Te dni są puste i głuche, minuty mijają bez celu, chwile rozpływają się w niebycie niczym dym z papierosów, które tak często ostatnio palę. Milczę od tak dawna, że powoli zaczynam zapominać słów. Zaczynam zapominać, że emocje to coś naturalnego i że inni ludzie nie mają problemu z okazywaniem ich. Zaczynam zapominać o tym, by za wszelką cenę udawać człowieka.
Wychodzę na zewnątrz, na wiatr, na deszcz. Idę prosto w stronę burzowych chmur, bo nic już się nie liczy. Nigdy, przenigdy nie było mi tak obojętnie.
Gdzieś z oddali czyjś głos próbuje przedostać się na powierzchnię, dotrzeć do mnie, ale jest zbyt słaby i zbyt łatwo się poddaje.
Ten głos to mój głos.
Próbuje mnie wyciągnąć, pomóc mi, ocalić mnie.
Chcę się rzucić pędem przed siebie, poczuć jak wiatr smaga moją skórę, przenika aż do kości i zamraża je, odziera mnie z bólu, smutku i wspomnień. Chcę poczuć pod swoimi stopami miękkie błoto i poczuć zapach deszczu i poczuć moje bijące serce. Chcę biec biec biec i zostawić siebie samą w tyle i wpełznąć do dziury i zasnąć jak bezpański pies i umrzeć na zimnej ziemi. Jak skopany, zagłodzony, bezpański pies.
Czy jest już wiosna czy jesień? Czy kogokolwiek to obchodzi?
Nie wiem już, czy powinnam to wszystko przeczekać, czy się poddać. Nie wiem, czy cokolwiek jeszcze ma szansę się poprawić, czy już na zawsze utknę w tym samym miejscu. Pewne jest to, że już zawsze będę miała ten sam umysł. Nie ważne, jak daleko zajdę i jak bardzo będę próbować uciec od przeszłości, mój umysł nadal będzie skażony, zraniony, zepsuty.
Nie ma przy mnie nikogo. Nie ma przy mnie nikogo. Nikogo do siebie nie dopuszczam.
Nikt nie chce przy mnie być.
Nikt nie wie, czym jestem.
Nie potrzebuję współczucia ani pocieszenia.
Potrzebuję świadomości, że ktoś mnie zna i akceptuje.
Zna i akceptuje nawet to, czego ja nie znam i nie akceptuję w sobie.
Ale przecież to niemożliwe.
Granice się rozmazują.
Gwiazdy gasną.
Zapadam się w głąb siebie.
sobota, 15 marca 2014
środa, 12 marca 2014
There's ghosts in the water
Kurwa, zabieram się za tę notkę od nie wiadomo jak długiego czasu i nie mogę nigdy zebać słów i myśli, które potrafiłyby opisać stan, w jakim się znajduję.
Odłączam się od siebie samej i innych ludzi.
Jestem milcząca, wycofana, nie mam siły na żadną interakcję społeczną.
Każda, nawet najprostsza socjalizacja jest dla mnie trudna.
Co chwilę robię lub mówię coś głupiego.
Nie chce mi się mówić.
Słowa słowa słowa
To tylko słowa.
Izoluję się i tłumię emocje.
Chce mi się tylko ciąć ciąć ciąć
i uciekać.
Jestem zmęczona kłamaniem i kreowaniem własnego obrazu.
Uważaniem, by nie powiedzieć za dużo.
Jestem ciągle zmęczona.
To jest mój trwały stan.
Budzę się rano zmęczona.
Gdy wstaję, moje serce bije szybko i kręci mi się w głowie i niedobrze mi.
W szkole jest zbyt głośno, zbyt duszno.
Za dużo ludzi.
Tyle wydarzeń, w których nie chcę uczestniczyć.
Nie mam siły nawet się uczyć.
Wracam do domu, i parę godzin leżę w łóżku.
Niczego już nie pragnę, ale to nie nirvana,
bo czuję się pusta.
Moje życie to jedna wielka pomyłka.
Jestem igraszką w rękach losu.
Świat sobie ze mnie kpi i pluje mi w twarz.
Chciałabym, by chociaż raz wiatr wiał w moje plecy
zamiast w moją twarz.
Powiedziałam M.L prawdę o sobie.
Okrojoną, ale jednak.
Prawie przestaliśmy rozmawiać i czuję się przez to jak śmieć.
Zraniłam kolejną osobę.
Czytam Biblię Szatana i ta książka w dziwny sposób mnie uspokaja.
Ostatnio kolega przyniósł całą paczkę żyletek do szkoły.
I dał mi jedną.
Miałam ją w ręce.
Byłam tak blisko.
Tak blisko.
Oddałam mu ją.
Mam gdzieś swoje własne człowieczeństwo.
Powtarzam ten sam schemat w kółko, mimo iż wiem, że jest ze mną źle.
Nie umiem i nie mam siły tego przerwać.
To jest jak koszmar, w którym widzisz swoje życie rozpadające się przed swoimi oczami jak na ekranie.
Stoisz i patrzysz, bo nic nie możesz zrobić.
Tylko że to nie jest koszmar.
Biegnę wprost w centrum burzy.
Wieje wiatr i odziera mnie z człowieczeństwa.
Uśmiecham się do nieba
i przytulam się do drzew
lecz wśród ludzi milczę
i usuwam się w cień.
To wszystko jest we mnie.
Ten smutek, ból, żal, poczucie winy, nienawiść, krzywda.
To wszystko jest we mnie.
Boję się wojny, cholernie się boję.
Martwię się każdą rzeczą.
Przestałam pisać i rysować.
Ostatnio mam jakieś wielkie, gejowskie feelsy.
Brzydzę się tego.
Brzydzę się siebie.
W dodatku okazało się, że J. i O. są bi.
To w takim razie J. mnie naprawdę podrywała.
Nie mam pojęcia, co zrobić z tą wiedzą.
Cały czas śni mi się wielki, ciemny dom z długimi korytarzami, w którym kogoś szukam.
Ostatnio śniło mi się, że uciekałam z psychiatryka i matka mnie nie poznała.
Dzisiaj śnił mi się kościół, w którym ściany i obrazy ociekały krwią.
Nienawidzę swoich snów.
środa, 26 lutego 2014
I can’t remember life without the pain
Na imprezie u E. prawie zbetoniłam się z jej bratem.
On jest 2 lata młodszy.
I znamy się od podstawówki.
Nie wiem, co mi odbiło.
Po alkoholu robię się łatwa jak dziwka i chora z samotności.
Na co dzień jestem już do niej przyzwyczajona,
ale są takie dni
kiedy naprawdę to do mnie dociera:
jestem sama
samotna
samotna zawsze i wszędzie
na zawsze.
A mimo wszystko staram się odpychać od siebie ludzi.
Próbuję pokazać się M. z jak najgorszej strony
ujawnić wszystkie swoje wady
żebym wydała się zimna, głupia i niewarta uwagi.
Żeby się do mnie nie przywiązał
i żebym nie musiała go zranić.
Ale on wciąż do mnie pisze.
I boję się, że zacznie coś do mnie czuć.
A janie chcę nie mogę z nim być.
Nie potrafię nic poczuć.
Nie mam na nic siły.
Nie mam siły nawet pisać o tym, że nie mam siły.
Wszystko wydaje mi się tak bezwartościowe.
Ten tydzień jest straszny.
Nawet nie otworzyłam książki przed sprawdzianem z chemii.
Po prostu się rozbeczałam.
Mam mnóstwo swoich problemów, nie mam czasu przejmować się szkołą i nauką.
Matka znowu poruszyła temat osiemnastki, a ja mam wyjebane.
Tnę się codziennie i nawet nie wyobrażam sobie, że mogłabym tego nie robić.
Choć mój ból, moje cierpienie nie zbawią świata.
Nie jest tak, jak w Biblii.
Smutek i rozpacz oczyszczają duszy, nie wiążą się z żadnym wyższym celem.
Są po prostu kolejną igraszką losu.
Ostatnio rozmawiałam z A.
Pierwszy raz od paru lat.
Byłyśmy razem na konkursie.
Śmiałyśmy się, gadałyśmy o ficach, shipach i angielskim.
Znów przez chwilę było tak, jak dawniej.
A potem konkurs się skończył i znów
przestała zauważać, że żyję.
A ja zostałam z milionem myśli
i wspomnień
i żalu
i gdybań
Napisałam o niej piosenkę
choć ona nawet nie wie, jak się czuje.
Nie wie, że strata przyjaciela
boli jakby ktoś wyrwał mi serce,
a dziura po nim płonie i piecze
i nigdy się nie zagoi.
Mam ostatnio jakieś nieokreślone uczucia odnośnie mojej orientacji.
Kolega spytał mnie, czy lubię dziewczyny
i dał mi tym sporo do myślenia.
Tak, lubię.
Jakimś cudem nie zauważałam tego wcześniej.
A teraz przypomina mi się, jak patrzyłam na dziewczyny w szatni.
Jak zakochiwałam się w piosenkarkach.
Przypomina mi się, jak blisko byłyśmy z A.
Prawie jak para.
A potem, tak nagle, wszystko to wyparowało z nas.
Mam okropne koszmary.
Matka mówi, że krzyczę przez sen.
On jest 2 lata młodszy.
I znamy się od podstawówki.
Nie wiem, co mi odbiło.
Po alkoholu robię się łatwa jak dziwka i chora z samotności.
Na co dzień jestem już do niej przyzwyczajona,
ale są takie dni
kiedy naprawdę to do mnie dociera:
jestem sama
samotna
samotna zawsze i wszędzie
na zawsze.
A mimo wszystko staram się odpychać od siebie ludzi.
Próbuję pokazać się M. z jak najgorszej strony
ujawnić wszystkie swoje wady
żebym wydała się zimna, głupia i niewarta uwagi.
Żeby się do mnie nie przywiązał
i żebym nie musiała go zranić.
Ale on wciąż do mnie pisze.
I boję się, że zacznie coś do mnie czuć.
A ja
Nie potrafię nic poczuć.
Nie mam na nic siły.
Nie mam siły nawet pisać o tym, że nie mam siły.
Wszystko wydaje mi się tak bezwartościowe.
Ten tydzień jest straszny.
Nawet nie otworzyłam książki przed sprawdzianem z chemii.
Po prostu się rozbeczałam.
Mam mnóstwo swoich problemów, nie mam czasu przejmować się szkołą i nauką.
Matka znowu poruszyła temat osiemnastki, a ja mam wyjebane.
Tnę się codziennie i nawet nie wyobrażam sobie, że mogłabym tego nie robić.
Choć mój ból, moje cierpienie nie zbawią świata.
Nie jest tak, jak w Biblii.
Smutek i rozpacz oczyszczają duszy, nie wiążą się z żadnym wyższym celem.
Są po prostu kolejną igraszką losu.
Ostatnio rozmawiałam z A.
Pierwszy raz od paru lat.
Byłyśmy razem na konkursie.
Śmiałyśmy się, gadałyśmy o ficach, shipach i angielskim.
Znów przez chwilę było tak, jak dawniej.
A potem konkurs się skończył i znów
przestała zauważać, że żyję.
A ja zostałam z milionem myśli
i wspomnień
i żalu
i gdybań
Napisałam o niej piosenkę
choć ona nawet nie wie, jak się czuje.
Nie wie, że strata przyjaciela
boli jakby ktoś wyrwał mi serce,
a dziura po nim płonie i piecze
i nigdy się nie zagoi.
Mam ostatnio jakieś nieokreślone uczucia odnośnie mojej orientacji.
Kolega spytał mnie, czy lubię dziewczyny
i dał mi tym sporo do myślenia.
Tak, lubię.
Jakimś cudem nie zauważałam tego wcześniej.
A teraz przypomina mi się, jak patrzyłam na dziewczyny w szatni.
Jak zakochiwałam się w piosenkarkach.
Przypomina mi się, jak blisko byłyśmy z A.
Prawie jak para.
A potem, tak nagle, wszystko to wyparowało z nas.
Mam okropne koszmary.
Matka mówi, że krzyczę przez sen.
wtorek, 18 lutego 2014
Fade out again
Powiedziałam M. o tym, jak ostatnio się czułam.
Czy raczej nie czułam.
O tym, że czasem odłączam się od ciała.
O tym, że moje prawdziwe ja jest pogrzebane daleko stąd.
O tym, że nie da mi się już pomóc.
O tym, że się poddałam.
O tym, że umieram.
Umieram.
Czuję to z każdym dniem.
Czuję to i wiem to i trzymam się tego.
To jest niezależne ode mnie.
Jestem umierającym człowiekiem na skraju życia.
I nie mam już sił.
Nie chciałam, żeby M. płakała.
Nie chciałam jej martwić.
Ale zmartwiłam.
I czuję się potwornie i lepiej zarazem.
Przynajmniej nie muszę jej dłużej okłamywać.
M. pewnie myśli, że jestem psychopatką.
Może.
Albo mam schizofrenię.
Może.
Za każdym razem, gdy się odłączam, moje ja odpływa gdzieś daleko.
A potem wracam, jakbym wybudzała się ze snu.
Ale za każdym razem, gdy odchodzę, tracę część siebie.
Za każdym razem, gdy Ona przychodzi, skulona i zagłodzona i ukryta w cieniu
i atakuje mnie, krzyczy na mnie, nienawidzi mnie, chce mnie zniszczyć.
Za każdym razem czuję, że coraz mniej mnie zostaje.
Zaniedbałam znajomych.
A mam takich kochanych znajomych.
Tak bardzo chciałabym poświęcać im każdą sekundę życia.
A ich zaniedbuję, bo przestaję się czuć jak człowiek.
Śnił mi się realistyczny koszmar i zaczęłam płakać.
Wszystko mi już jest wszystko jedno.
Staram się trzymać, staram się przetrwać.
Ale jest cholernie ciężko.
Oczy spuchły mi od płaczu przez całą noc i dzień.
Ostatnio dawno nie pisałam w zeszycie.
Już prawie zapomniałam, jak trzyma się długopis.
Nie jestem w stanie tworzyć sztuki.
Za bardzo boli.
Ostatnia piosenka MCR kompletnie mnie dobiła.
Dziura z moim sercu pulsuje i płonie żywym ogniem.
Nigdy, przenigdy się nie zagoi.
Ferie zleciały zbyt szybko.
A teraz znowu szkoła, hałas, tłok, duchota.
Znowu czuję się jak w gimnazjum.
Tęsknię za B.
Tęsknię za wszystkim i wszystkimi, których straciłam.
Wczoraj tak mocno się pocięłam, że nie chciała mi przestać lecieć krew.
A miałam tego nie robić.
Wszystko jest mi zupełnie obojętne.
Czy raczej nie czułam.
O tym, że czasem odłączam się od ciała.
O tym, że moje prawdziwe ja jest pogrzebane daleko stąd.
O tym, że nie da mi się już pomóc.
O tym, że się poddałam.
O tym, że umieram.
Umieram.
Czuję to z każdym dniem.
Czuję to i wiem to i trzymam się tego.
To jest niezależne ode mnie.
Jestem umierającym człowiekiem na skraju życia.
I nie mam już sił.
Nie chciałam, żeby M. płakała.
Nie chciałam jej martwić.
Ale zmartwiłam.
I czuję się potwornie i lepiej zarazem.
Przynajmniej nie muszę jej dłużej okłamywać.
M. pewnie myśli, że jestem psychopatką.
Może.
Albo mam schizofrenię.
Może.
Za każdym razem, gdy się odłączam, moje ja odpływa gdzieś daleko.
A potem wracam, jakbym wybudzała się ze snu.
Ale za każdym razem, gdy odchodzę, tracę część siebie.
Za każdym razem, gdy Ona przychodzi, skulona i zagłodzona i ukryta w cieniu
i atakuje mnie, krzyczy na mnie, nienawidzi mnie, chce mnie zniszczyć.
Za każdym razem czuję, że coraz mniej mnie zostaje.
Zaniedbałam znajomych.
A mam takich kochanych znajomych.
Tak bardzo chciałabym poświęcać im każdą sekundę życia.
A ich zaniedbuję, bo przestaję się czuć jak człowiek.
Śnił mi się realistyczny koszmar i zaczęłam płakać.
Wszystko mi już jest wszystko jedno.
Staram się trzymać, staram się przetrwać.
Ale jest cholernie ciężko.
Oczy spuchły mi od płaczu przez całą noc i dzień.
Ostatnio dawno nie pisałam w zeszycie.
Już prawie zapomniałam, jak trzyma się długopis.
Nie jestem w stanie tworzyć sztuki.
Za bardzo boli.
Ostatnia piosenka MCR kompletnie mnie dobiła.
Dziura z moim sercu pulsuje i płonie żywym ogniem.
Nigdy, przenigdy się nie zagoi.
Ferie zleciały zbyt szybko.
A teraz znowu szkoła, hałas, tłok, duchota.
Znowu czuję się jak w gimnazjum.
Tęsknię za B.
Tęsknię za wszystkim i wszystkimi, których straciłam.
Wczoraj tak mocno się pocięłam, że nie chciała mi przestać lecieć krew.
A miałam tego nie robić.
Wszystko jest mi zupełnie obojętne.
wtorek, 4 lutego 2014
Ater Sanguis
Czuję, że coraz bardziej oddalam się od swojego ciała.
Tracę poczucie przestrzeni i czasu.
W pewnym momencie jestem świadoma, że coś robię, a w następnym nie wiem, co robiłam.
Coraz częściej czuję się odłączona od danego punktu w czasie i miejsca.
Jakbym była postacią umieszczoną w złym opowiadaniu, złym świecie.
Nie pasuję tutaj.
Ale to nie świat jest zły.
Świat jest piękny.
Okrutny, podły i niesprawiedliwy, ale piękny.
Piękny nie oznacza idealny.
To nie świat jest zły.
Ja też nie.
Ja jestem po prostu wadliwa.
Ranię wszystkich, mimo iż wcale tego nie chcę.
Jestem uszkodzonym egzemplarzem, który trzeba unicestwić.
To nie depresja.
Już nie.
Nie wiem, co mi dokładnie jest, ale to nie tylko depresja.
Obawiam się, że nikt nie mógłby tego zdiagnozować.
Czy to w ogóle jest choroba?
Czy po prostu część mnie?
Myślę, że to drugie.
To wszystko to ja.
To część mnie, bez której nie mogę żyć.
Nie potrafię.
Zabija mnie, ale nie potrafię się od niej uwolnić.
Jak pasożyt, który mną zawładnął.
Bez niego umrę.
Z nim także.
Chciałabym umieć przelać to wszystko na słowa albo na papier.
Ale nie umiem.
Rozpadam się, rozpuszczam.
Jakby ktoś dzielił mi mózg, odrywał od siebie samej.
Tracę poczucie przestrzeni i czasu.
W pewnym momencie jestem świadoma, że coś robię, a w następnym nie wiem, co robiłam.
Coraz częściej czuję się odłączona od danego punktu w czasie i miejsca.
Jakbym była postacią umieszczoną w złym opowiadaniu, złym świecie.
Nie pasuję tutaj.
Ale to nie świat jest zły.
Świat jest piękny.
Okrutny, podły i niesprawiedliwy, ale piękny.
Piękny nie oznacza idealny.
To nie świat jest zły.
Ja też nie.
Ja jestem po prostu wadliwa.
Ranię wszystkich, mimo iż wcale tego nie chcę.
Jestem uszkodzonym egzemplarzem, który trzeba unicestwić.
To nie depresja.
Już nie.
Nie wiem, co mi dokładnie jest, ale to nie tylko depresja.
Obawiam się, że nikt nie mógłby tego zdiagnozować.
Czy to w ogóle jest choroba?
Czy po prostu część mnie?
Myślę, że to drugie.
To wszystko to ja.
To część mnie, bez której nie mogę żyć.
Nie potrafię.
Zabija mnie, ale nie potrafię się od niej uwolnić.
Jak pasożyt, który mną zawładnął.
Bez niego umrę.
Z nim także.
Chciałabym umieć przelać to wszystko na słowa albo na papier.
Ale nie umiem.
Rozpadam się, rozpuszczam.
Jakby ktoś dzielił mi mózg, odrywał od siebie samej.
sobota, 11 stycznia 2014
The bloody moon rises
Mam kaca i boli mnie głowa i jest mi niedobrze i muzyka mnie drażni.
Przeglądałam swoje stare zdjęcia na komputerze i znów przekonałam się, że z wiekiem robię się coraz brzydsza i coraz smutniejsza, a moje pragnienia czy plany przestają mieć jakiekolwiek znaczenie.
Przygody, które kiedyś przeżyłam blakną,
zapał gaśnie
wspomnienia się zacierają
wszystko znika.
Nagle zalewa mnie fala myśli o tym
co powinnam zrobić
co już dawno planowałam
co chciałam
a czego nigdy nigdy nigdy nie zrobiłam
bo jestem za słaba i zbyt leniwa i bezużyteczna
Wszystko znika.
Jedyne, co pozostaje niezmienne w moim życiu to smutek.
On był
jest
i będzie.
Tak bardzo chcę się zranić
pokaleczyć
a zamiast tego
kaleczę papier
kaleczę słowa
a one nadal tu są
jak najlepsi przyjaciele
Przeglądałam swoje stare zdjęcia na komputerze i znów przekonałam się, że z wiekiem robię się coraz brzydsza i coraz smutniejsza, a moje pragnienia czy plany przestają mieć jakiekolwiek znaczenie.
Przygody, które kiedyś przeżyłam blakną,
zapał gaśnie
wspomnienia się zacierają
wszystko znika.
Nagle zalewa mnie fala myśli o tym
co powinnam zrobić
co już dawno planowałam
co chciałam
a czego nigdy nigdy nigdy nie zrobiłam
bo jestem za słaba i zbyt leniwa i bezużyteczna
Wszystko znika.
Jedyne, co pozostaje niezmienne w moim życiu to smutek.
On był
jest
i będzie.
Tak bardzo chcę się zranić
pokaleczyć
a zamiast tego
kaleczę papier
kaleczę słowa
a one nadal tu są
jak najlepsi przyjaciele
czwartek, 9 stycznia 2014
Mare Tenebrarum
A więc nowy rok.
Nowy rok, a wciąż to samo.
Nie mam już nawet ochoty opisywać wszystkiego.
Jest tyle słów, które trzymam w sobie.
Tyle sekretów.
Wczoraj byłam piekielnie wkurwiona.
Zwykła kłótnia z rodzicami, a ja ryczałam jak głupia.
Ostatnio płaczę prawie codziennie.
Przestałam zauważać, co się dzieje wkoło mnie.
Nie biorę udziału w zwykłym życiu.
Istnieję tylko w mojej głowie i moich emocjach.
Czuję się wyłączona ze społeczności.
Moje życie to tylko nieprzespane noce
i coraz więcej dat do opłakiwania.
Nigdy nie będę wystarczająca.
Dla nikogo.
Ta myśl nieustannie powraca, jak mantra.
Cały czas myślę tylko o tym, że mogłam go uratować.
Że mogłam go zatrzymać.
Że mogłam być lepsza.
Nie jestem wystarczająco dobrą córką, siostrą, przyjaciółką, dziewczyną.
Nie umiem pomóc nikomu, nawet sobie.
Wszyscy mnie opuszczają.
Nie potrafię kochać.
Nienawidzę siebie.
Nigdy więcej już go nie zobaczę,
Nigdy więcej już ich nie zobaczę.
Nigdy nie będę tym, kim chcę.
Nienawidzę tego uczucia
gdy staram się z całych sił powstrzymać płacz
zaciskam wargi i pięści i powieki
ale to napływa nadciąga nadchodzi
Płacz mnie pokonuje
czuję, że klatka piersiowa mi się zapada
dziura zasysa mnie do środka
jakby kiedyś coś było, a teraz zniknęło
duszę się nie mogę oddychać
wciągam łapczywie powietrze
żeby się uspokoić
Wiem, że nie mam już serca
choć czasem wciąż je czuję
jak fantomową kończynę.
niedziela, 29 grudnia 2013
It's 1:37 a.m. and I can't sleep
Ludzie kłamią.
Kłamią kłamią kłamią.
Każdym słowem, każdym czynem i oddechem kłamią.
Oszukują.
Obietnice nie znaczą nic.
To tylko słowa.
Ranią ci, którzy obiecali, że nigdy cię nie zranią.
Zostawiają ci, którzy obiecali, że nigdy nie zostawią.
Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.
Cierpię, lecz milczę, bo myślę, że zranię innych samym przyznaniem się do tego, iż cierpię.
A to sprawia, że cierpię jeszcze bardziej.
Jestem zepsuta, zraniona, bezużyteczna, egoistyczna, chamska, zimna.
Zawodzę i udaję i uciekam.
Zawiodłam nawet w byciu człowiekiem.
Chciałabym wykrzyczeć całemu światu, jak bardzo mnie skrzywdził.
Chciałabym każdemu z osobna powiedzieć, co zrobił i jak to na mnie wpłynęło.
Chciałabym wszystkich nauczyć, czego już nigdy mają nikomu nie robić.
Chciałabym każdego z osobna przeprosić za bycie sobą.
Chciałabym umieć przebaczyć samej sobie.
Kłamią kłamią kłamią.
Każdym słowem, każdym czynem i oddechem kłamią.
Oszukują.
Obietnice nie znaczą nic.
To tylko słowa.
Ranią ci, którzy obiecali, że nigdy cię nie zranią.
Zostawiają ci, którzy obiecali, że nigdy nie zostawią.
Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.
Cierpię, lecz milczę, bo myślę, że zranię innych samym przyznaniem się do tego, iż cierpię.
A to sprawia, że cierpię jeszcze bardziej.
Jestem zepsuta, zraniona, bezużyteczna, egoistyczna, chamska, zimna.
Zawodzę i udaję i uciekam.
Zawiodłam nawet w byciu człowiekiem.
Chciałabym wykrzyczeć całemu światu, jak bardzo mnie skrzywdził.
Chciałabym każdemu z osobna powiedzieć, co zrobił i jak to na mnie wpłynęło.
Chciałabym wszystkich nauczyć, czego już nigdy mają nikomu nie robić.
Chciałabym każdego z osobna przeprosić za bycie sobą.
Chciałabym umieć przebaczyć samej sobie.
"Jak na deszczu łza, cały ten świat nie znaczy nic a nic..."
niedziela, 22 grudnia 2013
Perceiving your own weakness
Czuję się, jakbym rozpadała się na kawałki.
Wszystko wkoło wydaje się być tak nierealne.
Tylko ten ból.
Ten ból jest prawdziwy.
Kurewsko prawdziwy.
Zamykam powieki i czuję go.
Budzę się rano i czuję go.
Tracę świadomość i czuję go.
Uciekam i czuję go.
Wciąż go czuję.
Zawsze.
Jak pętla na szyi, której nie mogę ściągnąć.
Nikt nie wie.
Nikt nie dba.
Nikogo to nie obchodzi.
Wiem o tym.
Przecież sama tego chciałam.
Chciałam tego.
Próbowałam wmówić sobie, że jestem silna.
Że niczego nie czuję.
Że nic mnie nie wzrusza.
Że jestem pierdoloną skałą pośród szalejących fal.
Nie jestem.
Nie jestem.
Nie jestem.
Jestem niczym.
Wszystko wkoło wydaje się być tak nierealne.
Tylko ten ból.
Ten ból jest prawdziwy.
Kurewsko prawdziwy.
Zamykam powieki i czuję go.
Budzę się rano i czuję go.
Tracę świadomość i czuję go.
Uciekam i czuję go.
Wciąż go czuję.
Zawsze.
Jak pętla na szyi, której nie mogę ściągnąć.
Nikt nie wie.
Nikt nie dba.
Nikogo to nie obchodzi.
Wiem o tym.
Przecież sama tego chciałam.
Chciałam tego.
Próbowałam wmówić sobie, że jestem silna.
Że niczego nie czuję.
Że nic mnie nie wzrusza.
Że jestem pierdoloną skałą pośród szalejących fal.
Nie jestem.
Nie jestem.
Nie jestem.
Jestem niczym.
czwartek, 19 grudnia 2013
I'm already gone
Nawet nie macie pojęcia, w jakim stanie się znajduję.
Nie pasuję tutaj.
Ten cały świat to tylko iluzja.
Ja nie jestem jego częścią.
Te kolory, kształty, dźwięki.
To wszystko mnie przytłacza.
Uciekam w książki, uciekam w filmy, uciekam w gry.
Ciągle tylko uciekam.
Czuję, że tam jest mój świat.
Mnie tu już dawno nie ma.
Coś zmienia, zjada, zastępuje moje "ja".
Moje "ja" jest w bardzo dalekim i ciemnym miejscu.
Moja świadomość oddzieliła się od ciała.
Moje ciało jest wypełnione czymś innym, nie mną.
Ciężko jest to wyjaśnić.
Patrzę na siebie w lustrze i nie rozpoznaję się.
Patrzę na chmury, na drzewa i budynki i nie rozpoznaję ich.
Coś we mnie się zapada, umiera.
Nie mogę śpiewać, rysować ani pisać.
Nie umiem.
Nie mam już weny, pasji, inspiracji.
Znów zaczęłam brać leki.
Jest mi od nich niedobrze, ale przynajmniej mogę spać.
Mam nawet sny.
Są straszne.
Rano nie mogę wstać, a w szkole zasypiam i nie kontaktuję.
***
Wczoraj wróciłam ze szkoły i płakałam, a potem zasnęłam ze zmęczenia.
Ostatnio cały czas mówię do siebie, "wyłączam się" i myślę o morderstwie.
Chyba naprawdę jestem szalona. Powinni mnie gdzieś zamknąć.
***
Jeśli następny rok będzie gorszy od tego, to nie wytrzymam.
W sumie, chyba nie może być gorzej.
MCR się rozpadło, umarł mój kolega, najlepszy przyjaciel mnie zostawił, zerwałam z kimś, na kim mi zależało i znów się tnę i palę.
Znając jednak moje życie - zawsze może być gorzej.
***
Ostatnio często myślę o szpitalu.
Prawie rok temu byłam na skraju śmierci.
A przynajmniej tak się czułam.
Dziwne.
Przypomina mi się, jak błąkałam się po pustych korytarzach.
Jak nie mogłam spać i płakałam całymi nocami.
Jak tylko MCR dawało mi siłę.
Jak upadłam w łazience i widziałam Gerarda.
Nie mogę pozbyć się myśli, że powinnam była wtedy umrzeć.
Tak byłoby o wiele lepiej.
***
"Kocie, pomóż" , "Kocie, mam sprawę" , "Kocie, porozmawiaj ze mną".
Wszyscy wkoło szukają u mnie pomocy.
Wszyscy pragną moich porad i mojego zdania.
Ja dzielnie rozmawiam i pocieszam.
Choć nikt nigdy mnie nie pyta, czy czegoś nie potrzebuję.
Może to dlatego, że tak dobrze udaję.
Ludzie mówią mi, że jestem kochana, urocza i miła.
Nie domyślają się, jak się czuję, co myślę.
Nawet nie wiedzą, ile siły muszę wkładać w budowanie takiego obrazu siebie.
Kłamstwa są męczące.
Prawda śmiertelna.
***
Rzygam "świątecznymi przygotowaniami".
Rzygam wigilią, Sylwestrem i połowinkami klasowymi.
Po prostu chcę się wyspać.
***
"-Co się stało?
-Nic, wszystko jest ok. Mam gorszy dzień.
-O, to dobrze."
***
Nie ważne, że sama mam masę problemów.
Nie ważne.
Ja nie mogę nikogo obarczać moimi sprawami.
Nie mogę nikogo wplątywać w moje życie.
Nie mogę nikomu zaufać.
Nie mogę nikogo skrzywdzić.
***
Niedawno skończyłam czytać "A Splitting of The Mind".
Płakałam jak dziecko.
To opowiadanie jest piękne.
Smutne i tajemnicze, ale piękne.
Chcę napisać do Autorki i spytać o parę szczegółów.
***
Nowa płyta A Day To Remember jest bardzo dobra.
Ta piosenka nie przestaje chodzić mi po głowie:
http://www.youtube.com/watch?v=pksLrmB-dLs
Nie pasuję tutaj.
Ten cały świat to tylko iluzja.
Ja nie jestem jego częścią.
Te kolory, kształty, dźwięki.
To wszystko mnie przytłacza.
Uciekam w książki, uciekam w filmy, uciekam w gry.
Ciągle tylko uciekam.
Czuję, że tam jest mój świat.
Mnie tu już dawno nie ma.
Coś zmienia, zjada, zastępuje moje "ja".
Moje "ja" jest w bardzo dalekim i ciemnym miejscu.
Moja świadomość oddzieliła się od ciała.
Moje ciało jest wypełnione czymś innym, nie mną.
Ciężko jest to wyjaśnić.
Patrzę na siebie w lustrze i nie rozpoznaję się.
Patrzę na chmury, na drzewa i budynki i nie rozpoznaję ich.
Coś we mnie się zapada, umiera.
Nie mogę śpiewać, rysować ani pisać.
Nie umiem.
Nie mam już weny, pasji, inspiracji.
Znów zaczęłam brać leki.
Jest mi od nich niedobrze, ale przynajmniej mogę spać.
Mam nawet sny.
Są straszne.
Rano nie mogę wstać, a w szkole zasypiam i nie kontaktuję.
***
Wczoraj wróciłam ze szkoły i płakałam, a potem zasnęłam ze zmęczenia.
Ostatnio cały czas mówię do siebie, "wyłączam się" i myślę o morderstwie.
Chyba naprawdę jestem szalona. Powinni mnie gdzieś zamknąć.
***
Jeśli następny rok będzie gorszy od tego, to nie wytrzymam.
W sumie, chyba nie może być gorzej.
MCR się rozpadło, umarł mój kolega, najlepszy przyjaciel mnie zostawił, zerwałam z kimś, na kim mi zależało i znów się tnę i palę.
Znając jednak moje życie - zawsze może być gorzej.
***
Ostatnio często myślę o szpitalu.
Prawie rok temu byłam na skraju śmierci.
A przynajmniej tak się czułam.
Dziwne.
Przypomina mi się, jak błąkałam się po pustych korytarzach.
Jak nie mogłam spać i płakałam całymi nocami.
Jak tylko MCR dawało mi siłę.
Jak upadłam w łazience i widziałam Gerarda.
Nie mogę pozbyć się myśli, że powinnam była wtedy umrzeć.
Tak byłoby o wiele lepiej.
***
"Kocie, pomóż" , "Kocie, mam sprawę" , "Kocie, porozmawiaj ze mną".
Wszyscy wkoło szukają u mnie pomocy.
Wszyscy pragną moich porad i mojego zdania.
Ja dzielnie rozmawiam i pocieszam.
Choć nikt nigdy mnie nie pyta, czy czegoś nie potrzebuję.
Może to dlatego, że tak dobrze udaję.
Ludzie mówią mi, że jestem kochana, urocza i miła.
Nie domyślają się, jak się czuję, co myślę.
Nawet nie wiedzą, ile siły muszę wkładać w budowanie takiego obrazu siebie.
Kłamstwa są męczące.
Prawda śmiertelna.
***
Rzygam "świątecznymi przygotowaniami".
Rzygam wigilią, Sylwestrem i połowinkami klasowymi.
Po prostu chcę się wyspać.
***
"-Co się stało?
-Nic, wszystko jest ok. Mam gorszy dzień.
-O, to dobrze."
***
Nie ważne, że sama mam masę problemów.
Nie ważne.
Ja nie mogę nikogo obarczać moimi sprawami.
Nie mogę nikogo wplątywać w moje życie.
Nie mogę nikomu zaufać.
Nie mogę nikogo skrzywdzić.
***
Niedawno skończyłam czytać "A Splitting of The Mind".
Płakałam jak dziecko.
To opowiadanie jest piękne.
Smutne i tajemnicze, ale piękne.
Chcę napisać do Autorki i spytać o parę szczegółów.
***
Nowa płyta A Day To Remember jest bardzo dobra.
Ta piosenka nie przestaje chodzić mi po głowie:
http://www.youtube.com/watch?v=pksLrmB-dLs
"I get it, no, I get it
Can't help those who don't wanna be helped"
piątek, 6 grudnia 2013
Take me to the edge of sanity
Mówią, że jeśli przyznasz się do bycia chorym, to robisz krok naprzód.
Ja o swojej chorobie doskonale wiem od dawna.
I co?
I nic.
To tylko depresja, kilka zaburzeń i relikt przeszłości.
Wszystko to wiem i rozumiem.
Ale czy mam na to lekarstwo?
Zdaje sobie doskonale sprawę ze stanu swojego umysłu.
Ale nic nie mogę z tym zrobić.
Dwa lata próbowałam wszystko poskładać.
Dwa lata się nie cięłam i walczyłam.
I znów jestem w punkcie wyjścia i już nie zamierzam walczyć.
Dla mnie naprawdę już nie ma nadziei.
Życie czy śmierć, i tak wszędzie jest tylko ciemność.
°°°
Zazdroszczę samobójcom, którzy maja powód i odwagę, by się zabić.
Ja jestem zbyt tchórzliwa.
Zbyt wiele ludzi mnie tu trzyma.
Liczy na mnie.
Zazdroszczę tym szaleńcom, którzy nie są świadomi swojego szaleństwa.
Naprawdę im zazdroszczę.
°°°
Choinki i świąteczne dekoracje pojawiły się znikąd.
Nawet nie zarejestrowałam momentu, w którym rozpoczął się grudzień.
W moim umyśle jest nadal listopad.
Nie potrafię dopuścić do siebie myśli, że ten rok się kończy.
Miał być inny.
Lepszy.
Ale wyszło jak zawsze.
Ostatnio przeglądałam swoje notatki sprzed roku i niczym się nie różniły od tych, które piszę teraz.
Nic się kurwa nie zmieniło.
Nic.
Rok temu pisałam: "cholerny śnieg, nawet nie zauważyłam, kiedy zaczął padać. jestem tak potwornie zmęczona".
Dziś napisałabym to samo.
Czy to nie ironia?
Myślimy, że nasze życie idzie naprzód, że się zmieniamy.
A tak naprawdę kręcimy się w kółko.
°°°
Nienawidzę świąt.
Naprawdę kurewsko nienawidzę świąt.
I nie, nie chodzi mi o tą całą komercyjną otoczkę.
Nienawidzę właśnie tej rzekomej "magii" świąt.
Bo jej nie ma.
Każdego roku na święta smutek rozrywa mi serce, a wkoło dzieją się złe rzeczy.
I tak od wielu, wielu lat.
Przestałam cieszyć się na święta kiedy skończyłam parę lat i zrozumiałam, że to stek bzdur.
Począwszy od świętego Mikołaja, aż po wspaniałą, rodzinną atmosferę.
Moja rodzina ma mnie głęboko gdzieś przez 364 dni w roku, po czym nagle w Wigilię przypomina sobie o moim nieszczęsnym istnieniu.
Za każdym razem w domu jest kłótnia, starsi nie mogą na siebie patrzeć, a ja uciekam.
Pierwszy raz uciekłam z domu w Wigilię parę lat temu.
Zadzwoniłam po przyjaciela i błąkaliśmy się po ulicach, zanim znalazła nas moja matka.
W tym roku też ucieknę.
Choć teraz nie mam już do kogo zadzwonić.
A w przyszłym roku wyjadę. Wyjadę daleko stąd.
°°°
Nie wiem, co chcę dostać na święta.
Nie mam żadnych pragnień.
I tak nie dostanę tego, co chcę.
Byłoby miło, gdyby moi rodzice choć czasem brali moje pasje na serio.
Byłoby też miło, gdyby moim rodzicom zależało na moim szczęściu bardziej niż na ich własnej wizji mnie.
Mrzonki.
°°°
Zamieć śnieżna zmieniła krajobraz w ciągu paru sekund.
Zrobiło się szaro, ciemno i gęsto od śniegu.
Jak nieprzenikniony dym.
Jak nieprzenikniony dym.
Wiatr praktycznie spychał mnie na ulicę i szumiał tak, że zagłuszał mi muzykę w słuchawkach.
Szłam w tą śnieżycę i śmiałam się w najlepsze.
Cieszyłam się.
Autentycznie.
Wszyscy uciekali od zimna i wiatru, a ja szłam spokojnie.
Przyroda wreszcie odzwierciedla stan mojej duszy.
To prawda, nie lubię spokojnej, słonecznej zimy.
Zawsze kojarzyła mi się z czymś złym.
Zawsze kojarzyła mi się z czymś złym.
Za to uwielbiam burze śnieżne i wiatr.
Wiatr, którego chłód przenika mnie aż do szpiku kości, wywiewa myśli i zamraża i tak już zniszczone serce.
Patrzyłam na tą zamieć i cieszyłam się, że nie tylko ja umieram w środku.
Świat też umiera.
Widziałam potęgę i wiedziałam, że człowiek jest niczym w porównaniu do siły natury.
Może jedynie stać i patrzeć.
Patrzeć, jak przyroda niszczy wszystko, co kocha.
Dobrze, że przyszła zima.
Mogę znów hibernować.
°°°
Chłopak, który mi się podoba (o ile można to tak nazwać) naprawdę mnie irytuje.
Patrzy na mnie, a obok stoi jego dziewczyna.
Ja też patrzę i wytrzymuję jego wzrok, mimo że wszystko we mnie krzyczy "przestań!".
Ja też patrzę i wytrzymuję jego wzrok, mimo że wszystko we mnie krzyczy "przestań!".
Tak naprawdę ja go tylko śledzę w szkole i patrzę. Nic więcej.
A on, zamiast mnie zignorować, podżega we mnie jakieś nierealne nadzieje uśmiechając się do mnie czy patrząc na mnie.
Pewnie jest mu mnie żal. Pewnie lituje się nade mną i myśli, że jestem nienormalna.
Wcale się zresztą nie myli.
Ja nawet nie mogłabym z nim być.
Jego dziewczyna jest piękna, mądra i utalentowana.
Życzę im jak najlepiej razem, naprawdę.
Ja nie umiem kochać.
Nie nadaję się do tego.
Nie nadaję się do tego.
Jestem zbyt chora i zbyt egoistyczna w swym cierpieniu, by je z kimś dzielić.
Ze swoich dotychczasowych związków wyniosłam jedynie ból, rozczarowanie i nienawiść do samej siebie.
A jednak.
Jednak nadal się zakochuję, jednak nadal pragnę być z kimś.
Dlaczego? Po co?
Przecież doskonale wiem, jak by to się skończyło.
Zawsze się tak kończy.
Zawsze się tak kończy.
Powinnam się do tego po prostu przyzwyczaić.
A jednak narysowałam jego portret i wzdycham do niego.
Jestem żałosna.
Cieszę się, że przynajmniej nie jestem na tyle pojebana, żeby próbować z nim rozmawiać.
To, co jest w mojej głowie, jest tylko moje i nie wyjdzie poza nią.
Byłoby łatwiej, gdyby tak bardzo nie przypominał mi Gerarda i Franka.
°°°
Gdybym miała teraz samochód, pojechałabym na jakąś drogę między drzewami, rozpędziła się i rozbiła.
°°°
And you said no matter where I go from here, no matter whose arms I am sleeping in,
I'll never be okay
Don't you think I'd change if I could? Every day is a new sinking feeling.
I want to be able to say it simply just hurts and the walls close in and I can't feel a thing.
And we build walls to feel less alone.
The Saddest Landscape - The Shadows I Call Home <3
Subskrybuj:
Posty (Atom)