niedziela, 29 grudnia 2013

It's 1:37 a.m. and I can't sleep

Ludzie kłamią.
Kłamią kłamią kłamią.
Każdym słowem, każdym czynem i oddechem kłamią.
Oszukują.
Obietnice nie znaczą nic.
To tylko słowa.

Ranią ci, którzy obiecali, że nigdy cię nie zranią.
Zostawiają ci, którzy obiecali, że nigdy nie zostawią.

Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.

Cierpię, lecz milczę, bo myślę, że zranię innych samym przyznaniem się do tego, iż cierpię.
A to sprawia, że cierpię jeszcze bardziej.

Jestem zepsuta, zraniona, bezużyteczna, egoistyczna, chamska, zimna.

Zawodzę i udaję i uciekam.

Zawiodłam nawet w byciu człowiekiem.

Chciałabym wykrzyczeć całemu światu, jak bardzo mnie skrzywdził.
Chciałabym każdemu z osobna powiedzieć, co zrobił i jak to na mnie wpłynęło.
Chciałabym wszystkich nauczyć, czego już nigdy mają nikomu nie robić.
Chciałabym każdego z osobna przeprosić za bycie sobą.
Chciałabym umieć przebaczyć samej sobie.

"Jak na deszczu łza, cały ten świat nie znaczy nic a nic..."

niedziela, 22 grudnia 2013

Perceiving your own weakness

Czuję się, jakbym rozpadała się na kawałki.
Wszystko wkoło wydaje się być tak nierealne.
Tylko ten ból.
Ten ból jest prawdziwy.
Kurewsko prawdziwy.
Zamykam powieki i czuję go.
Budzę się rano i czuję go.
Tracę świadomość i czuję go.
Uciekam i czuję go.
Wciąż go czuję.
Zawsze.
Jak pętla na szyi, której nie mogę ściągnąć.

Nikt nie wie.
Nikt nie dba.
Nikogo to nie obchodzi.
Wiem o tym.
Przecież sama tego chciałam.
Chciałam tego.

Próbowałam wmówić sobie, że jestem silna.
Że niczego nie czuję.
Że nic mnie nie wzrusza.
Że jestem pierdoloną skałą pośród szalejących fal.

Nie jestem.
Nie jestem.
Nie jestem.







Jestem niczym.

czwartek, 19 grudnia 2013

I'm already gone

Nawet nie macie pojęcia, w jakim stanie się znajduję.
Nie pasuję tutaj.
Ten cały świat to tylko iluzja.
Ja nie jestem jego częścią.
Te kolory, kształty, dźwięki.
To wszystko mnie przytłacza.
Uciekam w książki, uciekam w filmy, uciekam w gry.
Ciągle tylko uciekam.
Czuję, że tam jest mój świat.
Mnie tu już dawno nie ma.
Coś zmienia, zjada, zastępuje moje "ja".
Moje "ja" jest w bardzo dalekim i ciemnym miejscu.
Moja świadomość oddzieliła się od ciała.
Moje ciało jest wypełnione czymś innym, nie mną.
Ciężko jest to wyjaśnić.
Patrzę na siebie w lustrze i nie rozpoznaję się.
Patrzę na chmury, na drzewa i budynki i nie rozpoznaję ich.
Coś we mnie się zapada, umiera.
Nie mogę śpiewać, rysować ani pisać.
Nie umiem.
Nie mam już weny, pasji, inspiracji.

Znów zaczęłam brać leki.
Jest mi od nich niedobrze, ale przynajmniej mogę spać.
Mam nawet sny.
Są straszne.
Rano nie mogę wstać, a w szkole zasypiam i nie kontaktuję.
***
Wczoraj wróciłam ze szkoły i płakałam, a potem zasnęłam ze zmęczenia.

Ostatnio cały czas mówię do siebie, "wyłączam się" i myślę o morderstwie.
Chyba naprawdę jestem szalona. Powinni mnie gdzieś zamknąć.
***
Jeśli następny rok będzie gorszy od tego, to nie wytrzymam.
W sumie, chyba nie może być gorzej.
MCR się rozpadło, umarł mój kolega, najlepszy przyjaciel mnie zostawił, zerwałam z kimś, na kim mi zależało i znów się tnę i palę.
Znając jednak moje życie - zawsze może być gorzej.
***
Ostatnio często myślę o szpitalu.
Prawie rok temu byłam na skraju śmierci.
A przynajmniej tak się czułam.
Dziwne.
Przypomina mi się, jak błąkałam się po pustych korytarzach.
Jak nie mogłam spać i płakałam całymi nocami.
Jak tylko MCR dawało mi siłę.
Jak upadłam w łazience i widziałam Gerarda.
Nie mogę pozbyć się myśli, że powinnam była wtedy umrzeć.
Tak byłoby o wiele lepiej.
***
"Kocie, pomóż" , "Kocie, mam sprawę" , "Kocie, porozmawiaj ze mną".
Wszyscy wkoło szukają u mnie pomocy.
Wszyscy pragną moich porad i mojego zdania.
Ja dzielnie rozmawiam i pocieszam.
Choć nikt nigdy mnie nie pyta, czy czegoś nie potrzebuję.
Może to dlatego, że tak dobrze udaję.
Ludzie mówią mi, że jestem kochana, urocza i miła.
Nie domyślają się, jak się czuję, co myślę.
Nawet nie wiedzą, ile siły muszę wkładać w budowanie takiego obrazu siebie.
Kłamstwa są męczące.
Prawda śmiertelna.
***
Rzygam "świątecznymi przygotowaniami".
Rzygam wigilią, Sylwestrem i połowinkami klasowymi.
Po prostu chcę się wyspać.
***
"-Co się stało?
-Nic, wszystko jest ok. Mam gorszy dzień.
-O, to dobrze."
***
Nie ważne, że sama mam masę problemów.
Nie ważne.
Ja nie mogę nikogo obarczać moimi sprawami.
Nie mogę nikogo wplątywać w moje życie.
Nie mogę nikomu zaufać.
Nie mogę nikogo skrzywdzić.
***
Niedawno skończyłam czytać "A Splitting of The Mind".
Płakałam jak dziecko.
To opowiadanie jest piękne.
Smutne i tajemnicze, ale piękne.
Chcę napisać do Autorki i spytać o parę szczegółów.
***
Nowa płyta A Day To Remember jest bardzo dobra.
Ta piosenka nie przestaje chodzić mi po głowie:
http://www.youtube.com/watch?v=pksLrmB-dLs


"I get it, no, I get it
Can't help those who don't wanna be helped"

piątek, 6 grudnia 2013

Take me to the edge of sanity

Mówią, że jeśli przyznasz się do bycia chorym, to robisz krok naprzód.
Ja o swojej chorobie doskonale wiem od dawna.
I co? 
I nic.
To tylko depresja, kilka zaburzeń i relikt przeszłości.
Wszystko to wiem i rozumiem.
Ale czy mam na to lekarstwo?
Zdaje sobie doskonale sprawę ze stanu swojego umysłu.
Ale nic nie mogę z tym zrobić.
Dwa lata próbowałam wszystko poskładać. 
Dwa lata się nie cięłam i walczyłam.
I znów jestem w punkcie wyjścia i już nie zamierzam walczyć.
Dla mnie naprawdę już nie ma nadziei.
Życie czy śmierć, i tak wszędzie jest tylko ciemność.

°°°

Zazdroszczę samobójcom, którzy maja powód i odwagę, by się zabić.
Ja jestem zbyt tchórzliwa.
Zbyt wiele ludzi mnie tu trzyma.
Liczy na mnie.
Zazdroszczę tym szaleńcom, którzy nie są świadomi swojego szaleństwa. 
Naprawdę im zazdroszczę.

°°°

Choinki i świąteczne dekoracje pojawiły się znikąd.
Nawet nie zarejestrowałam momentu, w którym rozpoczął się grudzień.
W moim umyśle jest nadal listopad. 
Nie potrafię dopuścić do siebie myśli, że ten rok się kończy.
Miał być inny.
Lepszy.
Ale wyszło jak zawsze.
Ostatnio przeglądałam swoje notatki sprzed roku i niczym się nie różniły od tych, które piszę teraz.
Nic się kurwa nie zmieniło.
Nic.
Rok temu pisałam: "cholerny śnieg, nawet nie zauważyłam, kiedy zaczął padać. jestem tak potwornie zmęczona". 
Dziś napisałabym to samo.
Czy to nie ironia? 
Myślimy, że nasze życie idzie naprzód, że się zmieniamy.
A tak naprawdę kręcimy się w kółko.

°°°

Nienawidzę świąt. 
Naprawdę kurewsko nienawidzę świąt.
I nie, nie chodzi mi o tą całą komercyjną otoczkę.
Nienawidzę właśnie tej rzekomej "magii" świąt.
Bo jej nie ma.
Każdego roku na święta smutek rozrywa mi serce, a wkoło dzieją się złe rzeczy.
I tak od wielu, wielu lat.
Przestałam cieszyć się na święta kiedy skończyłam parę lat i zrozumiałam, że to stek bzdur.
Począwszy od świętego Mikołaja, aż po wspaniałą, rodzinną atmosferę.
Moja rodzina ma mnie głęboko gdzieś przez 364 dni w roku, po czym nagle w Wigilię przypomina sobie o moim nieszczęsnym istnieniu.
Za każdym razem w domu jest kłótnia, starsi nie mogą na siebie patrzeć, a ja uciekam.
Pierwszy raz uciekłam z domu w Wigilię parę lat temu.
Zadzwoniłam po przyjaciela i błąkaliśmy się po ulicach, zanim znalazła nas moja matka.
W tym roku też ucieknę.
Choć teraz nie mam już do kogo zadzwonić.

A w przyszłym roku wyjadę. Wyjadę daleko stąd.

°°°

Nie wiem, co chcę dostać na święta. 
Nie mam żadnych pragnień.
I tak nie dostanę tego, co chcę.
Byłoby miło, gdyby moi rodzice choć czasem brali moje pasje na serio.
Byłoby też miło, gdyby moim rodzicom zależało na moim szczęściu bardziej niż na ich własnej wizji mnie.
Mrzonki.

°°°

Zamieć śnieżna zmieniła krajobraz w ciągu paru sekund.
Zrobiło się szaro, ciemno i gęsto od śniegu.
Jak nieprzenikniony dym.
Wiatr praktycznie spychał mnie na ulicę i szumiał tak, że zagłuszał mi muzykę w słuchawkach.
Szłam w tą śnieżycę i śmiałam się w najlepsze. 
Cieszyłam się. 
Autentycznie.
Wszyscy uciekali od zimna i wiatru, a ja szłam spokojnie.
Przyroda wreszcie odzwierciedla stan mojej duszy.
To prawda, nie lubię spokojnej, słonecznej zimy.
Zawsze kojarzyła mi się z czymś złym.
Za to uwielbiam burze śnieżne i wiatr.
Wiatr, którego chłód przenika mnie aż do szpiku kości, wywiewa myśli i zamraża i tak już zniszczone serce.
Patrzyłam na tą zamieć i cieszyłam się, że nie tylko ja umieram w środku.
Świat też umiera.
Widziałam potęgę i wiedziałam, że człowiek jest niczym w porównaniu do siły natury.
Może jedynie stać i patrzeć.
Patrzeć, jak przyroda niszczy wszystko, co kocha.
Dobrze, że przyszła zima.
Mogę znów hibernować.

°°°

Chłopak, który mi się podoba (o ile można to tak nazwać) naprawdę mnie irytuje.
Patrzy na mnie, a obok stoi jego dziewczyna.
Ja też patrzę i wytrzymuję jego wzrok, mimo że wszystko we mnie krzyczy "przestań!". 
Tak naprawdę ja go tylko śledzę w szkole i patrzę. Nic więcej.
A on, zamiast mnie zignorować, podżega we mnie jakieś nierealne nadzieje uśmiechając się do mnie czy patrząc na mnie.
Pewnie jest mu mnie żal. Pewnie lituje się nade mną i myśli, że jestem nienormalna.
Wcale się zresztą nie myli.
Ja nawet nie mogłabym z nim być.
Jego dziewczyna jest piękna, mądra i utalentowana.
Życzę im jak najlepiej razem, naprawdę.
Ja nie umiem kochać.
Nie nadaję się do tego.
Jestem zbyt chora i zbyt egoistyczna w swym cierpieniu, by je z kimś dzielić.
Ze swoich dotychczasowych związków wyniosłam jedynie ból, rozczarowanie i nienawiść do samej siebie.
A jednak.
Jednak nadal się zakochuję, jednak nadal pragnę być z kimś.
Dlaczego? Po co?
Przecież doskonale wiem, jak by to się skończyło.
Zawsze się tak kończy.
Powinnam się do tego po prostu przyzwyczaić.
A jednak narysowałam jego portret i wzdycham do niego.
Jestem żałosna. 
Cieszę się, że przynajmniej nie jestem na tyle pojebana, żeby próbować z nim rozmawiać.
To, co jest w mojej głowie, jest tylko moje i nie wyjdzie poza nią.
Byłoby łatwiej, gdyby tak bardzo nie przypominał mi Gerarda i Franka.

°°°
              
Gdybym miała teraz samochód, pojechałabym na jakąś drogę między drzewami, rozpędziła się i rozbiła.
         
°°°

And you said no matter where I go from here, no matter whose arms I am sleeping in, 
I'll never be okay

Don't you think I'd change if I could? Every day is a new sinking feeling.
I want to be able to say it simply just hurts and the walls close in and I can't feel a thing.

And we build walls to feel less alone.


The Saddest Landscape - The Shadows I Call Home <3

czwartek, 28 listopada 2013

Morgue

Patrzę na wszystko jakby przez szybę. Nic do mnie tak naprawdę nie dociera, nic mnie nie rusza.
Wiem, że tak naprawdę jest chujowo, ale próbuję to od siebie oddalić, zakopać gdzieś głęboko.
W szkole na lekcjach polskiego gadamy o Młodej Polsce, dekadentach, poczuciu beznadzieji i samobójstwach.
Nieprzyjemnie mi się o tym gada, bo zaczynam intensywnie myśleć nad sobą.
Nie lubię intensywnie myśleć nad sobą.

Przypomina mi się ostatnio dużo wierszy, które przeczytałam w życiu.
Był taki wiersz, w którym podmiot liryczny zazdrościł samobójcom tego, że mają odwagę i powód, by się zabić i mówił, że jemu nie pomogłoby nic - ani śmierć, ani przeżycie.
Był zawieszony między jednym i drugim.
Pamiętam, że podobał mi się ten wiersz.
Opisywał mnie.
Zapomniałam, jak się nazywa...

Cały czas czytam "Milion małych kawałków" i próbuję przetrawić to wszystko, co czytam.
Ta książka ma na mnie dobry wpływ.
Czytam to i w to wierzę.
Wierzę, że autentycznie jest jakiś cień szansy i dla mnie.
Ale po chwili to uczucie znika, zostaje tylko spokój, bo zawsze mam wybór.
I tego spokoju właśnie potrzebuję.
Dobrze, że choć na chwilę doznaję spokoju.

Ktoś gdzieś napisał, że życie daje nam tylko tyle zła, ile jesteśmy w stanie znieść.
Co za stek bzdur.
Życie nam nic nie daje.
Życie to zbiór chwil, przypadków, nieporozumień, zbiegów okoliczności, miejsc, ludzi, ułamków sekund.
Życie to stan, więc nie może nam nic dać ani nic zabrać.
Życie to szansa, jedna jedyna, dla każdego jednakowa.
Można ją wziąć lub nie. Zawsze jest wybór.
Co wybrać?
Co wybrać?
Co wybrać?

"From the lights to the pavement
From the van to the floor
From backstage to the doctor
From the Earth to the morgue"

poniedziałek, 25 listopada 2013

Biggest mistake

Poziom mojej beznadziejności mnie przerasta.
Na każdym kroku popełniam błędy, robię coś źle albo nie umiem podołać obowiązkom.
Nawet kiedy chcę coś zrobić, sama z siebie, okazuje się, że nie potrafię.

Jestem jednym wielkim błędem, chodzącą pomyłką. To, że żyję, to kwestia przypadku. Zwykła igraszka losu. Nie zasługuję na to, żeby zabierać innym powietrze.

Nie chcę tu być.
Nie powinno mnie tu być.
Nie mogę tu być.
Nie muszę tu być.

Dlaczego za każdym razem to wraca?

"Don't cry, we all make mistakes from time to time. Unfortunately, for me, being me was mine."

czwartek, 21 listopada 2013

How to disappear completely

Zupełnie nie wiem, co się dzieje dokoła mnie.
Straciłam poczucie czasu i przynależności do jakiegokolwiek społeczeństwa.
Przestałam wykonywać zwykłe, życiowe obowiązki, takie jak komunikowanie się z innymi.
Porzuciłam swoje pasje, a nawet tak przyziemne przyjemności, jak korzystanie z internetu.
Nie wiem, czy czuję się dobrze, czy źle.
Zwyczajnie nie potrafię siebie teraz określić.
Wiem, że mam wiele rzeczy do zrobienia, a jednocześnie nie potrafię się zmusić, by je wykonać.
A potem jest tylko złość i żal do samej siebie, i żyletka, i krew, i płacz.
I nic więcej.

Codziennie żyję w strachu, że ktoś z moich znajomych czy moi rodzice zaczną coś podejrzewać.
Boję się, że ktokolwiek będzie się o mnie martwił. Nie chcę tego.
"Przecież to przeszłość, przecież już wyzdrowiałam, przecież już jestem szczęśliwa".

Ja sama martwię się o wiele bliskich mi osób. Codziennie o nich myślę, choć potrafię nie odzywać się przez miesiąc.

Ostatnio koleżanka z klasy zwierzyła mi się, że podejrzewa u siebie depresję. Nie mam pojęcia dlaczego opowiedziałam jej swoją historię, oczywiście bez szczegółów. Pytała mnie o rady i widać było, że jest jej ciężko. Nadal nie potrafię sobie logicznie wytłumaczyć, dlaczego jej zaufałam, przecież nie mamy bliskiego kontaktu. A jednak jej o tym opowiedziałam i mam nadzieję, że choć trochę jej to pomogło. Ona jest taką pogodną i dobrą dziewczyną, aż ciężko mi uwierzyć, że ma takie myśli. Teraz jest mi okropnie, bo boję się o nią, a ona prawdopodobnie boi się o mnie. Moja polonistka też chyba się czegoś domyśla. Nie chcę, żeby się domyślała. Nie chcę się nikomu narzucać, nikogo obarczać. Nie chcę niczyjej pomocy. Chcę po prostu zniknąć niezauważona, chcę być zapomniana. A tymczasem trzyma mnie tu tak wiele powiązań, tak wiele istnień. I świadomość, że mogłabym zranić i zawieść tak wielu ludzi jest nie do zniesienia, bo powstrzymuje mnie od samobójstwa. Chciałabym zostać kompletnie sama, tak prawdziwie. Nie mieć nikogo, kto by się mną przejmował. Wtedy mogłabym po prostu odejść.

Chciałabym się nigdy nie urodzić

Czasem zatrzymuję się na środku pokoju, z kubkiem herbaty w ręku, i zastanawiam się, dlaczego jeszcze żyję, a ta myśl rośnie w siłę i wrzeszczy na mnie, i dusi mnie, i podpala resztki tego, co kiedyś miałam w środku, i trawi każdą, najmniejszą część mojej głowy i mojego serca. A potem mrugam i wszystko znika, i znów jestem sama na środku pokoju, z herbatą w ręku i ciążącą pustką w sobie.

sobota, 16 listopada 2013

Sam na sam z przerażeniem

Mam wrażenie, że całe moje życie jest jak jazda samochodem przez las w nocy. 
Wydaje mi się, że jadę przed siebie, że gdzieś tam las się kończy, że mam jakiś cel.
Ale to wciąż ta sama noc, ta sama droga, te same uliczne latarnie.
Ten sam jebany syf.
Gdzieś w głębi mnie chowa się jakaś iskra nadziei, że może w końcu wyjadę spomiędzy drzew.
Ale ta iskra jest zbyt mała, by rozjaśnić ciemność, która mnie pochłania.
Ciemność jest we mnie i wszędzie wokół.
Robię się zmęczona błądzeniem po omacku, robię się po prostu zmęczona.
Czuję, że tracę kontrolę nad własnym życiem.
I z jednej strony jest mi z tym dobrze, bo jeśli ją stracę, po prostu się zabiję.
Z drugiej strony boję się. Cholernie się boję. 
Nie chcę nikogo krzywdzić, a wiem, że to zrobię. 
Myślę o śmierci. Codziennie.
Ale nie szarpię się, nie próbuję desperacko znaleźć ukojenia, nie walczę z ogniem, który dawno wygasł.
Jestem spokojna i opanowana.
Spokojna
i
opanowana.
To już nie są te same myśli, jakie miałam w gimnazjum. Nie ten sam typ depresji.
O ile ona w ogóle ma jakieś typy.
Teraz zwyczajnie nie mam racjonalnych powodów, by być smutna. A jednak jestem.
Po prostu jest inaczej.
Potrafię logicznie myśleć, potrafię chłodno kalkulować.
Śmierć wydaje mi się po prostu najlepszym rozwiązaniem.
I nie jest to akt buntu ani desperacji, żaden manifest.
Z nikim nie toczę wojny, może po części ze sobą.
Nie jest to nic wielkiego, romantycznego, podniosłego.
Po prostu ucieczka.
Cały czas uciekam.
Od wszystkiego.
Wiem, że jeśli się zatrzymam, moje demony mnie dopadną i pożrą żywcem.
Nie potrafię stawić czoła nieznanemu, jak i aż za dobrze znanemu. Życiu.
Dlatego uciekam.
Nie analizuję tego, co czuję, tylko próbuję to zagłuszyć, wyprzeć się tego, zignorować.
Ja już nawet nie mam uczuć. Ja myślę, że coś czuję. 
Potrafię sobie wmówić jakieś emocje tak dobrze, że zaczynam je brać jako własne.
Ale czasem boję się nawet myśli. 
Bo wyobrażam sobie, że świat płonie, a ja stoję z boku i na niego patrzę, śmiejąc się w głos.
Rozmawiam z kimś, a w głowie zabijam tę osobę na różne sposoby.
Kiedy jest mi naprawdę źle pocieszam się faktem, że i tak wszyscy umrą.
Kiedy płaczę, nagle myślę sobie o zabiciu kogoś, i ta myśl mnie rozśmiesza.
Bo życie to tak krucha rzecz, tak nikła i bezwartościowa, a jednak to jedyne, co mamy, czego się trzymamy, co cenimy, czego pragniemy. Ludzie są jednak głupi.
Boję się tych myśli. Boję się przyszłości. Boję się kurwa siebie.
Czy ja naprawdę jestem tak nieczuła i zimna?
Czy jestem szalona?

"Jestem sam. Sam tutaj i sam na świecie. Sam w sercu i sam w głowie. Sam wszędzie przez cały czas, od kiedy pamiętam. Sam w Rodzinie, sam z przyjaciółmi, sam w Pokoju pełnym Ludzi. Sam, kiedy się budzę, sam każdego koszmarnego dnia, sam, kiedy w końcu nadchodzi ciemność. Jestem sam na sam z przerażeniem. Sam na sam z przerażeniem." ~James Frey-"Milion małych kawałków" (czytam i kocham)

niedziela, 3 listopada 2013

Urodziny



Jutro moje urodziny, a ja wcale się nie cieszę. Wręcz przeciwnie, im bliżej dorosłości, tym bardziej zaczyna mnie ona przerażać. Chyba to właśnie jest oznaką dojrzałości – kiedy przestajesz cieszyć się na bycie pełnoletnim, a bardzo chcesz zatrzymać swoje dzieciństwo. Z jednej strony cieszę się, że niedługo będę miała te 18 lat. Będę mogła wreszcie zrobić prawko, piercing w wardze, będę bez problemu mogła kupić alkohol czy wyjechać na weekend. Ale jak to wszystko ma się do bycia dorosłą? Będę musiała być odpowiedzialna, nikt mnie już nie uchroni przed konsekwencjami własnych wyborów. Przede wszystkim jednak będę musiała określić, kim chcę być  przyszłości. Dla jednych takie decyzje jak kierunek studiów to banał, ale dla mnie to istna katorga. 

Boję się. 

Zwyczajnie się boję. Strach wręcz paraliżuje mnie, zatrzymuje mnie w jednym miejscu, uniemożliwia podjęcie jakiejkolwiek decyzji. Boję się, że wybiorę źle, że całe życie będę musiała wykonywać pracę, której nie będę kochać. Boję się, że skończę jako przeciętny człowieczek, na marnym stanowisku w biurze, który absolutnie nic po sobie nie zostawi. Bardzo chciałabym coś zmienić, kimś być, coś znaczyć. Chciałabym odpłacić światu za to, że pozostawił mnie przy życiu. Chciałabym pomagać ludziom, nieść nadzieję i przykład. Ale, nie oszukujmy się, taka szansa, jaką otrzymał choćby Gerard, zdarza się raz na milion. Myślę, że moje wahania dotyczące przyszłości wynikają też z tego, że przez długi czas dosłownie nie istniała dla mnie przyszłość. W gimnazjum żyłam ze świętym przekonaniem, że nie doczekam nawet liceum. Skoro przez całe lata byłam pewna, że umrę lada dzień, to jakim cudem mam teraz podejmować decyzję, które mogą przesądzić o moim losie? Dlatego póki co pozostawiałam wszystko przypadkowi. Zwyczajnie nie przejmowałam się niczym i pozwalałam wypadkom decydować o sobie. Na początku liceum musiałam jednak wybrać profil, co i tak było już gigantyczną łamigłówką, bo żaden z nich nie do końca mi odpowiadał. Skończyłam na biochemie, choć już wiem, że nigdy nie zostanę lekarzem z moją fobią na punkcie krwi. O, kolejna ciekawostka, bo pomimo fobii tnę się, a czasem wręcz uwielbiam patrzeć na krew.
Nie potrafię się określić. Nie potrafię powiedzieć jednoznacznie, co lubię, jakie są moje poglądy. Jestem zwyczajnie ambiwalentna, a przez to ludzie postrzegają mnie jako hipokrytkę. Potrafię podzielać dwa kompletnie różne poglądy bez poczucia, że któryś z nich jest niewłaściwy. Czuję się jak kilka osób w jednej, toteż stąd wzięły się moje alternatywne osobowości.
Boję się też, że nie uda mi się żyć dalej z depresją. Nie łudzę się już nawet, że kiedykolwiek przeminie. Zaakceptowałam to, że nigdy nie wyzdrowieję, że nie będę „normalna”, że muszę z tym żyć. Ale boję się, że kiedyś atak smutku najdzie mnie w najmniej odpowiednim momencie, że zwyczajnie nie dam rady, że przez swoje problemy psychiczne będę niezdolna do zrobienia czegoś ważnego, na czym mi będzie zależeć.

Głupie jest to wszystko. Głupia jestem ja ze swoimi wywodami. Zostały mi jeszcze 364 dni bycia dzieckiem. W głowie mimowolnie włącza mi się „S/C/A/R/E/C/R/O/W”.

„Make a wish when your childhood dies" , "Count to seventeen and close your eyes…”