszę bardziej trzeźwo i racjonalnie oceniać sytuację, wzbraniając się od nadmiernego emocjonalnego patrzenia.
Mam ochotę napisać do samego siebie list, tak jak w zeszłym roku, który przyjdzie pod koniec 2020. Czekam na tem z 2018, ciekawi mnie, co się zmieniło (hint: wszystko lol).
PS. Dzisiaj koncert MCR, pierwszy raz od break-up'u w 2013 <3!!!!
Świątecznego nastoju w tym roku naprawdę, ale to naprawdę nie czuję. Nie jestem w domu, nie mam nawet pieniędzy na bilet. Do tego pracuję w około świąt, więc nie mam za bardzo czasu na przygotowania. Mimo to piekę makowiec i mam nadzieję, że mała Wigilia z Rue będzie fajna. Miałem plan, by w tym roku zaprosić kilka znajomych queerów, jednak wszyscy albo powyjeżdżali do domów, albo już się nie przyjaźnimy. Tak naprawdę mam tylko Rue (mimo iż wciąż próbuję pogodzić się z naszym rozstaniem, ale o tym później). Na Nowy Rok też nie mam planów, nie wspominając o pieniądzach. Miałem fajne pomysły na prezenty dla Rue, jednak wiszę rodzicom kasę i nie mogę jej wydawać :/.
W każdym razie, mam dzisiaj rozkminę. Myślę o tym, że bardzo się zmieniłem odkąd miałem coming out. Moje patrzenie na sprawy takie jak seksizm czy męskość robiło obrót o 180 stopni. Dzisiaj zdaję sobie sprawę, że większość moich opinii na temat kobiet, które skąpo się ubierają, czy też prostytutek itp. było projekcją mojej dysforii na osoby, które miały podobne ciało do mojego, jednak nie były trans. Tak samo z męskością - im bardziej zaczynam "passować", tym bardziej dociera do mnie jak krucha jest u większości mężczyzn ich świadomość męskości i jak łatwo ją zburzyć chociażby malując paznokcie czy mówiąc w jakiś określony sposób. Jest to przykre i żałosne i szczerze mówiąc staram się unikać takiego myślenia o samym sobie.
Jeśli chodzi o "passowanie" to od około początku grudnia passuję praktycznie codziennie i jest to miłe choć dziwne doświadczenie. Świadomość, że ci wszyscy "laddy lads" widzą mnie jako "jednego z nich" jest fajna, mimo iż ta cała kultura mnie nie jara. Parę dziewczyn w pracy okrzyknęło mnie gejem, co w sumie jest w połowie prawdą, choć zastanawiam się, na jakiej podstawie to wymyśliły. Grunt to to, że jestem czytany jako facet, a do tego rośnie mi broda, hehe. Najwyższy czas. Nawet bezdomni proszący o drobne mówią do mnie "sir" :D.
Ostatnio zainteresowałem się (znowu?) tarotem i ezoteryką. Im dalej idę w tranzycji, tym bardziej te rzeczy przestają wydawać mi się śmieszne, nieprawdziwe czy głupie. Zaczynam rozumieć Lisa i jego zainteresowanie tematem. Zrobiłem sobie nawet reading tarota i był scary accurate:
Po pierwsze przewiduje to, że wydostanę się z problemów finansowych i będę mógł podejmować decyzje nie martwiąc się pieniędzmi. Do tego muszę skupić się na self love i naprawianiu znajomości z bliskimi. Stoję przed wieloma wyborami i będę musiał się na coś zdecydować i w końcu obrać ścieżkę (prawdopodobnie chodzi o karierę). W nowym roku muszę bardziej trzeźwo i racjonalnie oceniać sytuację, wzbraniając się od nadmiernego emocjonalnego patrzenia.
Mam ochotę napisać do samego siebie list, tak jak w zeszłym roku, który przyjdzie pod koniec 2020. Czekam na tem z 2018, ciekawi mnie, co się zmieniło (hint: wszystko lol).
PS. Dzisiaj koncert MCR, pierwszy raz od break-up'u w 2013 <3!!!!
sobota, 23 listopada 2019
So you wanna know how I feel
once again i am stuck feeling like nothing matters, like the world makes no sense at all and life is nothing but a series of disappointments and painful experiences.
i'm also questioning the validity of my degree. i worked so hard for it, only for it to be useless in this capitalistic, over-saturated, decaying society, and like so many young people im forced to take entry level jobs just to get by, despite the debt and time spent on education. what's the point then, if im "too good" for stuff with a degree but not good enough because i dont have experience?
all i wanted was to get somewhere where i could continue learning to not get stuck after uni, i am so willing to put in effort and work. why won't anyone give me a chance?
we all just stare at the screen
mesmerised like its the 90s
still dreaming of beatuiful places
wishing our lives away
we're still longing to feel something
something strong and real
like in the movies
----
When i was with you, I felt like the overwhelming weight was always about to crush me.
Now I'm not with you anymore but I still can't breathe.
----
i haven't felt this bad in a long, long time.
i can't even begin to unravel the layers of numbness, denial and lies that i've wrapped around my emotions.
words mean nothing, pills do nothing and music doesnt help anymore.
i can't even find the right words to express myself these days.
days have all blurred into fog. i can't bring myself to care.
i struggle with daily chores cause all i can do lately is sleep and escape.
far, far away.
i'm making a mess of my life and i know if. i'm spiralling down into depression and i can't stop it.
it seems like i've got what i wanted, after all these years of longing, and yet i'm still so unhappy.
i don't know what's wrong with me anymore, or maybe i know exactly but it doeskin change the fact that i cant change it.
i need something, someone, to tell me how to climb out of this fucking pit.
----
last night she said she wants me to tell her the truth.
she said she's tired of me bottling things up inside.
i only do it to protect her. and myself.
i have no idea how to let her know how it feels.
how to make her understand the pain that i'm in.
it's not her fault, i keep saying that. i've told it to myself so many times that i actually believe it now.
i've told myself many, many lies.
the truth is i'm hurt, i feel like i didn't deserve any of this, i feel like i've tried to be a different person for her, changed myself so much only to please her. and in the end, it made no difference anyway.
i feel taken advantage of. i feel used and lied to.
i feel heartbroken and like i will never trust anyone again.
i feel angry and tired. i feel stupid and furious and desperate and exhausted. i feel like i'm screaming inside.
the worst part is, i don't even know if i'd have her back now. if she just turned around, would i still be able to forgive and forget?
i don't know if i still love her. i feel like it means nothing at this point anyway.
all my love has gone to waste and i have no one to blame, no reason, no explanation.
sometimes i think it would have been easier if she just did something wrong, like cheating. it would at least give me peace of mind. hate is such an easy way out.
but instead i'm left here broken but trying to be supportive. craving but trying not to show it. missing physical contact but distancing myself. missing her but keeping my emotions in isolation.
it's so fucking pathetic, so childish to be sad over. people leave all the time. i know it. i thought i could live with it. turns out i still have a long way to go.
how do i not become bitter, careless and fucking depressed after this?
----
she said i have a flair for the theatrical. if only she saw my notes, countless words of dramatized and romanticised pain that cannot even be called artistic expression anymore.
it's the only way i've got left to not go crazy from keeping all the voices inside.
keeping all the voices inside my throat like a prison. i am my own prison.
i'm also questioning the validity of my degree. i worked so hard for it, only for it to be useless in this capitalistic, over-saturated, decaying society, and like so many young people im forced to take entry level jobs just to get by, despite the debt and time spent on education. what's the point then, if im "too good" for stuff with a degree but not good enough because i dont have experience?
all i wanted was to get somewhere where i could continue learning to not get stuck after uni, i am so willing to put in effort and work. why won't anyone give me a chance?
we all just stare at the screen
mesmerised like its the 90s
still dreaming of beatuiful places
wishing our lives away
we're still longing to feel something
something strong and real
like in the movies
----
When i was with you, I felt like the overwhelming weight was always about to crush me.
Now I'm not with you anymore but I still can't breathe.
----
i haven't felt this bad in a long, long time.
i can't even begin to unravel the layers of numbness, denial and lies that i've wrapped around my emotions.
words mean nothing, pills do nothing and music doesnt help anymore.
i can't even find the right words to express myself these days.
days have all blurred into fog. i can't bring myself to care.
i struggle with daily chores cause all i can do lately is sleep and escape.
far, far away.
i'm making a mess of my life and i know if. i'm spiralling down into depression and i can't stop it.
it seems like i've got what i wanted, after all these years of longing, and yet i'm still so unhappy.
i don't know what's wrong with me anymore, or maybe i know exactly but it doeskin change the fact that i cant change it.
i need something, someone, to tell me how to climb out of this fucking pit.
----
last night she said she wants me to tell her the truth.
she said she's tired of me bottling things up inside.
i only do it to protect her. and myself.
i have no idea how to let her know how it feels.
how to make her understand the pain that i'm in.
it's not her fault, i keep saying that. i've told it to myself so many times that i actually believe it now.
i've told myself many, many lies.
the truth is i'm hurt, i feel like i didn't deserve any of this, i feel like i've tried to be a different person for her, changed myself so much only to please her. and in the end, it made no difference anyway.
i feel taken advantage of. i feel used and lied to.
i feel heartbroken and like i will never trust anyone again.
i feel angry and tired. i feel stupid and furious and desperate and exhausted. i feel like i'm screaming inside.
the worst part is, i don't even know if i'd have her back now. if she just turned around, would i still be able to forgive and forget?
i don't know if i still love her. i feel like it means nothing at this point anyway.
all my love has gone to waste and i have no one to blame, no reason, no explanation.
sometimes i think it would have been easier if she just did something wrong, like cheating. it would at least give me peace of mind. hate is such an easy way out.
but instead i'm left here broken but trying to be supportive. craving but trying not to show it. missing physical contact but distancing myself. missing her but keeping my emotions in isolation.
it's so fucking pathetic, so childish to be sad over. people leave all the time. i know it. i thought i could live with it. turns out i still have a long way to go.
how do i not become bitter, careless and fucking depressed after this?
----
she said i have a flair for the theatrical. if only she saw my notes, countless words of dramatized and romanticised pain that cannot even be called artistic expression anymore.
it's the only way i've got left to not go crazy from keeping all the voices inside.
keeping all the voices inside my throat like a prison. i am my own prison.
-----------------------------------------
Jesień przyszła w tym roku zdecydowanie zbyt wcześnie. W zasadzie nie pamiętam praktycznie nic z lata. Kolorowe liście szeleszczą pod stopami i zewsząd otacza mnie zapach zapalonych zniczy i gęstego dymu z kominów. Zimny wiatr i deszcz sieką mi twarz, a ja biorę głęboki oddech ciężkiego, chłodnego powietrza. Zachmurzone niebo wisi nad głową, nie złowieszczo lecz jakby ze zrezygnowaniem.
Zamykam oczy i znów mam 17 lat i złamane serce. Znów boję się o przyszłość i nie liczy się dla mnie nic oprócz muzyki w słuchawkach i świadomości, że niedługo stąd ucieknę. Znów tylko śpię, płaczę i wystawiam twarz do słońca. Znów czekam tylko na kolejny rozdział fanfika i mam ochotę na wszystko narzekać, wszystkiego nienawidzić.
Nie pamiętam kiedy ostatnio czułem się tak beznadziejnie. Moje życie znów przypomina niekończący się cykl. Choć tak wiele się zmieniło – moje imię, mój adres, mój bagaż – wciąż czuję się tak, jakbym stał w miejscu od czasu liceum.
Tęsknię za szkołą. Tęsknię za tym poukładanym światem, w którym wszystko ma swój czas i miejsce. Wyobrażam sobie momenty, które pewnie w ogóle się nie zdarzyły, a są jedynie składanką wielu wspomnień, mozaiką stworzoną z samotności.
Zapominam polskich słów. Tracę jedyny sposób, w który mogę się w pełni wyrazić.
-----
Istnieje między nami niewidzialna więź wspomnień, doświadczeń i uczuć, która przeistacza się w mur i boję się, że niedługo ten mur na mnie runie. Z jednej strony nie potrafię żyć bez ciebie, a z drugiej życie obok ciebie sprawia mi ból.
Wszystko się na mnie zawala kiedy zachodzi słońce. Znów czuję zbyt wiele, znów chcę tylko zahibernować na zimę, nie czuć już nic, obudzić się wtedy, kiedy moje serce się uleczy.
-----
Zamykam oczy i znów mam 17 lat i złamane serce. Znów boję się o przyszłość i nie liczy się dla mnie nic oprócz muzyki w słuchawkach i świadomości, że niedługo stąd ucieknę. Znów tylko śpię, płaczę i wystawiam twarz do słońca. Znów czekam tylko na kolejny rozdział fanfika i mam ochotę na wszystko narzekać, wszystkiego nienawidzić.
Nie pamiętam kiedy ostatnio czułem się tak beznadziejnie. Moje życie znów przypomina niekończący się cykl. Choć tak wiele się zmieniło – moje imię, mój adres, mój bagaż – wciąż czuję się tak, jakbym stał w miejscu od czasu liceum.
Tęsknię za szkołą. Tęsknię za tym poukładanym światem, w którym wszystko ma swój czas i miejsce. Wyobrażam sobie momenty, które pewnie w ogóle się nie zdarzyły, a są jedynie składanką wielu wspomnień, mozaiką stworzoną z samotności.
Zapominam polskich słów. Tracę jedyny sposób, w który mogę się w pełni wyrazić.
-----
Istnieje między nami niewidzialna więź wspomnień, doświadczeń i uczuć, która przeistacza się w mur i boję się, że niedługo ten mur na mnie runie. Z jednej strony nie potrafię żyć bez ciebie, a z drugiej życie obok ciebie sprawia mi ból.
Wszystko się na mnie zawala kiedy zachodzi słońce. Znów czuję zbyt wiele, znów chcę tylko zahibernować na zimę, nie czuć już nic, obudzić się wtedy, kiedy moje serce się uleczy.
-----
Nie pisałem tutaj od tak dawna.
Dużo się zmieniło przez ten rok.
W styczniu polecieliśmy z Rue na tydzień do Malagi w Hiszpanii. Było cudownie, ale musiałem zrezygnować z piercingu w wardze, bo co chwile mi wypadał i goił się tak szybko, że powtórne przekłuwanie było bolesne.
Nareszcie jestem na hormonach od lutego. Czuję się dobrze, choć zmiany przebiegają strasznie wolno. Nadal nie zawsze "passuję" i wkurwia mnie to. Zmienił mi się głos i zaczęły mi rosnąć włosy na twarzy, ale to wciąż nie wystarcza. Do tego przytyłem, stare ubrania już na mnie nie leżą i przez to moja samoocena bardzo spadła.
Zacząłem chodzić na siłownię. Nieregularnie, ale staram się.
Poznałem parę nowych osób trans.
W marcu miałem pierwsze spotkanie z GIC, po ponad roku czekania.
W kwietniu dostałem pracę jako Junior Designer w agencji, ale po miesiącu zrezygnowałem. Nie chodziło nawet o to, że miałem zapierdol ze studiami, jako iż w maju musiałem oddać wszystkie projekty. Po prostu czułem, że moja dusza tam umiera. Oni w ogóle nie szanowali mojej opinii, nie dbali o to, że jestem nowy i zakładali, że już wszystko wiem i umiem. Do tego szef chyba miał względem mnie jakieś uprzedzenie, bo cały czas rzucał chamskie komentarze.
W maju oddałem wszystkie projekty na studia. Mój ostatni projekt to kolaboracja z LGBT Foundation, po której zacząłem regularnie dla nich projektować jako wolontariusz.
Byłem na paru koncertach: Architects, TOP, NBT, Enter Shikari i The Midnight.
W lipcu miałem graduation, rodzice przyjechali z bratem i jego dziewczyną. Było super, poznali i polubili Rue. Byliśmy z Bratem w Alton Towers i z całą rodziną w Londynie.
W sierpniu Rue i ja zerwaliśmy, bo Rue zrobiła coming out as gay. Nie powiem, że było to zaskoczenie, aczkolwiek wciąż boli jak cholera.
We wrześniu poleciałem na tydzień do Barcelony. Było cudownie, kąpałem się w morzu i opalałem, było tak gorąco. Po powrocie z miasta jednak ryczałem w pokoju. Myślałem, że ten wyjazd jakoś zaleczy mi serce, jednak tak się nie stało.
Od tego czasu w sumie niewiele pamiętam.
Nadal nie mam stałej pracy, musiałem pożyczać kasę od rodziców i czuję się przez to jak totalny śmieć i porażka. Nie wierzę, że po tylu latach studiów i ciężkiej pracy wciąż jestem bez roboty w industry. Miałem parę wywiadów i wszystko na nic, bo "jestem zbyt dobry i kreatywny". Co do kurwy.
Moja depresja wróciła, już nawet nie wiem, czy to sezonowa, czy po prostu z czystych okoliczności. Wiem tylko, że czuję się chujowo, leki nie pomagają, nie mam na nic siły i ledwo daję radę.
Jestem wolontariuszem w schronisku, bawię się z kotami i to chyba jedyna dobra rzecz ostatnio. To i fakt, że babcia G. mnie zaakceptowała (rodzice jej powiedzieli) i nie ma problemu z tym, że jestem, jak ona to nazywa, "Karolkiem". Ach, no i MCR ogłosiło parę koncertów po tylu latach od rozpadu.
Nie wiem, co mam dalej pisać. Bardzo rzadko już teraz mówię czy piszę po polsku. Po angielsku w sumie też, nawet niewiele czytam.
Chcę tylko spać, już nawet muzyka nie pomaga.
Czekam, aż moje serce przestanie ziać pustką jak czarna dziura.
When the red glazes over my eyes
There's nothing anyone can say or do
Just you try and stop me
Try and stop what I've become
How I wish there was a way
środa, 19 grudnia 2018
Rok 2018
Nareszcie mam czas, żeby trochę przysiąść i napisać o
kończącym się roku. Szkoda tylko, że nie mam w ogóle humoru.
Ten rok był chyba najlepszym rokiem mojego życia,
przynajmniej do listopada. Był to rok zmian, turbulencji, dopinania swego i
walki o siebie.
Na początku roku, po powrocie z Polski ze Świąt zrobiłem
sobie nowy tatuaż.
Później poznałem Cassie. Wydawało mi się, że coś z tego
będzie, ponieważ było to zakochanie od pierwszego wejrzenia. Był to jednak
ciężki związek, ponieważ oboje mieliśmy swoje własne problemy i choć wydawało
mi się, że jestem gotowy, w rzeczywistości wciąż nie wierzyłem, że zasługuję na
miłość. Drugą sprawą była jeszcze ilość rzeczy, w których kwestii się nie
zgadzaliśmy, na przykład diet oczyszczających i narkotyków. Cassie była jak
duch, ponieważ jej dysocjacja kompletnie uniemożliwiała nam komunikację. Z
czasem nasz związek przerodził się w jednostronne staranie z mojej strony i
ewentualnie musieliśmy się rozstać. Ja walczyłem do końca, jednak ona zerwała
ze mną w marcu, kiedy byłem w Polsce.
Długo myślałem, że się po tym nie pozbieram. Byłem w trakcie
roku szkolnego i rzuciłem palenie (16 marca). Wszystko zawaliło się mi na
głowę.
W kwietniu poznałem Rue i choć bałem się, że jest zbyt
wcześnie, w maju zaczęliśmy się spotykać. Nasza pierwsza randka była w
Eurowizję w maju i Rue jest też pierwszą osobą, która przekonała mnie na seks
na pierwszej randce. Nie żałuję tego. Mamy naprawdę zdrowy związek oparty na
szczerości, zaufaniu i po raz pierwszy czuję, że to może być to. Prawie
codziennie pytam ją, czy chce za mnie wyjść. Jeszcze nigdy nikogo tak nie
kochałem. Do tego mamy dobre życie seksualne i czasem też rozważamy związek
poly. Rue uczy mnie kochać i ufać od nowa, a jednocześnie wspiera mnie we
wszystkim.
Rue w końcu przyczyniła się do tego, że w kwietniu zostałem
weganinem i nigdy nie czułem się tak dobrze. Przeprowadziłem się z Izzy do
nowego mieszkania.
W wakacje przyjechał do mnie tata i pojechaliśmy na
Islandię. Ta wycieczka nas do siebie zbliżyła i wydaje mi się, że tata
zrozumiał wreszcie kim jestem. W lipcu pojechałem do Polski na trochę. Byłem
też w Londynie na prywatnym spotkaniu z Gendercare i dostałem diagnozę. Byliśmy
z Rue w Cardiff i było świetnie.
We wrześniu rzuciłem pracę. Dzięki pożyczce, którą dostałem
w poprzednim roku szkolnym, udało mi się zaplanować ten rok tak, abym nie
musiał pracować. Była to świetna decyzja, bo w hotelu zrobił się niezły syf a
studia pochłaniają ogromną ilość czasu.
Ten rok na studiach był rozczarowujący. Brak organizacji,
nauczyciele, którzy mają nas gdzieś i generalny brak wsparcia, w połączeniu z
moją nasilającą się depresją sprawił, że nawet dotrzymywanie terminów było nie
lada wyzwaniem. Nigdy wcześniej nie czułem się taki wyprany i kreatywnie
zmęczony. Nie wiem, jak uda mi się zdać ten rok. Jest chaotyczny, ciężki i
pełen załamań psychicznych.
Po rzuceniu pracy przekłułem sobie znowu wargę. Wcześniej
podpisałem swój deed poll o zmianę imienia, a teraz także zrobiłem prowizoryczne
prawo jazdy i nowe konto w banku na moje imię.
Z pomniejszych rzeczy kupiłem używaną akustyczną gitarę,
którą nazwałem Leila. Zostałem trans ambasadorem na uczelni i zacząłem bardziej
udzielać się w sprawach trans. Mój projekt licencjacki będzie we współpracy z
LGBT Foundation.
Teraz jestem w Polsce na Święta, choć wolałbym chyba nie
być. Bardzo cieszyłem się na te Święta, ale od niedawna moja samoocena
drastycznie spadła i chyba moja depresja się nasiliła. Do tego mama sprosiła
dziadków na święta, co w rezultacie sprawiło, że ryczałem przed przyjazdem cały
dzień. Naprawdę nie chcę tu być. Mam dość przymykania oczu na własną krzywdę. W
tym roku nauczyłem się tak wielu rzeczy o sobie i o świecie i zrozumiałem, że
muszę zatroszczyć się o siebie.
Chciałbym wreszcie poczuć, że zasługuję na
szczęście. Nie chcę dłużej udawać i przepraszać za swoją egzystencję, nie chcę
przepraszać za dyskomfort, który inni odczuwają tylko dlatego, że jestem transem.
Przede wszystkim jednak jestem zmęczony ciągłymi kompromisami kosztem własnej
tożsamości bo naprawdę nie proszę o nic więcej tylko o zwykły szacunek. Rue
bardzo mi pomaga w znalezieniu swojej prawdy i własnej wartości. Trzymam się jej
jak portu podczas sztormu i mam nadzieję, że wreszcie ten ocean się uspokoi.
To chyba sezonowa depresja. Myślę o wakacjach i słońcu i
jakoś mi lepiej. Medytuję i staram się nie wpadać kompletnie w czarną otchłań
depresji.
Przetrwałem tak wiele w tym roku. W przyszłym roku kończę
studia i zaczynam hormony. Ten rok jako całość był naprawdę dobry i pierwszy
raz poczułem szczęście. Oby następny był jeszcze lepszy.
Zespoły i wykonawcy tego roku: Billie Eilish, Architects, Nothing But Thieves, The Weeknd, Kristine (i inne 80s synthwave), The Midnight i Citizen.
sobota, 30 grudnia 2017
Podsumowanie roku 2017
Siedzę właśnie przy biurku, rysując nowymi ołówkami i
słuchając Coldplay. Zapach grafitu działa na mnie kojąco, przypomina mi o
dzieciństwie. To ciekawe, w jaki sposób dorastanie pozwala nam zmienić
perspektywę na przeszłość: nagle zwyczajny zapach ołówka czy blask światła na
ulicy przed domem rodzinnym pozwala nam przenieść się w czasie. Nagle zaczynam czerpać
przyjemność z małych rzeczy i zwyczajnie cieszyć się byciem z rodziną. Byciem
takim, jakim jestem, akceptowanym w każdym calu. Byciem szczerym, przebaczającym
i odważnym – wobec siebie i wobec innych.
Ten rok pełen był „pierwszych razów”. Zrobiłem pierwszy
tatuaż, zacząłem medytować i ćwiczyć jogę. Przede wszystkim jednak zrobiłem
coming-out do rodziców, co przebiegło stopniowo ale bardzo pomyślnie. Okazało
się, że szczerością i nieskrywanymi emocjami można naprawić coś, co wydawało się
nie do naprawienia. Paradoksalnie, choć bałem się, że ich stracę, przez mój
proces tranzycji rodzice i ja zbliżyliśmy się do siebie. Wsparcie, które od
nich otrzymałem, dało mi siłę i wiarę w to, że wreszcie będziemy prawdziwą
rodziną. A pomyśleć, że tak bardzo bałem się ich reakcji. Szczególnie mój tata
okazał się o wiele bardziej akceptujący i wyrozumiały, niż wydawało mi się
przez wszystkie lata. Wiem, że mam niesamowite szczęście, ponieważ tak wiele
trans osób nie może liczyć na swoją rodzinę. Nagle, z ich wsparciem, wszystkie inne
problemy wydają się bez znaczenia. Po raz pierwszy od wielu, wielu lat powiedziałem im, że ich kocham. Te słowa mają dla mnie ogromne znaczenie i cieszę się, że dojrzałem do tego uczucia.
W tym roku przeszedłem także na antydepresanty. Na początku
czułem się po nich źle, co chwilę było mi niedobrze, a moja uwaga była bardzo
rozproszona. Teraz jednak wiem, że mi pomagają, ponieważ stresuję się mniej i
czuję większą stabilność. To dziwne, że czasem można tak po prostu nic nie
czuć, niczym się nie przejmować. Być może straciłem część swojej wrażliwości,
być może jestem trochę otępiony i rozkojarzony, jednak jest to mała cena za
normalne funkcjonowanie, bez ataków paniki, załamań psychicznych i myśli
samobójczych.
Postępy poczyniłem także w mojej drodze do hormonów i
tranzycji. Nie tylko już zupełnie otwarcie jestem out, ale przede wszystkim w
końcu udało mi się dostać skierowanie do GIC w Sheffield. Co prawda okres
oczekiwania jest okropnie długi (co w dużej mierze przyczynia się do mojego
pogorszonego nastroju – frustracja mnie obezwładnia), ale najważniejsze, że
jestem już na dobrej drodze. Bardzo chciałbym rozpocząć terapię hormonalną w
przyszłym roku. Chciałbym również się zakochać i więcej podróżować.
Ogólnie rzecz biorąc, ten rok był ciężki ale także pełen
dobrych zmian. Zmieniłem pracę i podejście do studiów (już się tak nie
przejmuję ocenami). Zmieniłem się w kontaktach z innymi. Przez parę miesięcy
nasiliła mi się depresja ze względu na dysforię i poczucie, że stoję w miejscu
z hormonami, aczkolwiek teraz, mimo tego czasu oczekiwania, staram się patrzeć
na wszystko pozytywnie. Być może tak ma właśnie być, a wszystko przyjdzie w
swoim czasie. Jeśli chodzi o studia, ten rok póki co zawierał mniej
pieczołowitej organizacji a więcej chaotycznego miotania się między projektami
i kończenia ich o 3 rano podczas picia alkoholu i załamania. Chciałbym to
zmienić, może uda mi się wrócić do mojego poukładanego trybu życia. Z drugiej
jednak strony chciałbym także zrobić coś szalonego, spontanicznego.
Jestem teraz w dobrym miejscu psychicznie. Oby rok 2018
okazał się jeszcze lepszy.
K.
Subskrybuj:
Posty (Atom)