Po części z braku czasu, po części z braku energii, a po części z powodu mojego rozpoczętego projektu.
Miałam w planach głęboką analizę siebie i tego, kim jestem.
Oraz jak się stało, że jestem tą osobą.
Zachęciły mnie do tego znaleziska z dzieciństwa i gimnazjum.
Więc postanowiłam spojrzeć do wnętrza siebie.
Dotarłam do połowy,
ale się zgubiłam.
A teraz nie mogę wrócić.
Mam jednak zamiar nadal dokończyć tę podróż.
Tylko w swoim czasie.
Póki co jestem w zbyt opłakanym stanie.
Kwiecień zleciał mi szybko, maj podobnie.
Czerwiec był wyczerpujący.
Przez ostatnie miesiące czułam się gorzej, niż kiedykolwiek.
Ostatni raz miałam podobne załamanie w gimnazjum.
Chciałam się zabić.
I prawie to zrobiłam.
Powstrzymała mnie tylko jakaś irracjonalna myśl o Gerardzie.
I tak oto kolejny raz mnie uratował.
Pisałam do B.
Odpisał, że może się ze mną spotka.
Może.
Jestem okropnym człowiekiem.
Nie potrafię niczego docenić.
Nie potrafię wywiązać się z obowiązków.
Nie chcę i nie mam siły się zmieniać.
Ani zmieniać czegokolwiek.
Dostałam stypendium za angielski.
Niby sukces, lecz ja nadal nie potrafię się z tego cieszyć.
Wciąż czuję się beznadziejna, bezsilna, nic nie warta.
W przyszłym tygodniu wyjeżdżamy nad morze.
Boję się.
Zżera mnie anxiety.
Będę tam sama, nie będę nawet mogła się kąpać.
Wcale nie chcę jechać.
Jestem przerażona perspektywą prawa jazdy, matury i studiów.
Jestem po prostu śmiertelnie przerażona.
Każda decyzja jest dla mnie katorgą.
Ale nikt tego nie zauważa.
Wszystkim wydaje się, że przesadzam.
A ja zwyczajnie jestem sparaliżowana strachem.
Nie potrafię się ruszyć.
Ciągle tylko palę z nerwów.
Niedawno minęła rocznica śmierci K.
Byłam na jego grobie.
Ktoś położył na nim białą lilię.
Kolejny raz obudziłam się dziś z krzykiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz