poniedziałek, 24 listopada 2014

Self-inflicted wounds always hurt less

Dawno tu nie pisałam.
Może zacznę od koncertu.
Nie mogę sobie wyobrazić lepszego startu dorosłości.
Było naprawdę wspaniale.
Poznałam fantastycznych ludzi w Manchesterze.
Wszyscy byli dla nas mili.
N. i A. są super.
Czułam wolność; czułam, że w końcu jestem dorosła.
A do tego koncert...nie wierzę.
Poryczałam się.
Na początku adrenalina i emocje mnie powstrzymywały.
Ale jak zaczął śpiewać przy akompaniamencie pianina
moje serce po prostu się zatrzymało
i wszystkie moje hamulce puściły.
Zamknęłam oczy i byłam tylko ja i muzyka.
Poczułam się jakby niematerialna, jakbym była ponad tym wszystkim.
Jakbym była nieśmiertelna.
Rozwyłam się jak dziecko.
I nie było mi z tego powodu głupio.
Płakałam z emocji, wzruszenia, szczęścia, zmęczenia.
Po prostu po raz pierwszy zupełnie nie wstydziłam się płakać.
G. dawał przemowy o feminizmie i transgender.
Nie mogę kochać go bardziej.

Po koncercie G. wyszedł na barierki podpisywać.
Cała się trzęsłam i nie mogłam się opanować.
Miałam zdarte gardło, byłam zdezorientowana i zapomniałam, jak się oddycha.
A potem podszedł do mnie.
Podpisał mi "Bullets".
Dałam mu list i rysunki.
Podziękowałam mu za bycie takim szczerym i wspieranie transgender.
Powiedziałam, że jest wsparcie jest dla mnie bardzo ważne.
Że jest najodważniejszą osobą, jaką znam.
I bardzo go podziwiam.
Cały ten czas byłam tak skupiona na jego oczach, że nie widziałam nic poza nimi.
Bałam się na niego patrzeć, ale chciałam.
A on słuchał tak uważnie.
Patrzył tylko na mnie.
Zarumienił się i podziękował mi.
Chyba się wzruszył.
A potem mnie przytulił i wtedy wszystko do mnie dotarło.
Kontakt fizyczny sprawił, że w to uwierzyłam.
Przez ten jeden moment, kiedy położył mi głowę na ramieniu
i czułam jego ciepło
poczułam się mniej samotna w sercu.
I pierwszy raz w życiu poczułam, że żyję.
Ledwo zdołałam mu powiedzieć, że go kocham.

Nie pamiętam dokładnie, co było potem.
Nogi mi się załamały i znowu płakałam.
Jakimś cudem dotarłyśmy do hostelu.
Wracałyśmy samolotem w nocy.
Zawsze oglądając samoloty w nocy marzyłam, by kiedyś polecieć.
I udało się.
Światła miasta widziane z samolotu to magia.

Dzień przed wyjazdem dostałam też świetne prezenty.
To były najlepsze urodziny, jakie miałam.

Po powrocie do Polski miałam załamanie nerwowe.
Nie mogłam się przestawić na rzeczywistość.
Dwa dni leżałam w łóżku i płakałam.
Nie mogłam wrócić do świata.
Nadal nie mogę.
Tęsknię cholernie za Anglią.
Na chwilę wyrwałam się z przyziemnych spraw, a teraz znowu to samo.
Stres.
Prawo jazdy.
Matura.
Studia.

Cieszę się, że jakoś odżyłam na tym wyjeździe, ale moje obawy się ziściły.
Znów nie mam po co żyć.
Powtarzam sobie jedynie słowa G.
"Thank you for being yourself".
I tylko to mnie trzyma.
G. nie okazał się inny niż jego obraz w mojej głowie.
Tego się bałam najbardziej.
Ale okazał się jeszcze piękniejszy.
Nie pamiętam jednak jego twarzy.
Byłam tak zdenerwowana, że wszystko wydawało mi się snem.
I nie pamiętam jego uśmiechu, bo tak desperacko patrzyłam w jego oczy.
Pamiętam za to jego zapach, rumiane policzki i zarost, kiedy nasze poliki się otarły.
I pamiętam to uczucie.
Uczucie życia.
A miałam być martwa.

Ostatnio jest znowu naprawdę źle.
Wszystko jest jak sen.
Czuję się dosłownie...tragicznie.
Jak bohater jakiegoś wyciskacza łez, który pod koniec filmu umiera.
Albo jak bohater romantyczny.
Wracam ze szkoły i płaczę.
Nocami też płaczę.
Mój płacz jest teraz automatyczny.
Nie przekazuje emocji i nie koi bólu.
Po prostu płaczę z pustki.
Pustki we mnie.

Coraz częściej zagłębiam się w nierealne historie.
Udaję kogoś innego, bo wolę to niż bycie sobą.
Wczuwam się w rolę fikcyjnej postaci, bo wtedy mogę żyć czyimiś emocjami.
Nie swoimi własnymi.

Tęsknię za K.
Ostatnio byłam u niego na cmentarzu.
Rysowałam groby i patrzyłam na słońce, przebijające się przez kolorowe liście.

Moje altery ostatnio zupełnie mnie opuściły.
Udało mi się raz powstrzymać atak paniki po pijaku.
Za to mam potworną dysforię.
Cały czas zastanawiam się, kim jestem.
I kiedy myślałam, że wreszcie mam wszystko poukładane
moja płciowość musiała dojść do głosu.
Jakbym miała mało problemów.
Wrzuciłam na bloga swoje zdjęcie jako faceta.
O dziwo reakcja ludzi była bardzo pozytywna.
Choć wciąż boję się o tym mówić.
Wiedzą tylko B. i M.
Ostatnio M. zadała mi bardzo trudne pytanie.
Czy wahałabym się, jeśli hormony i operacje byłyby refundowane.
Wahałabym się?
Sama nie wiem.
Nie mam kurwa pojęcia.
Nie mogę tego znieść.
Patrzę w lustro i nie widzę siebie.
Widzę tylko oczy.
Nie mam pojęcia, kim jestem.
Potrzebuję pogadać z L.
On mnie zrozumie.

Między mną a B. jest już w porządku.
Nadal nie wyjaśniliśmy sobie naszej kłótni.
Może to i lepiej.
Planujemy studiować razem.
Śmiesznie to wygląda.
Dwa dzieciaki z małego miasta marzą o podboju Londynu.
Chodzimy brudnymi ulicami i marzymy o złotej przyszłości.
To naprawdę zabawne.
Jak z filmu.

Nadal nie wiem, co chcę studiować.
Ta psychologia to tylko substytut.
Ja i tak wiem, że muszę mieć zespół.
Teraz, po koncercie, wiem to jeszcze bardziej.
To jedyne, co mnie uszczęśliwi.
Myślę racjonalnie i boję się postawić wszystkiego na jedną kartę,
ale z drugiej strony nie chcę zmarnować sobie życia.
Muszę mieć jakiś plan B, ale też nie chcę być nieszczęśliwa.
Całe życie idę na kompromisy ze samą sobą.
Całe życie z czegoś rezygnuję.
W imię czego?
Ale boję się.
Moja artystyczna i racjonalna strona się wykluczają.

Jest mi pusto i samotnie. Wszystko dobre w moim życiu przemija. Chciałabym, aby już było po wszystkim.

Byle do świąt.






~Of Mice And Men, pokochałam ostatnio.


1 komentarz:

  1. boże, kociaku, niektóre z tych zdań są jak wyrwane prosto z mojej głowy. i chociaż szczątki ludzkości nakazują mi współczuć, to jednak odczuwam dziwną i niewłaściwą satysfakcję, a nawet radość z tego, że nie tylko ja czuję się tak fatalnie niepoukładana. pod wieloma względami przypominasz mi mnie samą i to jednocześnie mnie załamuje i pociesza. to drugie dlatego, że, jak mówiłam, nie czuję się aż tak samotna w tym całym cholernym bałaganie. to pierwsze natomiast z chyba wiadomych przyczyn - twoje położenie utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że z niektórych zaburzeń psychicznych nie da się wyjść i bez względu na wszystko będą prześladować cię/mnie aż do śmierci. twoje podejście do sztuki i ta chorobliwa (?) wręcz chęć zrobienia czegoś więcej ze swoim życiem, chęć posiadania zespołu, emocje jakie ci towarzyszyły przy spotkaniu Gerarda... ach/ech, jakbym słyszała samą siebie.
    jestem niewidoczna i zupełnie niezauwazalna w twoim życiu, czytam to co piszesz na twitterze i na blogu i bardzo, bardzo po cichu trzymam za ciebie kciuki. nadwrażliwość na bodźce tego okrutnego świata jest zgubna, ale wciąż mam nadzieję, że uda ci się jakoś wybrnąć.
    ja nie wiem, wcale nie miałam zamiaru tego komentować, bo to jak wpierdalanie się prosto w twoje życie, ale jednak muszę, chcę. trzymaj się. i mean it.

    OdpowiedzUsuń