Tak rozdarta.
Koncert Architects był świetny, ale nic nie zmienił.
Zabawne.
Łudziłam się, że chociaż na moment będę szczęśliwa.
Ale jest jak w "Szklanym kloszu".
Nie ważne, gdzie i z kim jestem, co robię.
Zawsze jestem nieszczęśliwa, samotna i odizolowana.
Zawsze.
W Krakowie było tak dużo ludzi.
Prawie umarłam, bo nie mogłam się tam odnaleźć.
Nie pojadę już nigdy do żadnego wielkiego miasta.
Zrobiłam z siebie totalną kretynkę.
Tam było tyle świetnie ubranych, pięknych, bogatych, wspaniałych ludzi.
A ja tam nie pasowałam.
Byłam przerażona i prawie się popłakałam.
Nie należę do żadnej subkultury.
Nie jestem emo, metalem, grungem, corem.
Nie należę donikąd.
Do nikogo.
Jestem nikim.
Mam kryzys wszystkiego.
Nie wiem nawet, jaka jest moja płeć i orientacja.
A więc jak mogę zadecydować o swojej przyszłości, stylu, czymkolwiek?
Mogę jechać na pierdolony koniec świata i nadal będę wrakiem człowieka.
W dużych miastach czuję się źle.
W małych miastach czuję się źle.
Nie należę do tego kraju.
Do tego świata.
Nie potrafię znaleźć drogi do domu, bo nie wiem, co to dom.
Czuję się, jakbym była w kilku miejscach i nigdzie jednocześnie.
Jakbym była w kilku częściach.
To nie są moje osobowości.
Teraz jest inaczej.
Te granice nie
są tak wyraźne.
Chcę i nie chcę.
Mogę i nie mogę.
Rozumiem i nie rozumiem.
Wszystko na raz.
Jakby było kilka mnie.
Gadam jak pierdolona schizofreniczka.
Moja głowa jest przepełniona.
Za dużo tam osobowości.
Za
dużo sprzeczności, które rodzą dyskomfort.
Nie istnieją słowa w języku, którymi mogłabym opisać to, jak się czuję.
Sama siebie nie rozumiem i nie oczekuję, że ktokolwiek to
zrobi.
Potrafię pomóc wszystkim, choć mnie nikt nie może pomóc.
Jestem nienaprawialna.
Wytrzymałam trzy dni bez cięcia się i to było piekło.
Dłużej bym nie potrafiła.
Gdyby nie te przebłyski wspomnień z danych lat pomyślałabym, że zawsze taka byłam.
Ale nie byłam.
Nie byłam tak aspołeczna, pełna obaw i smutna.
Jak to się stało?
Nie mam już siły trzymać się powietrza.
Nie mam już siły.
Siedziałam osiem godzin w pociągu i patrzyłam na świat.
Myślałam o życiu.
O sobie.
Tak bardzo siebie nienawidzę.
Tak bardzo chcę umrzeć.
Jestem od urodzenia na przegranej pozycji, bo jestem dziewczyną.
Nigdy nie będę miała zespołu.
Moje marzenia są nic nie warte.
Jedynym wyjściem jest śmierć.
Tęsknię za B. i za K.
Dlaczego wszyscy muszą mnie opuszczać?
Muszę iść na osiemnastkę T. w dwudziestą rocznicę śmierci Kurta.
Proszę proszę proszę, Boże, jeśli istniejesz, zabij mnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz