poniedziałek, 26 września 2016

Cause if you don't believe it can't hurt you



Sierpień 2016 – Wrzesień 2016

Nie miałem okazji ostatnio nawet usiąść i popisać, a może miałem, ale kiedy już się za to zabierałem nie mogłem z siebie wykrztusić ani słowa. Teraz jednak mam trochę czasu i weny.

Po pierwsze wakacje w Polsce były chyba najlepszymi wakacjami, jakie dotychczas miałem. To szalone, jak zwykły powrót do domu w lato może okazać się najlepszym wypoczynkiem, lepszym nawet niż jakiekolwiek resorty czy ciepłe kraje. Spotkałem się ze znajomymi, nawet z Klaudią, z którą przecież nie widziałem się od matury. Nadrobiliśmy stracony czas i otrzymałem najlepszy komplement: „Nic się nie zmieniłeś”. Z pewnością ten fakt daje ogląd na stan mojej psychiki, skoro najzwyczajniej w świecie cieszę się, że ktoś nie zauważył tych ogromnych zmian, które we mnie zaszły.
A zaszło ich wiele. Zbyt wiele.

Zmieniłem się praktycznie nie do poznania dla samego siebie, choć w Polsce ludzie nadal widzą mnie jako tego samego człowieka, który półtora roku temu wyjechał do Anglii z wielkimi marzeniami i naiwną nadzieją, że będzie to najlepsza decyzja mojego życia. Dla rodziców i przyjaciół jestem wciąż tym samym dzieciakiem, choć przecież tak bardzo spoważniałem i zgorzkniałem. W Anglii obrosłem brudem codziennych trudów, strachem o przyszłość i małostkowością. Moją duszę pokryła warstwa kurzu i toksyn, które mnie tu otaczają. W Polsce poczułem, że wreszcie się oczyszczam, że moje wnętrze pozbywa się tego syfu, przez który tak bardzo się zmieniłem.

Po pierwsze oczyszczałem się przez powrót do dzieciństwa i przeszłości. Jednym ze sposobów było czytanie starych brudnopisów. Zrozumiałem, jak wielką wartość mają w moim życiu słowa, jak potrzebne mi jest pisanie. Te dziesiątki brudnopisów, notatek, zapisków, to wszystko nie poszło na marne. Te słowa są mi potrzebne by nie zatracić siebie zupełnie. One pozwalają mi spojrzeć w przeszłość, przypomnieć sobie to, co wtedy czułem i myślałem. One również zapewniają mi w pewnym sensie nieśmiertelność, ponieważ stanowią realny odcisk tego, że żyłem i żyję. Żadna forma sztuki, nawet muzyka, nie są w stanie tak realnie przywrócić mi wszystkich wspomnień. Słowa są moim dziedzictwem, nośnikiem, naczyniem, są kopalnią wiedzy o moim dzieciństwie i kreatywną odskocznią. Poprzez pisanie uczyłem się empatii, próbowałem zrozumieć świat i w pewnym sensie ocalić te ulotne myśli. Bardzo się cieszę, że zdecydowałem się powrócić do tych zapisków w Polsce.

Moim drugim sposobem na zmycie z siebie brudu było obcowanie z naturą, szczególnie na Alasce. Chodziłem tam na spacery, wspiąłem się na drzewo, pływałem nago w jeziorze w nocy, obserwowałem gwiazdy i myślałem. Natura w Polsce stanowi dla mnie większość wspomnień z dzieciństwa, podobnie jak w Mickiewiczowskim „Panu Tadeuszu”, w którym natura odgrywała rolę „raju lat dziecięcych” poety. To zadziwiające, jak bardzo brak słońca i znajomych miejsc wpływa na moje samopoczucie w Anglii. Nigdy nie zdawałem sobie sprawy z tego, że przestrzeń ma dla mnie tak duże znaczenie. W Gnieźnie także wychodziłem, jeździłem na rolkach i rowerze a wieczorami spotykałem się z przyjaciółmi. Łaziłem po torach, śpiewałem „Trees” na polu na cały głos i czytałem polskie wiersze. Tak jakby zupełnie nic się nie zmieniło.

Podczas wyjazdu na Alaskę poczułem, że się zregenerowałem. Muzyka zaczęła od nowa mieć dla mnie duże znaczenie, łatwiej mi było znaleźć ukryte sensy w tekstach piosenek i utożsamić się z nimi. Również tak błaha rzecz jak granie w gry planszowe uświadomiło mi, jak bardzo tęskniłem za prostotą i niewinnością.

Będąc w Polsce cały mój pobyt w Anglii wydawał mi się złym snem lub zjawą. Cały poprzedni rok zdawał się tak nierealny a ja czułem się tak, jakbym nigdy nie wyjechał. W Polsce urzeka mnie ta nieskażona prostota ludzi i miejsc, zwłaszcza w porównaniu z dużym miastem na Zachodzie. Wszystko w Polsce wydaje się tak niestrute, jak gdyby zatrzymane w czasie. Pociesza mnie również fakt, że moi  znajomi pozostali nadal tak szczerzy i niewinni oraz że nie stoczyli się mentalnie na dno. Daje mi to nadzieję, że może kiedyś Polska będzie nadawała się dla mnie do życia.
W międzyczasie jednak cały czas towarzyszył mi lęk o mój powrót do Anglii. Tak bardzo przyzwyczaiłem się do komfortu życia w Polsce, że powrót do szarego, deszczowego Manchesteru zwyczajnie powodował u mnie ataki lęku.  Było to zresztą uzasadnione, ponieważ nie miałem choćby najmniejszego zabezpieczenia finansowego. Pieniądze dosłownie stanowiły moje być lub nie być w tym kraju i wciąż tak, niestety, jest. Stres z tym związany nie raz spędza mi sen z powiek, choć w tym momencie jest już trochę lepiej.

Ale o tym za jakiś czas.

Powrót do rzeczywistości nie był łatwy, jak zawsze zresztą. Mimo sprzeczek z rodzicami odnośnie finansów widok płaczącej mamy na lotnisku chyba nigdy nie będzie mi obojętny. 

Pierwszych parę dni z powrotem w Manchesterze wypełnionych było tęsknotą i zdezorientowaniem. Nie mogłem się pogodzić z myślą, że już niedługo będę musiał chodzić do szkoły, pracować i znów powtarzać tę samą rutynę. Pogoda również nie była pomocna i to wszystko sprawiało, że czułem się jak we śnie. Na szczęście miałem obok siebie Tashę, dzięki której to wszystko było jakby bardziej znośne. Nie potrafię opisać, jak ważną rolę odegrała ta znajomość w moim powrocie do Anglii. Dzięki spędzaniu czasu z Tashą miałem coś do robienia i kogoś, z kim mogłem szczerze porozmawiać. Bardzo się do siebie zbliżyliśmy w przeciągu tych trzech tygodni, a także poznałem jej znajomych, którzy też mnie polubili. Spędzanie czasu w domu Tashy odciągnęło mnie od nieuchronnej nostalgii i przedjesiennej depresji. 

Przede wszystkim jednak w środowisku znajomych Tashy zostałem od razu zaakceptowany jako mężczyzna, co w rezultacie pomogło mi przed rozpoczęciem studiów. Ten okres socjalizacji jako mężczyzna, poznawania norm i stereotypów i próbowania wpasowania się w nowy świat był mi bardzo potrzebny, mimo iż momentami było to naprawdę trudne. Na szczęście miałem obok siebie Tashę, która dzielnie znosiła moje wywody na temat bycia trans i oferowała niesamowite wsparcie. Jej bezinteresowna akceptacja jest jednym powodem, dla którego jeszcze nie zapadłem się w czeluści smutku. Jako pracoholikowi ciężko mi było odnaleźć sens bez pracy czy studiów, dlatego często gubiłem się we własnych, destruktywnych myślach. Na szczęście Tasha jakimś magicznym sposobem wyciągała mnie z nich. Jej znajomi również się do tego przyczyniają, ponieważ zwyczajnie widzą we mnie tę osobę, którą jestem, a nie tę, którą udaję. Tak wiele mówi się o tym, jak duże znaczenie ma akceptacja osób LGBT, jednak prawdziwie odczuć można to dopiero wtedy, kiedy samemu się tej akceptacji potrzebuje. Po raz pierwszy w życiu czuję się prawdziwie sobą, co przekłada się na moje zdrowie psychiczne i fizyczne (czy wspomniałem, że rzuciłem palenie, ponieważ zwyczajnie nie potrzebuję już używek, by poradzić sobie ze stresem, nudą i samotnością?).

Nie wszystko jednak wygląda tak, jak bym tego sobie życzył. Socjalizacja na nowo jako mężczyzna sprawia, że czuję się jak dziecko, które dopiero uczy się wszelkich reguł interakcji z innymi. Jest coś dziwnego w tym, jak faceci definiują męskość, co zresztą nie powinno stanowić dla mnie zaskoczenia, a jednak. Przede wszystkim mam wrażenie, że nagle nie mogę mówić o żadnych problemach związanych na przykład z menstruacją, ani też w jakikolwiek sposób być w stanie utożsamiać się z dziewczynami. Jeśli nie chcę, aby moja tożsamość została całkowicie zdyskredytowana, muszę zachowywać się i myśleć w sposób typowy dla cis facetów: być seksistą, śmiać się z kobiecych spraw, a nawet żartować z osób LGBT, do których się przecież zaliczam. Nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek będę musiał tak robić. Do tego dochodzą również „oczywiste” sprawy, takie jak postawa, ton głosu, gestykulacja czy prezencja. To wszystko, w połączeniu z największym problemem: wyborem łazienki w miejscach publicznych, często mnie przytłacza. Wśród znajomych Tashy czuję się lepiej, a nawet dowiedziałem się ostatnio, iż część z nich nawet nie wie o tym, że jestem trans. Niestety, już teraz doświadczam nieprzyjemnych sytuacji na studiach. Nie powinno mnie to dziwić ani mnie boleć, jednak ta zmiana w postrzeganiu mnie przez znajomych Tashy a znajomych ze studiów jest po prostu niekomfortowa. Nie mam ochoty ani siły tłumaczyć każdemu kim jestem, chciałbym po prostu, by ludzie sami domyślili się, że jeśli przedstawiam się jako Kyle to chyba naturalne, że używam męskich zaimków. Wiem, że moja droga dopiero się rozpoczęła i i tak zrobiłem duże kroki w dobrym kierunku, jednak cierpliwość w tej kwestii chyba nie jest moją mocną stroną. Do tego fakt, iż niektórzy ludzie nie zdają sobie sprawy, iż jestem trans zupełnie wyprowadził mnie z równowagi, ponieważ nawet w najśmielszych marzeniach nie wyobrażałem sobie, że będę „passował” (był postrzegany jako cis facet) już teraz. Jest to problemem zwłaszcza wtedy, gdy ludzie pytają, dlaczego korzystam z damskiej łazienki (ostatnie wyjście na miasto, nieprzyjemna sytuacja).

Mimo wszystko jednak daję sobie jakoś radę. Cieszę się, że zaczęły się już studia, ponieważ przynajmniej mam czym się zająć. Podobają mi się projekty, które mamy do wykonania, aczkolwiek mam pewne wątpliwości względem osób na moim kierunku. Moje pierwsze wrażenie było takie, jakbym cofnął się do liceum: znów jestem „tym dziwnym”, tym, który trzyma się na uboczu, otoczony grupką wytapetowanych dziewcząt i chłopców w dresach. I, uwierzcie mi, chciałbym, żeby to była tylko metafora. Niestety z moich obserwacji wynika, iż jestem póki co jedyną osobą z kolorowymi włosami i dość alternatywnym gustem muzycznym. Owszem, widziałem jednego chłopaka w tatuażach i koszulce Nirvany, jednak przytłaczająca większość to po prostu typowe „Tumblr girls” i „chłopaczki” w bejsbolówkach i Nike’ach. Nie chcę tutaj oceniać po wyglądzie czy szerzyć stereotypów, jednak po prostu spodziewałem się czegoś zupełnie innego biorąc pod uwagę fakt, iż jest to artystyczny kierunek. Nie zdziwiło mnie również bardzo ignoranckie podejście ludzi podczas tygodnia wstępnego. Mam wrażenie, że większość ludzi nadal myśli, że studia są przedłużeniem liceum i że przy minimalnym wkładzie pracy jakoś się prześlizną z roku na rok. Niewiele osób wykazywało jakiekolwiek zainteresowanie tematem, ponieważ nie były to zadania na ocenę. Dodatkowo zdziwiłem się, ponieważ wiedziałem stosunkowo dużo o grafice w porównaniu z innymi, a przecież to oni a nie ja uczęszczali do college’ów. Brzmi to złośliwie, ale mam przeczucie, że większość tych ludzi wkrótce przekona się, że studiowanie to nie przelewki i że najwyższy czas spoważnieć. W pewnym sensie spodziewałem się tej mentalnej bariery między mną a nimi, spowodowanej zapewne całym rokiem ciężkiej pracy i płynącego z niej doświadczenia życiowego. Czuję jednak, że w pewnym sensie mnie to wzmacnia, ponieważ nawet mimo braku wiedzy teoretycznej potrafię chociażby rozplanować sobie naukę czy ambitnie i rzetelnie podejść do zadań. Ukończenie tego kursu bardzo wiele dla mnie znaczy; wiem już dokładnie czego chcę i jak to zdobyć, co moim zdaniem stawia mnie w lepszej sytuacji. Póki co trzymam się z dwoma fajnymi osobami i cieszę się, że przynajmniej mam z kim siedzieć. Chciałbym jednak nawiązać głębsze przyjaźnie podczas studiów, a to już dobrze nie rokuje. 

Mam nadzieję, że wkrótce znikną wszystkie moje obawy, zwłaszcza związane z pracą. Na razie utrzymują mnie rodzice, jednak jestem w trakcie szukania pracy. Nie jest to łatwe, nie przysługują mi też żadne zasiłki z racji tego, iż jestem z Unii Europejskiej. W międzyczasie zrobiłem coś dobrego dla siebie i zapisałem się na terapię oraz zarejestrowałem się do doktora. Wciąż mam fobię społeczną, co praktycznie niweluje jakiekolwiek szanse na normalne interakcje z ludźmi, jednak ostatnio czuję się trochę lepiej. Mimo jesiennego, zimnego wiatru i zapachu zgniłych liści staram się nie popaść w depresję i trzymać się pracy oraz znajomych. Chciałbym po prostu pozbyć się tego lęku przed ludźmi i nieznanymi sytuacjami, ponieważ powstrzymuje mnie on przed wykonaniem jakichkolwiek poważnych kroków w stronę mojej przyszłości i kariery, na przykład w fotografii koncertowej. 

O właśnie, zapomniałem o tym wspomnieć. Niestety moja kariera fotograficzna skończyła się tak szybko, jak się rozpoczęła. Bardzo mi z tego powodu przykro, ponieważ nie jest to zależne ode mnie, a po prostu od okoliczności towarzyszących. Jako student moim priorytetem są teraz zajęcia i praca, zwyczajnie nie mam czasu ani funduszy by dalej zajmować się fotografią profesjonalnie. Szkoda, ponieważ taka okazja nie zdarza się często i boję się, że zmarnowałem coś, co miało potencjał. Życie jednak, jak to mówią, to sztuka wyborów, a w moim przypadku wybór był raczej oczywisty. Gdyby nie studia-kto wie, może nawet zaszedłbym gdzieś dalej w fotografii. Jestem trochę rozczarowany, ponieważ całokształt mojej sytuacji wygląda tak, jak w maju 2015 roku. W pewnym sensie jestem znów w punkcie wyjścia: znów nie mam żadnych przyborów domowych ani pracy. Mam jednak nadzieję, że ten cały trud ostatnich miesięcy nie poszedł na marne i że czegoś się przynajmniej nauczyłem.

Na razie skupiam się na studiach i znalezieniu pracy, w międzyczasie snuję odważne plany o terapii hormonalnej, pokonaniu lęku i…posiadaniu tuneli w uszach (tak, mamo, dobrze słyszałaś. Zamierzam znowu zgrzeszyć, wybacz mi).

Po raz pierwszy od wielu miesięcy czuję się w miarę dobrze i mam nadzieję.

PS. Playlista przyjdzie później, tak sądzę?

sobota, 2 lipca 2016

I don't even care about titles anymore

Nie wiem już gdzie i jak o tym wszystkim mówić czy pisać.
Mam wrażenie, że nikt nie chce o tym słyszeć a ja sam nie potrafię nikomu powiedzieć.
Zrobiłem się taki odizolowany od wszystkich swoich przyjaciół.
Mam wrażenie, że świat nigdy nie dowie się, co się dzieje ze mną i w moim życiu.

Nie mam pojęcia, co zrobić ze sobą.
Kolejny raz jestem na totalnym rozdrożu, ale tym razem nie mam nikogo, kto mógłby mnie nakierować na właściwy tor, nikogo kto by zrozumiał.
Jestem całkiem sam, zupełnie samotny w swoich sukcesach, porażkach, wyborach.

Ostatnie tygodnie były chyba najgorszymi od czasów gimnazjum.
Nawet nie wiem, jak to się wszystko stało.
Czuję się tak, jakby cały świat się ode mnie odwrócił i robi wszystko, by mi dokopać.

Praca stała się nie do zniesienia.
Nie wierzę, że przez głupią robotę mam myśli samobójcze.
Czuję się upokorzony do granic możliwości, wszyscy tam chcą mnie upodlić, wykorzystać i podciąć mi skrzydła.
Nie po to wyjechałem do Anglii i nie po to zostawiłem wszystko, co kocham, by dać się tak traktować.
A jednak daję się tak traktować, bo nie mam absolutnie żadnego wyboru.

Przez moją fobię społeczną i depresję nie jestem w sanie zrobić niczego.
Najprostsze czynności wywołują u mnie nieopisany lęk i paraliżują mnie.
Myślę, że byłbym w stanie zrobić o wiele więcej, gdyby nie to.
Czuję się jak największy przegrany życia, bo staram się, tak bardzo się staram, a świat co chwilę rzuca mi kłody pod nogi.

Ludzie mówili, że będzie łatwiej, a ja w to wierzyłem.
Łudziłem się, że się przyzwyczaję, że może to wszystko było tylko chwilowe.
Jak widać nie było, nic nie robi się łatwiejsze, a wręcz przeciwnie, im dłużej tu jestem tym jest mi trudniej.
Jest mi tak cholernie trudno i nie ma na świecie nikogo, kto by to zrozumiał.

Nie mogę powiedzieć, że się nie staram, bo robię kurwa wszystko, ale świat po prostu chce, żebym się poddał.
Nawet moja rodzina mówi, żebym wrócił do domu, mimo że dostałem się na studia.
A jednocześnie nie mogę wrócić, chociaż bardzo bym chciał, bo oznaczałoby to porażkę.
Nie mogę się poddać, bo znaczyłoby to, że zmarnowałem ponad rok swojego życia.

Pobyt w Anglii wyżarł ze mnie wszystko, co dobre.
Zniszczył moją siłę, wypalił wspomnienia, odciął moje kontakty z bliskimi.
Nawet gdybym wrócił, nie byłbym już tą samą osobą, bo permanentnie się tu zmieniłem.
Zmarnowałem cały rok życia i w jeden rok stałem się kimś nie do poznania.

A problemy tylko się mnożą.
Po raz kolejny muszę szukać pracy, a boję się cholernie, bo nie potrafię nawet napisać głupiego CV, a tym bardziej pytać o pracę na mieście.
Dostałem ofertę robienia zdjęć w klubie nocnym, ale godziny są tak chujowe, że nie ma żadnego rozsądnego transportu i będę musiał wydawać fortunę na same dojazdy, nie wspominając o tym, że będę tłukł się z całym sprzętem w środku nocy przez miasto.
Do tego muszę się przeprowadzić szybciej niż myślałem, bo Rebecca nie może mieć współlokatorów przez wyjście Anglii z Unii.
Samo wyjście pozostawię, bo jestem cholernie wściekły i zawiedziony, a do tego boję się o moją przyszłość w tym kraju.
Z Bodziem nie mam już prawie w ogóle kontaktu, on sobie chyba poukładał życie na nowo, podczas gdy ja nie mam nawet siły wstać z łóżka w weekend.
Ostatnio miałem atak paniki i wydawało mi się, że ojciec mnie bije.
To wszystko wraca, wszystkie wspomnienia związane z rodzicami wracają i uświadamiają mi, że nie ma już miejsca dla mnie w ich domu, że już nie mam drogi powrotnej.

Matka Rebecci chce zniszczyć jej życie, bo dowiedziała się, że jest lesbijką.
Manipuluje nią i używa do tego jej młodszej siostry z problemami edukacyjnymi.
To wszystko jest tak popierdolone, a ja nie mam pojęcia, jak jej pomóc.

Nic nie idzie po mojej myśli mimo że robię wszystko, co w mojej mocy.
Nawet głupia terapia nie wypaliła, mimo że dzwonili do mnie.
Nie mogłem z nimi rozmawiać przez telefon w pracy i już się nie odezwali.
A zebrałem się w końcu na odwagę.

Ostatnia strzelanina w Orlando dała mi sporo do myślenia i zrobiłem coming out do Natalii i Denisa.
Zamierzałem nawet powiedzieć rodzicom, ale zbyt się boję, zwłaszcza po tym, co zrobiła matka Rebecci.
To okropne, że takie rzeczy wciąż się dzieją.
Na szczęście Denis i Natala okazali się kochani i zaakceptowali to, choć wątpię, że to całkowicie zrozumieli.

Ostatnio nie mogę się podnieść z łóżka, całymi dniami leżę.
Wczoraj po pracy po prostu zasnąłem i mimo że spałem paręnaście godzin nadal jestem zmęczony.
Czuję się jak chodzące zombie, a w pracy po prostu się wyłączam, włączam autopilota a moja dusza dysocjuje gdzieś daleko poza moje ciało, bo po prostu nie jestem w stanie znieść tego wszystkiego.
Do tego ktoś powiedział wszystkim, że idę na studia, i od tego czasu nikt nie daje mi żyć.

Ataki paniki się nasiliły, ostatnio praktycznie się duszę przez nie.

Nie wiem już, co mam robić, nie mam siły na nic.
Nie mogę wrócić do domu i nie mogę tu zostać.
Jestem w sytuacji bez wyjścia, w pułapce, którą sam na siebie ściągnąłem.
I nie mogę znikąd oczekiwać ratunku.

Chciałbym, żeby ktoś o tym wiedział. Żeby słyszał.

Za parę godzin przylatuje do mnie mój brat.
Znowu muszę zmusić się do udawania szczęśliwego i zapewniania mu rozrywki.

Boże, ja tak bardzo chcę zniknąć.

czwartek, 31 grudnia 2015

2015 part 1



Rety, jak zawsze strasznie długo tu nie pisałem.
Nie miałem kompletnie czasu ani siły, innej wymówki nie ma.
W każdym razie dziś ostatni dzień roku 2015 i wypadałoby choć cokolwiek napisać.
Teraz nabrałem trochę dystansu do minionych dni, więc łatwiej mi wszystko streścić.

Tak więc, 2015 był rokiem zmian.
Tak wiele się wydarzyło, dosłownie nie potrafię przypomnieć sobie wszystkiego.
201 był też absolutnie i bezsprzecznie wykańczającym rokiem, zarówno psychicznie, jak i fizycznie.
Pod każdym względem ten rok był jednym z najtrudniejszych, o ile nie najtrudniejszym, w moim życiu.

Przede wszystkim aplikowałem na studia w UK. Spędziłem wiele nocy na pisaniu wszystkiego, wybieraniu kierunków, przygotowywaniu się mentalnie na wyjazd.
Napisałem maturę. Zaniedbałem kompletnie powtórki z braku czasu, pochłonięty myśleniem o Anglii. Matura nigdy nie była dla mnie czymś chwalebnym, nigdy nie uznawałem jej za osiągnięcie. Mimo to przed samą maturą udzielił mi się wszechobecny stres i sam zacząłem się denerwować. Potem dotarło do mnie jednak, że matura to przecież nie koniec świata, a studia w Polsce to nie jedyna droga. Zajęło mi to dużo czasu, aby dorosnąć do tej myśli i wyrwać się z owczego pędu. Mimo nielicznych powtórek udało mi się bardzo porządnie wszystko zdać.
Dni przed samą maturą spędziliśmy z B. na naszych miejscówkach, rozmawiając o Polsce i czym dla nas jest ojczyzna. To niesamowite, jak bardzo obraz własnego kraju może się zmienić w obliczu przeprowadzki. Rozmawialiśmy o dzieciństwie, wspomnieniach.
W zakończenie roku nauczyciele powiedzieli mi bardzo wiele pięknych słów i rad. Dostałem stypendium, za które rodzice kupili mi tablet. W kwietniu wygrałem też konkurs z angielskiego i w nagrodę kupiłem sobie telefon. Swoją drogą, w tym roku wygrałem bardzo dużo pieniędzy i osiągnąłem trochę sukcesów w konkursach.
Wreszcie nadszedł czas przeprowadzki. Pożegnałem się ze wszystkimi, strasznie było mi żal. Ostatniego dnia przed wylotem poryczałem się w łóżku, brat przyszedł mnie pocieszać a ja nie mogłem przestać płakać. W dzień wyjazdu przyjechali do mnie Lis i Alex, tak dawno się nie widzieliśmy. Poszliśmy na koncert na rynek, były jakieś Dnia Miasta. Grało Afromental. Poryczałem się, bo chciałem być jak Łozo.
Widok mojej mamy płaczącej na lotnisku nadal siedzi mi w głowie i boli, cholernie boli. O kocie nawet nie wspominam.
***
Pierwsze tygodnie w Anglii były dziwne. Z jednej strony byliśmy podekscytowani, a z drugiej mieliśmy bardzo dużo spraw do załatwiania. Dzwonienie po bankach i dostawcach; agencja mieszkaniowa, która kompletnie nas wykiwała; niekompetencja ludzi i pierwsze negatywne wrażenia. Baliśmy się chodzić po mieście, co chwilę się gubiliśmy. Któregoś dnia chcieliśmy iść do baru, po czym siedzieliśmy parę godzin w parku przed nim. W końcu nie weszliśmy ze strachu, że nas nie wpuszczą.
Wtedy po raz pierwszy dopadła mnie samotność. Nagrywałem jeszcze wtedy videobloga i mniej więcej po tygodniu można zauważyć we mnie zmiany. Co chwilę płakałem z tęsknoty za domem, miałem bardzo dużo stresu na głowie, a do tego nie mieliśmy pracy. W domu nie było nic, wszystko musieliśmy wysłać paczką z Polski. Spaliśmy pod płaszczami, praliśmy w olejku cynamonowym. Do tego zaczęło nam brakować pieniędzy. Brak pracy spędzał mi sen z powiek, zaczynałem wariować. Do dziś uważam, że bezrobocie to koszmar i nie mam pojęcia, jak inni to wytrzymują. Doszło do tego, że chodziłem głodny i przez dwa tygodnie jadłem tosty. Rodzicom też kończyły się pieniądze i sami stwierdzili, że się przeliczyli z kosztami i że nie będą mogli mnie wspierać. I tak na samą przeprowadzkę wydali na pewno około 15 tysięcy.
Doświadczałem wtedy bardzo wielu emocji. Przede wszystkim czułem się tak, jakbym dopiero się urodził. Niby na to właśnie liczyłem w związku z przeprowadzką, na kompletne wymazanie mojej historii i rozpoczęcie życia na nowo. Nie miałem jednak pojęcia, że taka tabula rasa oznacza samotność i brak jakiegokolwiek punktu odniesienia. Musiałem nauczyć się całego życia od nowa, a przede wszystkim stworzyć siebie na nowo. Dla ludzi tutaj jestem kompletnie nikim, kolejnym imigrantem. Nikt mnie nie zna, nie zna mojej historii, nikt nie może mnie zrozumieć bo nikt nawet nie wie, jak wyglądało moje życie w Polsce. Muszę tutaj pisać siebie od nowa, a to wielka odpowiedzialność, bo wystarczy jeden błąd, a ludzie już wyrobią sobie o mnie opinię. Tutaj nikt nie wybacza, zostanę zapamiętany jako taka osoba, na jaką się wykreuję. Z jednej strony daje to poczucie wolności, bo sam mogę zadecydować o tym, co chcę o sobie ujawnić innym ludziom, ale na dłuższą metę jest to męczące. Brak poczucia tożsamości jest okropny. Nie mam tutaj dla kogo się starać, nie mam nikogo, z kim mógłbym dzielić się zainteresowaniami. Przez to odechciewa mi się robić cokolwiek. Kiedyś nawet z głupiej przekory chciałem się wyróżniać, być innym. Tutaj jestem i tak tylko częścią bezkształtnej, bezkulturowej masy różnych narodowości, które zamieszkują jakąś niczyją wyspę. Nie mam do kogo się porównać, a więc nie wiem, kim jestem. Dotarło do mnie, że własną tożsamość można określić tylko na zasadzie podobieństwa i różnic względem innych ludzi. Człowiek bez kontaktu z innymi staje się nijaki, jego wnętrze się rozpada. Przede wszystkim brakuje mi motywacji, aprobaty, bycia kimś dla kogoś. Pochwały mnie budowały, wspierały moją kreatywność i sprawiały, że chciałem robić coś jeszcze. Kiedyś miałem świadomość, że komuś w jakiś sposób pomagam. Tutaj stałem się typowym materialistą, nastawionym tylko na przetrwanie, tak jak wszyscy, którzy tu przyjeżdżają.

Anglia to iluzja i mit.
Doświadczam tego boleśnie każdego dnia.
Emigracja jest ciężka, a obcy kraj jest bardzo różny od domu.
O tym nie uczą w szkole. O tym nie mówią, kiedy zachęcają do pójścia na studia w UK.
Nie każdy tak samo tego doświadcza, być może to tylko ja jestem wrażliwcem, który za dużo myśli. Mimo to mam wrażenie, że istnieje jakieś zbiorowe doświadczenie emigracji, swego rodzaju brzemię, które musi udźwignąć każdy, kto wyjeżdża. Bo nie chodzi tylko o zmianę klimatu. Tutaj wszystko jest inne.
W Anglii wszystko jest jednorazowe, płytkie i krótkotrwałe.  Kontakty ludzie, związki, ambicje. Wszystko jest jak torby foliowe, które można użyć, a potem wyrzucić.
Wszystko jest gotowe i mdłe, zupełnie jak tutejsze jedzenie.
Angielska uprzejmość to kłamstwo, a na dłuższą metę staje się ona irytująca.
Anglicy pytają cię, jak się masz, choć tak naprawdę nie chcą tego wiedzieć, to po prostu ich zwyczaj. A ty musisz odpowiedzieć, że wszystko w porządku, nawet jeśli w środku płoniesz.
Anglicy będą udawać, że cię lubią, aby dobrze się bawić na imprezie czy na jakimś spotkaniu. Zapomnij, że kiedykolwiek jeszcze się do ciebie odezwą. Albo zwyczajnie cię zignorują, albo nawymyślają bzdur. W końcu i tak nauczysz się, że musisz tak samo traktować innych ludzi.
Anglicy są bardzo wycofani i nie okazują wiele emocji. Polacy pod tym względem są mi bliżsi, ponieważ my jako naród jesteśmy bardzo szczerzy i surowi w swoich poglądach i tym, co czujemy. W Polsce jest wiele konfliktów właśnie z tego powodu. Polak zawsze powie ci, co myśli, nawet jeśli przy okazji obrzuci cię przekleństwami. Anglicy są tego zupełnym przeciwieństwem – będą udawać, dopóki nie dasz im spokoju, albo rzucać ci niejasne wskazówki i liczyć, że może coś z tego złapiesz. Ich tradycyjna uprzejmość nie pozwala im na jasne wyrażanie dezaprobaty czy gniewu, a więc nawet odmowę przedstawią w taki sposób, że nie zrozumiesz, co właściwie zostało powiedziane.
Anglicy wierzą w system klasowy. Jest to jedna z rzeczy, na którą nie mogę się zgodzić i która jest dla mnie zupełnie abstrakcyjna. Wiele rodzin nadal uważa się za ‘klasę wyższą’, przez co chce mi się śmiać, bo w Polsce nie ma czegoś takiego – wszyscy są jednakowo biedni.
Anglicy piją alkohol przy każdej możliwej okazji, przy czym nie piją wódki lecz piwo, nawet w Święta.
W Anglii nic nie jest logiczne i już nawet przestałem się doszukiwać racjonalnego myślenia w tym kraju. Osobne krany na ciepłą i zimną wodę, lewostronny ruch uliczny, niejasne przepisy. A myślałem, że w Polsce jest trudno. Owszem, w Polsce biurokracja jest czymś nie do zniesienia, jednak przynajmniej każdy o tym wie. W Anglii wszystkie urzędowe sprawy wydają się łatwe, jeśli to ty chcesz gdzieś umieścić swoje pieniądze, natomiast jeśli chcesz te pieniądze odzyskać – nagle zaczynają się schody. Porównałbym to do cyrografu, którego podpisanie jest dziecinnie proste, ale rozwiązanie go niemożliwe. Nie zliczę ile razy musiałem wykłócać się o coś, co mi się należało i ile nerwów straciłem, użerając się z agencją o taką pierdołę jak drugi komplet kluczy.
Stereotyp Polaka-cebulaka, który wyjechał tylko za pieniędzmi, jest ciągle żywy i prawdziwy. Irytuje mnie to, ponieważ ci ludzie najczęściej się nie socjalizują, a zamiast tego próbują tworzyć tu jakieś małe kolonie, napędzane tylko pieniędzmi. Anglicy nadal widzą nas jako podwładnych, którzy będą zapierdalać i robić nadgodziny, aby tylko być na takim samym poziomie finansowym co Anglicy. Oczywiście nigdy się to nie udaje, a mam wrażenie, że Anglicy się z nas po cichu śmieją, że ‘biedne Polaczki tak zapieprzają’. Nie żal mi jednak tych Polaków, bo w życiu nie spotkałem takiego poziomu rasizmu, homofobii i ogólnego braku kultury i jakiejkolwiek wiedzy o świecie. Wciąż nie rozumiem, jakim cudem takie osoby wyjeżdżają do tak wielokulturowego państwa.
Co do wielokulturowości, to mam wrażenie, że Anglicy nie mają swojej tradycji i kultury. Mieszkańcu UK pochodzą z wielu krajów i nawet jeśli się tu urodzili, wciąż nie są częścią europejskiego dziedzictwa. Polska pod tym względem się wyróżnia, u nas każdy potrafi rozpoznać drugiego Polaka. Mamy swoje potrawy narodowe, przysłowia, znane piosenki, tradycje. W UK wszystko się rozmyło w wyniku napływu innych kultur. Mam wrażenie, że jest to ziemia niczyja i nawet trochę współczuję Anglikom, ponieważ tylko tradycja i kultura potrafią tak silnie połączyć ludzi. Może to właśnie dlatego Anglicy mają takie podejście do innych ludzi.
Wracając do wydarzeń z mojego życia.
Po wielu nieudanych próbach wysyłania CV wreszcie dostałem pracę. Tata podesłał mi jakąś ofertę, zaaplikowałem i poszedłem na wywiad. Okazało się, że moją przełożoną była Polka, a w firmie pracuje bardzo dużo Polaków. Na początku było ciężko. Nie robiłem nic specjalnego i nie czułem się potrzebny.  W każdej chwili mógłbym zostać zastąpiony, a do tego nie umiałem odnaleźć się w biurze. Dojazdy zajmują mi półtora godziny w jedną stronę, co bardzo odbiło się na moim zdrowiu. Nie rozumiałem tutejszego akcentu, co bardzo zburzyło mi pewność siebie w zakresie języka, a jest to przecież jedyna rzecz, z której jestem zadowolony w sobie. Do tego wszystkiego agencja mi nie płaciła, nie dostałem pieniędzy za wolne i za chorobowe. Chciałem się wykłócać, ale bałem się, że stracę pracę. W końcu zrozumiałem, że tak właśnie wygląda „praca po znajomości”. Szefowa agencji najwyraźniej uznała, że Polaczki będą pracować za psie pieniądze i nie będę miał odwagi, by się przeciwstawić. Najgorsze jest to, że każdy w firmie wie, jak beznadziejna jest ta agencja i że okrada ludzi, jednak nikt nie potrafi z tym nic zrobić.

C.D.N.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

P.S.

Swego czasu nagrałam kawałek piosenki.
Moje pierwsze oryginalne coś, w dodatku opublikowane.
TU

"Sorry Mom"
Come sit here
face to face
Let's talk about
our mistakes

I know I let you down again today
And I'm sorry, mom, but I can't change.
No I cannot change.

czwartek, 28 maja 2015

Scared of my own image, scared of my own immaturity

Nie pisałam tu od lutego.
A sporo się wydarzyło.
Przede wszystkim nie jestem już z Larą.
Napisałam maturę.
Wyjechałam do Manchesteru.

To dziwne, jak wszystko drastycznie się zmieniło.
Jak zmieniły się moje marzenia i plany.
Tak drastycznie.

Po długich tygodniach milczenia postanowiłam zerwać z Larą.
Nie miało to już sensu.
A tak bardzo o to walczyłam,
To ona zignorowała mnie.
To ona się wycofała,
Być może przestraszyła się dorosłego życia,
za co jej nie winię.
Być może jestem zbyt poważna.
Zbyt smutna.
Nie wiem sama.
Wiem za to, że przykro mi.
Ale wiem też, że tak jest lepiej.
Nie mogę być z kimś, kto nie może wziąć
odpowiedzialności za mnie i moje uczucia.
Odpowiedzialności za przyszłość,
wspólną przyszłość,
którą miałyśmy razem budować.
Jestem jedynie wściekła na samą siebie.
Mam ogromny żal, że po raz kolejny dałam się zranić.
Po raz kolejny zaryzykowałam i żałuję tego.
Albo i nie?
Nie żałuję bycia z nią.
Żałuję tylko tego, że łudziłam się, iż potrafię z kimś być.
Nie potrafię.
Nie jestem wystarczająca dla nikogo.
I nie będę.
Wiedziałam o tym już od dawna.
Wiedziałam, że to tak się skończy.
Każdy mój związek to emocjonalna manipulacją mną.
I za każdym razem próbuję kogoś naprawić.
Nie staję w obronie siebie.
Nie patrzę na swoje potrzeby.
Daję się wykorzystywać i poniżać
dla czyjegoś dobra.
Dlaczego?
Bo uważam, że tylko na to zasługuję.

Lara zablokowała mnie na wszystkich stronach,
nazwała szmatą
i zerwała kontakt.

***

Zakończenie roku było wzruszające.
Płakałam.
Żegnałam się z nauczycielami.
Dostałam nawet nagrodę od Rady Rodziców.
Rodzice kupili mi tablet, choć o to nie prosiłam.
Dostałam książkę od Pani G.
Pan dyrektor cytował mój artykuł.
Naprawdę się wzruszyłam.
Wszystko się nałożyło i dosłownie nie mogłam powstrzymać płaczu.
Pożegnania były trudne i dziwne.
Zrozumiałam, że to koniec mojej edukacji i życia w Polsce.

***

Matury przyszły szybciej, niż to sobie wyobrażałam.
Nie uczyłam się zbyt wiele.
Za dużo miałam na głowie.
Lara, przeprowadzka, pakowanie...
Na ostatniej prostej dostałam cios prosto w serce
i musiałam mimo to zapomnieć i iść dalej.
W przeciwnym razie na pewno nie napisałabym tych matur.
To zdumiewające, jak znieczulonym można się stać
kiedy potrzeba zachować zimną krew.

Biologia i polski poszły mi raczej dobrze.
Chemia trochę gorzej, choć była łatwa,
ale nie uczyłam się, bo nie musiałam.
Mam dobre przeczucia.
Może nie będę najlepsza,
Tylko to się liczy.

***

Przed samym wyjazdem byłam okropnie zestresowana.
Przez chwilę chciałam nawet zrezygnować ze studiów.
I wyjazdu w ogóle.
Zewsząd słyszałam tylko: "ale ci zazdroszczę!".
Nie ma czego.
Naprawdę.
Przepłakałam ogromną ilość nocy,
brat musiał mnie pocieszać.
Odpowiedzialność i tęsknota są okropne.
Bałam się.

Przez parę ostatnich w Polsce starałam się wchłonąć wszystko.
Chodziliśmy w nocy po polach z B.
Czas płynął mi zupełnie inaczej.
Wydawało mi się, że rzeczy, które wydarzyły się parę dni temu
zdarzyły się miesiące, lata wstecz...
Czułam emocjonalne wyczerpanie.
Włączyłam autopilota.
Po raz pierwszy w życiu
wyłączyłam muzykę,
bo żadna piosenka nie była w stanie oddać tego, co czułam.
Żadna.
Wybrałam ciszę.

W noc przed odlotem byłam na skraju wytrzymałości.
Myślałam, że nie przeżyję.
Zwątpiłam w swoje własne marzenia.
Czy aby na pewno tego chcę?
Zaczęłam uświadamiać sobie,
jak wiele mam do stracenia.
Jak bardzo będę tęsknić
za komfortem, za kotem, za przyjaciółmi.
Czułam się tak, jakby jakaś część mnie była wyrywana.
Nie byłam gotowa na ten wyjazd.
Choć prawdopodobnie nigdy bym nie była.

Kiedyś wydawało mi się, że nic mnie tu nie trzyma.
Chciałam uciec, zatrzeć ślady, spalić mosty.
Nie miałam nic do stracenia.
Teraz dopiero czuję, że miałam.
Miałam chociażby to głupie poczucie,
że ktoś inny się mną opiekuje.
Że ktoś inny kieruje moim życiem.
Gardziłam tym uczuciem,
a teraz brakuje mi go.

***

Pamiętam, jak pewnego razu, zanim się przeprowadziłam
chodziliśmy z B. po nowej dzielnicy.
W pewnym momencie ogarnęło nas oboje
ogromne, przytłaczające uczucie uwięzienia i smutku,
jakbyśmy weszli w jakąś dziurę energetyczną, inny wymiar.
Znikąd poczuliśmy się okropnie, jakby całe nasze życie
było nic nie warte.
Ja poczułam się jak jakaś nieznana, mała dziewczynka z wioski,
która nocami marzy o wielkim świecie,
ale wie, że nigdy nie opuści rodzinnego domu.
To uczucie beznadziei, pułapki i duszenia się
towarzyszyło mi prawie cały czas w moim mieście.
Dlatego zawsze marzyłam o ucieczce.
Przed wyjazdem jednak, kiedy to wieloletnie marzenie
miało się wreszcie spełnić,
czułam się, jakbym jechała na zsyłkę.
Jakbym nie goniła marzeń, a była siłą wyrzucana z domu.
Bałam się, że wszyscy o mnie zapomną.
Jakbym jechała na śmierć.

Spotkałam swojego bohatera.
Spełnia się moje marzenie.
Nie jestem tą małą dziewczynką z wioski,
ale i tak nie jestem szczęśliwa.

***

Przez to całe emocjonalne gówno przeprowadziła mnie tylko jedna myśl.
"Wytrwaj do 18. maja. Potem będzie lepiej."
Łudziłam się, że to taka data graniczna.
Że po niej wymażę całe swoje życie.
Cały ból i smutek.
Że w nowym miejscu będę miała nowe życie.
I mam, tylko że nie takie, jakim je sobie wyobrażałam.

Marzenia pozostają piękne tak długo, jak się nie spełniają.

Jedną z moich największych obaw było to,
iż stracę poczucie sensu.
Wielokrotnie o tym pisałam.
Bałam się, że bez tego azymutu, jakim jest szkoła,
zwyczajnie nie będę umiała poukładać sobie życia.
Bez nadzoru, kontroli i obowiązków
zwyczajnie zatracę się w życiu przyziemnego, szarego mieszczanina.
Stracę swój cel.

I tak też się stało.
Co prawda jestem w Anglii dopiero parę dni,
ale czuję, że coś we mnie umarło.
Jakby prawdziwa ja została w Polsce,
Z dnia na dzień czuję, że się starzeję,
Ciężar obowiązków i samodzielności jest duży
i odbija się w moich podkrążonych, zmęczonych oczach.
Przez te ostatnie dni stałam się wrakiem siebie samej.
I desperacko próbuję nie żałować, że tu w ogóle przyjechałam.

Zdarzają się oczywiście dobre chwile.
Wreszcie czuję, że żyję.
Mogę być kimkolwiek zechcę.
Ale ta wolność ma też swoją złą stronę.
Jest jej po prostu za dużo,
a ja nie wiem,
jak mam nawigować.
Czuję się jak małe dziecko.
Uczę się żyć od nowa.
Nikogo tu nie znamy, dokucza nam samotność.
Czuję, że to miasto oferuje ogromne możliwości,
których ja nie wykorzystuję.
Myślałam, że zmiana miejsca mnie uwolni.
Tymczasem wciąż tęsknię
i przekonuję się, że tak naprawdę nie jest ważne, gdzie jestem,
Niezależnie od tego, dokąd ucieknę, nie ucieknę od siebie samej.
Ta ciemność, która mnie dusi, jest we mnie.
I podąża za mną wszędzie.
Mogę być w najwspanialszym miejscu na świecie
a i tak będę nadal tą skrytą, samotną, złamaną osóbką.
To mnie naprawdę boli.

Nie chcę mówić, że się zawiodłam.
Nie przyjechałam tu z żadnymi konkretnymi oczekiwaniami.
Chciałam tylko zmiany, i ją otrzymałam.
Nic jednak nie jest takie proste, jakim się wydaje.
Ludzie piszą, że mi zazdroszczą.
Że mam dobrze.
Prawda jest taka, iż nie ma czego zazdrościć.
Póki co jest mi bardzo źle,
choć widzę, że na dłuższą metę wszystko to się opłaci.
Mam nadzieję, że nie będę musiała długo na to czekać.

***

Ostatnio mam też wrażenie, że zatracam swoje zainteresowania.
Zostawiłam gitarę i mikrofon w Polsce,
Przestałam rysować, pisać, czytać, śpiewać, robić zdjęcia.
Ogarnęła mnie prosta rutyna dnia.
Straciłam wenę.
Tracę to, co czyni mnie sobą, kimś wyjątkowym.
Planuję powrócić do tego, co zaniedbałam przed maturami.

Często czuję się jak chłopak.
Dysocjuję też częściej niż zwykle.
Zatracam siebie.
Czuję się jak wirująca grupka atomów w przestrzeni.
W tak wielkim mieście łatwo jest się rozpłynąć.
Nie czuję przywiązania do czasu ani miejsca.
Godziny płyną mi na niczym.
Chodzę ulicami i widzę je, ale nie obejmuję ich świadomością.
Nie rejestruję ich.
Czuję się jak duch.
Czuję się, jakby ktoś inny sterował moim życiem.
To dziwne, bo przecież właśnie teraz to tylko ja decyduję o sobie.
Pierwszy raz samodzielnie kieruję sobą,
a czuję się, jakbym obserwowała wszystko spoza swojego ciała.
Gdzieś z oddali.
Brakuje mi samoświadomości.
Nie uczestniczę w życiu.

Mam nadzieję, że kiedy poznam więcej ludzi, wszystko się zmieni.
Póki co mam ogromne huśtawki nastrojów.
Ale całościowo czuję się źle.
Być może to nie wina samej przeprowadzki,
a tego, że wkraczam w dorosłe życie
i nie wiem, co mam z nim zrobić.
Izolacja od ludzi tylko wzmaga to wszystko.

***
Zapomniałam wspomnieć o konkursie.
A więc wygrałam ogólnopolski konkurs angielskiego.
Za bon, który dostałam, kupiłam sobie telefon.
Nigdy w życiu nie wygrałam pieniędzy.
To bardzo miłe uczucie.
A w dodatku jestem najlepsza w Polsce.
To naprawdę dziwne, ale i pokrzepiające.
Ach, i zdałam IELTS na 8.0.

***

Przed wyjazdem pogodziłam się z M.
Potrzebowałam tego, by dopiąć wszystkie sprawy,
choć i tak tego nie zrobiłam.
Znów rozmawiamy.
Nic nie jest jak dawniej, oczywiście.
Ale jest na pewno lepiej.

***

W dzień wylotu odwiedzili mnie L. i A.
Tęskniłam za nimi.
Potem znalazłam w ogrodzie ptaka, który wypadł z gniazda.
B. widział rannego, krwawiącego ptaka.

***

Ostatnio słucham bardzo dużo Twenty One Pilots, Tokio Hotel i emocjonalnego hardcore'u.
TH i TOP ratują resztki mojej świadomości.
Uwielbiam.






***

Synapsy neurony
krew z krwi
wieża z kości
jestem tylko ciałem
materią
ludzką 
i
martwą
nie ma we mnie nic
wiecznego
pięknego
tylko żyły synapsy
pompa
tłocząca
ból

piątek, 27 lutego 2015

Wait for me, it's all better now

Lara przyjechała do mnie 19. lutego.
Pojechała do domu we wtorek.
Jej przyjazd był najpiękniejszym, co mnie ostatnio spotkało.
Miałam tyle obaw, zupełnie niepotrzebnie.
Wszystko było idealnie.
Ludzie mnie zaakceptowali.
Rodzice ją bardzo polubili.
Ja sama zupełnie straciłam głowę.
Mam tyle wspaniałych wspomnień i doświadczeń.
Ona sprawia, że czuję się kochana i akceptowana.
Ona sprawia, że czuję się dobrze sama ze sobą.
Nigdy w życiu nie byłam tak zakochana.
I to jest piękne uczucie.
Do tego straciłam z nią dziewictwo.
I bardzo się z tego cieszę.
Seks zawsze wydawał mi się krępujący,
byłam przekonana, że jest to bardzo poważna sprawa.
Zbyt poważna, bym kiedykolwiek się na nią zdobyła.
A z nią było po prostu pięknie.
Intymnie, śmiesznie i przede wszystkim czule.

Spełniło się moje marzenie.
Mam wspaniałą, wspierającą dziewczynę.
A przecież zrezygnowałam z miłości.
Powiedziałam sobie, że na zawsze zostanę sama.
Prawie pogodziłam się z tą myślą.
Przekonywałam i oszukiwałam samą siebie,
że nigdy nie zaryzykuję.
A zaryzykowałam kolejny raz.
Dla niej.

Zauważyłam, że życie ciągle testuje moje możliwości.
Okoliczności doprowadzają mnie na sam kraniec,
ciągle jestem poddawana próbie.
I kiedy myślę, że to już absolutny koniec mojej wytrzymałości,
kiedy chcę się poddać
kiedy wydaje mi się, że nie mam już siły
dzieje się coś ważnego.
Coś, co pozwala mi iść jeszcze dalej,
przekroczyć własne granice.
Zdarzyło się to już wielokrotnie.

Prawie zabiłam się przed pogodzeniem się z B.
Prawie zabiłam się przed koncertem Gerarda.
Prawie zabiłam się przed przyjazdem Lary.

Ciągle myślę tylko o niej.
Oblałam trzecie prawo jazdy.
Nie zrobiłam zbyt wiele do szkoły.
Zamiast rozwiązywać arkusze maturalne piszę o niej wiersze.
Znów muszę wrócić do rzeczywistości,
czego bardzo nie chcę.

Wyjazd zbliża się wielkimi krokami.
Powoli wszystko ustalamy z B.
Nie mogę się doczekać.

Sprawa z M. się pogorszyła.
Od początku ferii nie rozmawiałyśmy.
N. powiedziała mi wiele rzeczy, które M. o mnie mówiła.
Boli mnie to.
Ja to robię dla jej dobra.
Próbuję ją zdystansować, aby nie bolało jej tak bardzo, gdy wyjadę.
A ona tego nie widzi i myśli, że robię to z niechęci.
Nie mam siły ani pomysłu na to, jak to odbudować.

Słucham ostatnio bardzo dużo emocjonalnego hardcore'u.
Jest tyle świetnych, nieodkrytych zespołów.

Tak bardzo za nią tęsknię.
Nie mogę się doczekać, kiedy znowu się zobaczymy.








Kocham.
KOCHAM.
ŻYJĘ.


czwartek, 29 stycznia 2015

The ghost kids are growing up?

O matko, jak dawno tu nie pisałam.
W sumie bardzo dużo się wydarzyło.
Od koncertu przez cały grudzień miałam okropny nastrój.
Dosłownie najgorszy od wielu lat.
Nie mogłam pisać, tworzyć, nawet myśleć o swoim smutku.
Nie mogłam mówić o nim głośno.
Nic nie pomagało:
ignorowanie, wkurwienie, używki, sztuka, muzyka.
Nic.
Tylko krew i fikcja.
Osiągnęłam apogeum zmęczenia.
Nie byłam w stanie nawet robić lekcji.
Przychodziłam do domu i beczałam godzinami.
Zupełnie jak w gimnazjum.
Nie było słów, by opisać tragedię, jaką czułam.
Do tego jeszcze jazdy autem.
Na osiemnastce M. przelizałam się z jej bratem jak szmata.
Z jednej strony czułam upokorzenie,
a z drugiej było mi wszystko jedno.
Uciekłam z sali.
Potem gadałam z M.
O jej zakochaniu we mnie.
Powiedziała, że już jej przeszło.
A ja powiedziałam, że to nie jej wina.
Że ja nikogo nigdy nie pokocham.
Próbne matury były koszmarne.
Mnóstwo stresu, uczenia się i kawy.
Bałam się dosłownie wszystkiego.
Izolowałam się i dystansowałam od przyjaciół.
Do tego przeżywałam i wciąż przeżywam ogromną dysforię.
Moje altery nie dawały mi spokoju.
Nadmiar bólu, stresu, strachu i tęsknoty.
Pogodziłam się z B.
Wychodzimy już normalnie.
Jedziemy razem do Anglii.

Od 27. listopada nie jem mięsa.

Przed wigilią miałam pierwszy egzamin na prawo jazdy.
Oblałam na jednokierunkowych.

Potem święta.
Święta były tragiczne.
Można śmiało powiedzieć, że je rozjebałam.
Dziadek się najebał jeszcze przed naszym przyjazdem.
Babcia oczywiście nic nie powiedziała.
Leżał nachlany całą wigilię.
Wydzierał się na babcię, wyzywał ją.
Następnego dnia rzucił jakiś kolejny zboczony żart.
On.
Miał czelność gadać świństwa.
Wybuchłam, nie mogłam dłużej milczeć.
Wygarnęłam mu to.
Nawyzywałam.
Nie byłam z tego dumna, ale należało się.
W tej rodzinie wszyscy udają, że nic się nie dzieje.
Zamiatanie pod dywan.
W ktoś w końcu musiał zareagować.
Zwłaszcza, że to on sam powiedział to, co powiedział parę lat temu.
I nadal za to nie przeprosił.
Ale oczywiście to ja jestem ta zła.
Ta, która odważy się poruszyć temat, którego boją się dorośli.
I to ja musiałam dzwonić i przepraszać.

Brzydzę się tym człowiekiem.
Powiedział, że jestem jego krwią.
Ten sam temperament.
Nie jestem.
Nie będę.
Brzydzę się nim.
Powiedział, że nie istnieję dla niego.
On dla mnie też.

Przez całą tę akcję musieliśmy szybko wyjechać.
Matka się bała, że dziadek znów się nachleje.
Mieliśmy spędzić ten dzień u kuzynostwa.
Wlecieliśmy tylko na chwilę.
Kuzyni się popłakali.
Ciotka też.
Zjebałam im święta.
Znowu uciekaliśmy, jak tchórze.

Ryczałam całą drogę autem.
A potem w domu przez parę godzin.
Nawet nie pamiętam, co się działo ze mną.
Wiem, że zniszczyłam wszystko.

Dowiedziałam się o Leelah.
Dawno nic mną tak nie wstrząsnęło.
Napisałam o niej piosenkę.

Lara jest moją dziewczyną.
Ale o tym potem.

Sylwester był udany.
Byliśmy u kumpla na domówce.
Poznałam nowych ludzi.
P. przyznał się wszystkim, że jest gejem.
Ja opowiedziałam o Larze.
Wszyscy mnie zaakceptowali.
Nie spodziewałam się tego.
M. opowiadał mi o swoim byłym.
Byłam spowiednikiem.
Prawie nic tam nie jadłam, bo wszystko było z mięsem.
M. i P. lizali się w łazience.
A teraz okazuje się, że coś może między nimi będzie.

Dzięki Larze powoli się podnoszę.
Ostatnie tygodnie były mimo wszystko najlepszymi od lat.
Przeszłam z bycia na samym dnie do bycia prawie normalną.
Nie wiem, jak to się stało.
Po prostu pewnego dnia okazało się, że jesteśmy razem.
Gadamy na Skype.
Kocham ją.
Naprawdę.
Ale jednocześnie w chuj się boję.
Że ją stracę.
Że nie będę wystarczająca.
Że znowu zaufam, będę mieć nadzieję
a wszystko skończy się tak samo.
Cały mój system zasad życiowych wali się u podstaw.
Sądziłam, że miłość nie istnieje.
Sądziłam, że nie jest dla mnie.
Sądziłam, że zawsze będę sama.
Sądziłam, że nie mogę kochać.
Że nie kochając uchronię ludzi przed sobą.
Wciąż tak myślę.
A więc dlaczego kocham ją?
I pozwalam się kochać?
Nie mam pojęcia.
Boję się.
Dużo ryzykuję.
Jeśli znowu złamie mi się serce nie przeżyję tego.
To już jest ostatni raz.

Aplikowałam na studia w Manchesterze.
Londyn był za drogi.
Poza tym mam tam Larę.
Wybrałam kierunki psychologiczne.
Jeden jest szczególnie świetny: muzyka i psychologia.
Dostałam już odpowiedź z dwóch kierunków.
Pisanie statementu było męką.
Do tego miałam problemy z zapłaceniem za aplikację.
Takiego stresu nigdy nie przeżyłam.
Na szczęście wszystko powoli się układa.

Ostatnie trzy tygodnie były wypełnione stresem, zapierdalem i szkołą.
Jedynie myśl o Larze pozwala mi budzić się rano
i nie chcieć się zabić codziennie wieczorem.
Dzięki niej się nie tnę.
Dzięki niej mam coraz rzadziej koszmary.
Choć wciąż czasem krzyczę przez sen.

Jutro studniówka.
Mam suknię Heleny i buty na obcasie, w których zupełnie nie umiem chodzić.
Idę z Denisem.
Wcale się nie cieszę, bo mogłabym wtedy być na koncercie G. w Polsce.
Pewnie będzie stypa i będzie mi tęskno.
Ale to nic.
To nic.

---

To naprawdę fascynujące, jak perspektywa zmiany otwiera oczy.
Jak świadomość bliskiego wyjazdu pozwala doceniać to, co się ma.
Odkąd wiem, że wyjeżdżam z tego kraju, wszystko wydaje mi się takie
przejściowe
nietrwałe.
Może wszystko, czego potrzebowałam, to perspektywa zmiany.
Jakaś nadzieja i realny plan.
To pozwala patrzeć w przyszłość.
Wkraczam przyszłość.
Planuję ją.
To niesamowite.
Ja nie miałam mieć przyszłości.
Miałam umrzeć w gimnazjum.
Miałam nie doczekać liceum, a tym bardziej matury.
Żyłam z tym przekonaniem, z tą pewnością.
A teraz mam zamiar wynajmować mieszkanie
z przyjacielem i dziewczyną.
Moje własne mieszkanie.
W Anglii.
Z moją dziewczyną.
To brzmi surrealistycznie.

---

Wczoraj oblałam drugi egzamin na prawko.
Na placu.
Nie mam już siły, czasu ani pieniędzy na kolejny.
Jak można oblać na tak prostej rzeczy?

---

Dojrzewam.
Czuję to całą sobą.
Wciąż nie wiem, czy to dobrze, czy źle.
Zmieniam się.
Dorastam.
Nabieram perspektywy.
Dystansuję się od ludzi, których nie potrzebuję.
Planuję.
Nabieram odpowiedzialności.
Czuję, jak moje dzieciństwo odchodzi.
Coraz gorzej rozumiem młodszych ludzi.

---

Moja dysforia się jakby zmniejsza.
Altery się trochę wyciszyły.
Niedługo zacznie się ostre rycie z nauką.

---

Lara przyjeżdża do mnie na parę dni za dokładnie trzy tygodnie.
Jestem sama, lecz nie czuję się tak samotna w sercu.

---

Uczę się od nowa definicji, jak Różewicz.
zakochana
za-kochana
jak to dziwnie brzmi
obco

Dużo muzyki tym razem, mam całą playlistę dorastania, przypominam sobie stare hity:





Enter Shikari, nowy ukochany zespół <3



Tak, to jest Katy Perry. Childhood nostalgia + świetna piosenka

P.S. Danny odszedł z AA :c.