sobota, 16 sierpnia 2014

Lost myself and I am nowhere to be found

Wieczory już pachną jesienią.
Robi się coraz chłodniej.
Ostatni rok szkoły zbliża się z wiatrem.
Z jednej strony już jej chcę, a z drugiej znów się boję.
Jesienią jestem najsmutniejsza
i jest mi z tym najwygodniej.

Lato minęło mi cicho i bez uniesień.
Bywało lepiej, bywało gorzej.
Chyba jest tak, jak zawsze.
Znów nie zrealizowałam własnych planów,
znów nie zrobiłam nic do szkoły,
znów po trochu umarłam.

Może trochę się postarzałam.
Przestałam robić to, co kiedyś.
Przestałam się interesować wieloma rzeczami.
Czuję się przez to pospolitsza, zwyklejsza, jałowa.
Jakbym traciła część siebie.
Znowu stawała się nikim.
A może to tylko wpływ jesieni.
Tak samo, jak samotność.

Przeczytałam dziś "Zabić drozda".
Podobało mi się.

Słucham ostatnio dużo muzyki zupełniej innej, niż dotąd.
Gdy brakuje mi słów, tak jak teraz, cytuję teksty.



"Jeśli istnieje tylko jeden rodzaj ludzi, to dlaczego nie możemy żyć ze sobą w pokoju? Skoro wszyscy są tacy podobni, czemu schodzą czasem z dobrej drogi i zaczynają gardzić sobą nawzajem?"~ Zabić Drozda

wtorek, 15 lipca 2014

Chestpains and heartbreaks

W chuj dawno nic tu nie pisałam.
Po części z braku czasu, po części z braku energii, a po części z powodu mojego rozpoczętego projektu.
Miałam w planach głęboką analizę siebie i tego, kim jestem.
Oraz jak się stało, że jestem tą osobą.
Zachęciły mnie do tego znaleziska z dzieciństwa i gimnazjum.
Więc postanowiłam spojrzeć do wnętrza siebie.
Dotarłam do połowy,
ale się zgubiłam.
A teraz nie mogę wrócić.

Mam jednak zamiar nadal dokończyć tę podróż.
Tylko w swoim czasie.
Póki co jestem w zbyt opłakanym stanie.

Kwiecień zleciał mi szybko, maj podobnie.
Czerwiec był wyczerpujący.

Przez ostatnie miesiące czułam się gorzej, niż kiedykolwiek.
Ostatni raz miałam podobne załamanie w gimnazjum.
Chciałam się zabić.
I prawie to zrobiłam.
Powstrzymała mnie tylko jakaś irracjonalna myśl o Gerardzie.
I tak oto kolejny raz mnie uratował.

Pisałam do B.
Odpisał, że może się ze mną spotka.
Może.

Jestem okropnym człowiekiem.
Nie potrafię niczego docenić.
Nie potrafię wywiązać się z obowiązków.
Nie chcę i nie mam siły się zmieniać.
Ani zmieniać czegokolwiek.

Dostałam stypendium za angielski.
Niby sukces, lecz ja nadal nie potrafię się z tego cieszyć.
Wciąż czuję się beznadziejna, bezsilna, nic nie warta.

W przyszłym tygodniu wyjeżdżamy nad morze.
Boję się.
Zżera mnie anxiety.
Będę tam sama, nie będę nawet mogła się kąpać.
Wcale nie chcę jechać.

Jestem przerażona perspektywą prawa jazdy, matury i studiów.
Jestem po prostu śmiertelnie przerażona.
Każda decyzja jest dla mnie katorgą.
Ale nikt tego nie zauważa.
Wszystkim wydaje się, że przesadzam.
A ja zwyczajnie jestem sparaliżowana strachem.
Nie potrafię się ruszyć.
Ciągle tylko palę z nerwów.

Niedawno minęła rocznica śmierci K.
Byłam na jego grobie.
Ktoś położył na nim białą lilię.

Kolejny raz obudziłam się dziś z krzykiem.


niedziela, 6 kwietnia 2014

Thought cancer

yesterday was 20 years since my beloved angel Kurt has died. i know it seems irrational but i love him so much and i’m always grateful for what he taught me. if it hadn’t been for him, who knows if i’d be even alive. he was one of the first people to teach me tolerance and love for art. he was also the first person with whom i felt really connected on an emotional level, i finally felt i wasn’t alone in this. even though i never got to meet him, his art and his legacy will always be a huge part of my life and my identity as a person. 
i hope you’re in a better place and one day we’ll meet. 
rest in peace, i love you.

20 lat a wciąż boli tak samo.
Nie miałam nawet czasu godnie go opłakiwać, tak jak to zwykłam robić w przeszłości, bo musiałam szykować się na głupią osiemnastkę.
Mam takiego kaca, że ledwo się ruszam, a do tego jestem chora i wszystko mnie boli.
Oczywiście spiłam się i prawie przelizałam się z jakąś dziewczyną.
Jestem obrzydliwa.
Rozmawiałam z K. o B.
Tęsknię za nim.
Potem wróciłam do domu i płakałam.
Miałam tak silne załamanie nerwowe, że naprawdę chciałam się zabić.
Pisałam pojebane rzeczy na twitterze i wszyscy się o mnie martwili.
Nienawidzę być sobą.
Nienawidzę, kiedy spada ze mnie moja maska i odsłania się prawdziwa ja.
Tak bardzo nienawidzę pokazywać prawdy o sobie.
Nie zasługuję na przyjaźń, miłość ani szczęście.

Nie mogę zaszyć tej rany, nie mogę jej kurwa uleczyć, to tak cholernie boli.

Pierwszy raz od dawna śniły mi się płomienie. 
Płomienie w moich snach pojawiają się wtedy, gdy bardzo chcę umrzeć.



środa, 2 kwietnia 2014

To a long gone friend whom I dearly miss

my mind
tends to draw
to vast and open spaces
into the forest
back on the field
when the sun is down
and the dusk approaches quietly

my mind
tends to follow
the flock of birds
flying away, flying home
towards the better
towards the place
where they belong

towards emptiness

wild heart
i have a wild heart
i miss the times
when we would run together
run ahead
straight ahead
without a purpose

without expectations
broken dreams
and goals we so often
failed to achieve
without a sound
i knew you so well
i could tell apart
your every breath

where did those days go
where did they go
when we'd just blend into the grey clouds
breathing in the scent of summer night?

now we're all running
towards something we don't know
hoping we'll make sense of it
hoping we'll get it in the end
like we were trained for

my mind still
tends to draw
to freedom
but my memories
stop me dead in my tracks

2014 K.

poniedziałek, 31 marca 2014

Rip a piece of my heart out and leave with it like everyone else

Jestem tak rozjebana.
Tak rozdarta.
Koncert Architects był świetny, ale nic nie zmienił.
Zabawne.
Łudziłam się, że chociaż na moment będę szczęśliwa.
Ale jest jak w "Szklanym kloszu".
Nie ważne, gdzie i z kim jestem, co robię.
Zawsze jestem nieszczęśliwa, samotna i odizolowana.
Zawsze.
W Krakowie było tak dużo ludzi.
Prawie umarłam, bo nie mogłam się tam odnaleźć.
Nie pojadę już nigdy do żadnego wielkiego miasta.
Zrobiłam z siebie totalną kretynkę.
Tam było tyle świetnie ubranych, pięknych, bogatych, wspaniałych ludzi.
A ja tam nie pasowałam.
Byłam przerażona i prawie się popłakałam.
Nie należę do żadnej subkultury.
Nie jestem emo, metalem, grungem, corem.
Nie należę donikąd.
Do nikogo.
Jestem nikim.
Mam kryzys wszystkiego.
Nie wiem nawet, jaka jest moja płeć i orientacja.
A więc jak mogę zadecydować o swojej przyszłości, stylu, czymkolwiek?
Mogę jechać na pierdolony koniec świata i nadal będę wrakiem człowieka.
W dużych miastach czuję się źle.
W małych miastach czuję się źle.
Nie należę do tego kraju.
Do tego świata.
Nie potrafię znaleźć drogi do domu, bo nie wiem, co to dom.
Czuję się, jakbym była w kilku miejscach i nigdzie jednocześnie. 
Jakbym była w kilku częściach.
To nie są moje osobowości.
Teraz jest inaczej. 
Te granice nie są tak wyraźne.
Chcę i nie chcę. 
Mogę i nie mogę. 
Rozumiem i nie rozumiem. 
Wszystko na raz. 
Jakby było kilka mnie.
Gadam jak pierdolona schizofreniczka.
Moja głowa jest przepełniona.
Za dużo tam osobowości. 
Za dużo sprzeczności, które rodzą dyskomfort.
Nie istnieją słowa w języku, którymi mogłabym opisać to, jak się czuję.
Sama siebie nie rozumiem i nie oczekuję, że ktokolwiek to zrobi.

Potrafię pomóc wszystkim, choć mnie nikt nie może pomóc.
Jestem nienaprawialna.
Wytrzymałam trzy dni bez cięcia się i to było piekło.
Dłużej bym nie potrafiła.
Gdyby nie te przebłyski wspomnień z danych lat pomyślałabym, że zawsze taka byłam.
Ale nie byłam.
Nie byłam tak aspołeczna, pełna obaw i smutna.
Jak to się stało?
Nie mam już siły trzymać się powietrza.
Nie mam już siły.

Siedziałam osiem godzin w pociągu i patrzyłam na świat.
Myślałam o życiu.
O sobie.
Tak bardzo siebie nienawidzę.
Tak bardzo chcę umrzeć.
Jestem od urodzenia na przegranej pozycji, bo jestem dziewczyną.
Nigdy nie będę miała zespołu.
Moje marzenia są nic nie warte.
Jedynym wyjściem jest śmierć.

Tęsknię za B. i za K. 
Dlaczego wszyscy muszą mnie opuszczać?

Muszę iść na osiemnastkę T. w dwudziestą rocznicę śmierci Kurta.
Proszę proszę proszę, Boże, jeśli istniejesz, zabij mnie.


sobota, 22 marca 2014

One year ago, the last star of hope died

Dokładnie rok temu w moim życiu zgasło
 jedyne światło nadziei, a ja zaczęłam
nieprzerwanie staczać się w ciemność.
Znowu.
Tym razem nic ani nikt mnie nie uratuje.
MCR było dla mnie wszystkim.
A teraz ich nie ma.
Nie jestem w stanie myśleć o niczym innym.
To wszystko spada na mnie tak nagle.
Nie ważne, jak bardzo staram się wyprzeć te wspomnienia ze swojej głowy.

Moja depresja osiągnęła swoje apogeum.
Nocami ledwo trzymam się życia.
Ledwo trzymam się życia.
Ledwo się trzymam.
Chcę się puścić.

Byłam dzisiaj na grobie K. i napisałam kolejny wiersz.
Nie wiem nawet, po co to wrzucam.
Tak po prostu.
Nie jestem w stanie napisać czegoś konkretnego.


Kontemplacja nad grobem Ziemi
Przytłoczona natłokiem spraw żywych
Zapominam, że są wśród nas umarli.
Nie mam czasu ani chęci udać się na twój grób,
Wciąż zajęta i gnana strachem przed tą samą śmiercią,
Która zabrała ciebie.
Patrzę na twój nagrobek.
Ty leżysz tam w dole, samotny i nieświadomy.
Wspomnienia powoli blakną
Zostaje tylko ta płyta
Nic nie znacząca.
Patrzę na nią i zaczynam rozumieć,
Dlaczego ludzie chodzą na cmentarze.
Stoję tam i nie potrafię odejść,
Nogi jak z betonu wrosły mi w ziemię.
Wciąż wierzę, wciąż się łudzę
że jesteś ze mną, że widzisz moje łzy
i kwiaty, które tobie przynoszę.
Wyobrażam sobie, że stoisz tuż obok
Kładziesz mi rękę na ramieniu
I mówisz: „Już dobrze, jestem w lepszym miejscu”.
Niewiele osób o tobie pamięta
I ta świadomość niszczy mnie od środka.
Zapomnieli o tobie ci,
którzy deklarowali przyjaźń.
Ja nie zapomnę
Bo wciąż mi się śnisz.

Wydawało mi się, że oswoiłam się ze śmiercią
Dopóki nie przybrała ona twojej twarzy.



sobota, 15 marca 2014

We were disaster built from flesh and bone

Te dni są puste i głuche, minuty mijają bez celu, chwile rozpływają się w niebycie niczym dym z papierosów, które tak często ostatnio palę. Milczę od tak dawna, że powoli zaczynam zapominać słów. Zaczynam zapominać, że emocje to coś naturalnego i że inni ludzie nie mają problemu z okazywaniem ich. Zaczynam zapominać o tym, by za wszelką cenę udawać człowieka.

Wychodzę na zewnątrz, na wiatr, na deszcz. Idę prosto w stronę burzowych chmur, bo nic już się nie liczy. Nigdy, przenigdy nie było mi tak obojętnie.

Gdzieś z oddali czyjś głos próbuje przedostać się na powierzchnię, dotrzeć do mnie, ale jest zbyt słaby i zbyt łatwo się poddaje.

Ten głos to mój głos.

Próbuje mnie wyciągnąć, pomóc mi, ocalić mnie.

Chcę się rzucić pędem przed siebie, poczuć jak wiatr smaga moją skórę, przenika aż do kości i zamraża je, odziera mnie z bólu, smutku i wspomnień. Chcę poczuć pod swoimi stopami miękkie błoto i poczuć zapach deszczu i poczuć moje bijące serce. Chcę biec biec biec i zostawić siebie samą w tyle i wpełznąć do dziury i zasnąć jak bezpański pies i umrzeć na zimnej ziemi. Jak skopany, zagłodzony, bezpański pies.

Czy jest już wiosna czy jesień? Czy kogokolwiek to obchodzi?

Nie wiem już, czy powinnam to wszystko przeczekać,  czy się poddać. Nie wiem, czy cokolwiek jeszcze ma szansę się poprawić, czy już na zawsze utknę w tym samym miejscu. Pewne jest to, że już zawsze będę miała ten sam umysł. Nie ważne, jak daleko zajdę i jak bardzo będę próbować uciec od przeszłości, mój umysł nadal będzie skażony, zraniony, zepsuty.

Nie ma przy mnie nikogo. Nie ma przy mnie nikogo. Nikogo do siebie nie dopuszczam.

Nikt nie chce przy mnie być.

Nikt nie wie, czym jestem.

Nie potrzebuję współczucia ani pocieszenia.

Potrzebuję świadomości, że ktoś mnie zna i akceptuje.

Zna i akceptuje nawet to, czego ja nie znam i nie akceptuję w sobie.

Ale przecież to niemożliwe.

Granice się rozmazują.
Gwiazdy gasną.
Zapadam się w głąb siebie.

środa, 12 marca 2014

There's ghosts in the water

Kurwa, zabieram się za tę notkę od nie wiadomo jak długiego czasu i nie mogę nigdy zebać słów i myśli, które potrafiłyby opisać stan, w jakim się znajduję.

Odłączam się od siebie samej i innych ludzi.
Jestem milcząca, wycofana, nie mam siły na żadną interakcję społeczną.
Każda, nawet najprostsza socjalizacja jest dla mnie trudna.
Co chwilę robię lub mówię coś głupiego.
Nie chce mi się mówić.
Słowa słowa słowa
To tylko słowa.
Izoluję się i tłumię emocje.
Chce mi się tylko ciąć ciąć ciąć
i uciekać.
Jestem zmęczona kłamaniem i kreowaniem własnego obrazu.
Uważaniem, by nie powiedzieć za dużo.
Jestem ciągle zmęczona.
To jest mój trwały stan.
Budzę się rano zmęczona.
Gdy wstaję, moje serce bije szybko i kręci mi się w głowie i niedobrze mi.
W szkole jest zbyt głośno, zbyt duszno.
Za dużo ludzi.
Tyle wydarzeń, w których nie chcę uczestniczyć.
Nie mam siły nawet się uczyć.
Wracam do domu, i parę godzin leżę w łóżku.
Niczego już nie pragnę, ale to nie nirvana,
bo czuję się pusta.

Moje życie to jedna wielka pomyłka.
Jestem igraszką w rękach losu.
Świat sobie ze mnie kpi i pluje mi w twarz.
Chciałabym, by chociaż raz wiatr wiał w moje plecy
zamiast w moją twarz.

Powiedziałam M.L prawdę o sobie.
Okrojoną, ale jednak.
Prawie przestaliśmy rozmawiać i czuję się przez to jak śmieć.
Zraniłam kolejną osobę.


Czytam Biblię Szatana i ta książka w dziwny sposób mnie uspokaja.

Ostatnio kolega przyniósł całą paczkę żyletek do szkoły.
I dał mi jedną.
Miałam ją w ręce.
Byłam tak blisko.
Tak blisko.
Oddałam mu ją.

Mam gdzieś swoje własne człowieczeństwo.

Powtarzam ten sam schemat w kółko, mimo iż wiem, że jest ze mną źle.
Nie umiem i nie mam siły tego przerwać.
To jest jak koszmar, w którym widzisz swoje życie rozpadające się przed swoimi oczami jak na ekranie.
Stoisz i patrzysz, bo nic nie możesz zrobić.
Tylko że to nie jest koszmar.
Biegnę wprost w centrum burzy.

Wieje wiatr i odziera mnie z człowieczeństwa.

Uśmiecham się do nieba
i przytulam się do drzew
lecz wśród ludzi milczę
i usuwam się w cień.

To wszystko jest we mnie.
Ten smutek, ból, żal, poczucie winy, nienawiść, krzywda.
To wszystko jest we mnie.

Boję się wojny, cholernie się boję.
Martwię się każdą rzeczą.

Przestałam pisać i rysować.

Ostatnio mam jakieś wielkie, gejowskie feelsy.
Brzydzę się tego.
Brzydzę się siebie.
W dodatku okazało się, że J. i O. są bi.
To w takim razie J. mnie naprawdę podrywała.
Nie mam pojęcia, co zrobić z tą wiedzą.

Cały czas śni mi się wielki, ciemny dom z długimi korytarzami, w którym kogoś szukam.
Ostatnio śniło mi się, że uciekałam z psychiatryka i matka mnie nie poznała.
Dzisiaj śnił mi się kościół, w którym ściany i obrazy ociekały krwią.
Nienawidzę swoich snów.


środa, 26 lutego 2014

I can’t remember life without the pain

Na imprezie u E. prawie zbetoniłam się z jej bratem.
On jest 2 lata młodszy.
I znamy się od podstawówki.
Nie wiem, co mi odbiło.
Po alkoholu robię się łatwa jak dziwka i chora z samotności.
Na co dzień jestem już do niej przyzwyczajona,
ale są takie dni
kiedy naprawdę to do mnie dociera:
jestem sama
samotna
samotna zawsze i wszędzie
na zawsze.
A mimo wszystko staram się odpychać od siebie ludzi.
Próbuję pokazać się M. z jak najgorszej strony
ujawnić wszystkie swoje wady
żebym wydała się zimna, głupia i niewarta uwagi.
Żeby się do mnie nie przywiązał
i żebym nie musiała go zranić.
Ale on wciąż do mnie pisze.
I boję się, że zacznie coś do mnie czuć.
A ja nie chcę nie mogę z nim być.
Nie potrafię nic poczuć.
Nie mam na nic siły.
Nie mam siły nawet pisać o tym, że nie mam siły.
Wszystko wydaje mi się tak bezwartościowe.
Ten tydzień jest straszny.
Nawet nie otworzyłam książki przed sprawdzianem z chemii.
Po prostu się rozbeczałam.
Mam mnóstwo swoich problemów, nie mam czasu przejmować się szkołą i nauką.
Matka znowu poruszyła temat osiemnastki, a ja mam wyjebane.
Tnę się codziennie i nawet nie wyobrażam sobie, że mogłabym tego nie robić.
Choć mój ból, moje cierpienie nie zbawią świata.
Nie jest tak, jak w Biblii.
Smutek i rozpacz oczyszczają duszy, nie wiążą się z żadnym wyższym celem.
Są po prostu kolejną igraszką losu.

Ostatnio rozmawiałam z A.
Pierwszy raz od paru lat.
Byłyśmy razem na konkursie.
Śmiałyśmy się, gadałyśmy o ficach, shipach i angielskim.
Znów przez chwilę było tak, jak dawniej.
A potem konkurs się skończył i znów
przestała zauważać, że żyję.
A ja zostałam z milionem myśli
i wspomnień
i żalu
i gdybań
Napisałam o niej piosenkę
choć ona nawet nie wie, jak się czuje.
Nie wie, że strata przyjaciela
boli jakby ktoś wyrwał mi serce,
a dziura po nim płonie i piecze
i nigdy się nie zagoi.

Mam ostatnio jakieś nieokreślone uczucia odnośnie mojej orientacji.
Kolega spytał mnie, czy lubię dziewczyny
i dał mi tym sporo do myślenia.
Tak, lubię.
Jakimś cudem nie zauważałam tego wcześniej.
A teraz przypomina mi się, jak patrzyłam na dziewczyny w szatni.
Jak zakochiwałam się w piosenkarkach.
Przypomina mi się, jak blisko byłyśmy z A.
Prawie jak para.
A potem, tak nagle, wszystko to wyparowało z nas.

Mam okropne koszmary.
Matka mówi, że krzyczę przez sen.

wtorek, 18 lutego 2014

Fade out again

Powiedziałam M. o tym, jak ostatnio się czułam.
Czy raczej nie czułam.
O tym, że czasem odłączam się od ciała.
O tym, że moje prawdziwe ja jest pogrzebane daleko stąd.
O tym, że nie da mi się już pomóc.
O tym, że się poddałam.
O tym, że umieram.

Umieram.
Czuję to z każdym dniem.
Czuję to i wiem to i trzymam się tego.
To jest niezależne ode mnie.
Jestem umierającym człowiekiem na skraju życia.
I nie mam już sił.

Nie chciałam, żeby M. płakała.
Nie chciałam jej martwić.
Ale zmartwiłam.
I czuję się potwornie i lepiej zarazem.
Przynajmniej nie muszę jej dłużej okłamywać.
M. pewnie myśli, że jestem psychopatką.
Może.
Albo mam schizofrenię.
Może.

Za każdym razem, gdy się odłączam, moje ja odpływa gdzieś daleko.
A potem wracam, jakbym wybudzała się ze snu.
Ale za każdym razem, gdy odchodzę, tracę część siebie.
Za każdym razem, gdy Ona przychodzi, skulona i zagłodzona i ukryta w cieniu
i atakuje mnie, krzyczy na mnie, nienawidzi mnie, chce mnie zniszczyć.
Za każdym razem czuję, że coraz mniej mnie zostaje.

Zaniedbałam znajomych.
A mam takich kochanych znajomych.
Tak bardzo chciałabym poświęcać im każdą sekundę życia.
A ich zaniedbuję, bo przestaję się czuć jak człowiek.

Śnił mi się realistyczny koszmar i zaczęłam płakać.
Wszystko mi już jest wszystko jedno.
Staram się trzymać, staram się przetrwać.
Ale jest cholernie ciężko.
Oczy spuchły mi od płaczu przez całą noc i dzień.

Ostatnio dawno nie pisałam w zeszycie.
Już prawie zapomniałam, jak trzyma się długopis.
Nie jestem w stanie tworzyć sztuki.
Za bardzo boli.

Ostatnia piosenka MCR kompletnie mnie dobiła.
Dziura z moim sercu pulsuje i płonie żywym ogniem.
Nigdy, przenigdy się nie zagoi.

Ferie zleciały zbyt szybko.
A teraz znowu szkoła, hałas, tłok, duchota.
Znowu czuję się jak w gimnazjum.

Tęsknię za B.
Tęsknię za wszystkim i wszystkimi, których straciłam.
Wczoraj tak mocno się pocięłam, że nie chciała mi przestać lecieć krew.
A miałam tego nie robić.
Wszystko jest mi zupełnie obojętne.



wtorek, 4 lutego 2014

Ater Sanguis

Czuję, że coraz bardziej oddalam się od swojego ciała.
Tracę poczucie przestrzeni i czasu.
W pewnym momencie jestem świadoma, że coś robię, a w następnym nie wiem, co robiłam.
Coraz częściej czuję się odłączona od danego punktu w czasie i miejsca.
Jakbym była postacią umieszczoną w złym opowiadaniu, złym świecie.
Nie pasuję tutaj.
Ale to nie świat jest zły.
Świat jest piękny.
Okrutny, podły i niesprawiedliwy, ale piękny.
Piękny nie oznacza idealny.
To nie świat jest zły.
Ja też nie.
Ja jestem po prostu wadliwa.
Ranię wszystkich, mimo iż wcale tego nie chcę.
Jestem uszkodzonym egzemplarzem, który trzeba unicestwić.

To nie depresja.
Już nie.
Nie wiem, co mi dokładnie jest, ale to nie tylko depresja.
Obawiam się, że nikt nie mógłby tego zdiagnozować.
Czy to w ogóle jest choroba?
Czy po prostu część mnie?
Myślę, że to drugie.
To wszystko to ja.
To część mnie, bez której nie mogę żyć.
Nie potrafię.
Zabija mnie, ale nie potrafię się od niej uwolnić.
Jak pasożyt, który mną zawładnął.
Bez niego umrę.
Z nim także.

Chciałabym umieć przelać to wszystko na słowa albo na papier.
Ale nie umiem.
Rozpadam się, rozpuszczam.
Jakby ktoś dzielił mi mózg, odrywał od siebie samej.