Kurwa, zabieram się za tę notkę od nie wiadomo jak długiego czasu i nie mogę nigdy zebać słów i myśli, które potrafiłyby opisać stan, w jakim się znajduję.
Odłączam się od siebie samej i innych ludzi.
Jestem milcząca, wycofana, nie mam siły na żadną interakcję społeczną.
Każda, nawet najprostsza socjalizacja jest dla mnie trudna.
Co chwilę robię lub mówię coś głupiego.
Nie chce mi się mówić.
Słowa słowa słowa
To tylko słowa.
Izoluję się i tłumię emocje.
Chce mi się tylko ciąć ciąć ciąć
i uciekać.
Jestem zmęczona kłamaniem i kreowaniem własnego obrazu.
Uważaniem, by nie powiedzieć za dużo.
Jestem ciągle zmęczona.
To jest mój trwały stan.
Budzę się rano zmęczona.
Gdy wstaję, moje serce bije szybko i kręci mi się w głowie i niedobrze mi.
W szkole jest zbyt głośno, zbyt duszno.
Za dużo ludzi.
Tyle wydarzeń, w których nie chcę uczestniczyć.
Nie mam siły nawet się uczyć.
Wracam do domu, i parę godzin leżę w łóżku.
Niczego już nie pragnę, ale to nie nirvana,
bo czuję się pusta.
Moje życie to jedna wielka pomyłka.
Jestem igraszką w rękach losu.
Świat sobie ze mnie kpi i pluje mi w twarz.
Chciałabym, by chociaż raz wiatr wiał w moje plecy
zamiast w moją twarz.
Powiedziałam M.L prawdę o sobie.
Okrojoną, ale jednak.
Prawie przestaliśmy rozmawiać i czuję się przez to jak śmieć.
Zraniłam kolejną osobę.
Czytam Biblię Szatana i ta książka w dziwny sposób mnie uspokaja.
Ostatnio kolega przyniósł całą paczkę żyletek do szkoły.
I dał mi jedną.
Miałam ją w ręce.
Byłam tak blisko.
Tak blisko.
Oddałam mu ją.
Mam gdzieś swoje własne człowieczeństwo.
Powtarzam ten sam schemat w kółko, mimo iż wiem, że jest ze mną źle.
Nie umiem i nie mam siły tego przerwać.
To jest jak koszmar, w którym widzisz swoje życie rozpadające się przed swoimi oczami jak na ekranie.
Stoisz i patrzysz, bo nic nie możesz zrobić.
Tylko że to nie jest koszmar.
Biegnę wprost w centrum burzy.
Wieje wiatr i odziera mnie z człowieczeństwa.
Uśmiecham się do nieba
i przytulam się do drzew
lecz wśród ludzi milczę
i usuwam się w cień.
To wszystko jest we mnie.
Ten smutek, ból, żal, poczucie winy, nienawiść, krzywda.
To wszystko jest we mnie.
Boję się wojny, cholernie się boję.
Martwię się każdą rzeczą.
Przestałam pisać i rysować.
Ostatnio mam jakieś wielkie, gejowskie feelsy.
Brzydzę się tego.
Brzydzę się siebie.
W dodatku okazało się, że J. i O. są bi.
To w takim razie J. mnie naprawdę podrywała.
Nie mam pojęcia, co zrobić z tą wiedzą.
Cały czas śni mi się wielki, ciemny dom z długimi korytarzami, w którym kogoś szukam.
Ostatnio śniło mi się, że uciekałam z psychiatryka i matka mnie nie poznała.
Dzisiaj śnił mi się kościół, w którym ściany i obrazy ociekały krwią.
Nienawidzę swoich snów.